Blachowski: Nieudane zaloty Sikorskiego

Wskazywane przez stronę ukraińską motywy tej decyzji były od dawna oczywiste: na ich czele znalazła się fatalna sytuacja gospodarcza Ukrainy w obliczu utraty części rynku rosyjskiego. Nawet mający relatywnie niskie natężenie konflikt handlowy z Rosją z ostatnich kilku miesięcy ostatecznie uzmysłowił władzom w Kijowie oczywistą prawdę: zbliżenie z UE oznaczać może krach społeczno-gospodarczy, a w ślad za nim głęboki kryzys polityczny państwa.

„Polska razem z całą UE jest rozczarowana, że Ukraina okazała się jeszcze niegotowa do podjęcia wysiłku modernizacyjnego” – ogłosił, zaskoczony decyzją ukraińskich władz, szef MSZ Radosław Sikorski. Warto przyznać, że resort spraw zagranicznych i sam minister od wielu miesięcy stawiali sobie za cel doprowadzenie do sukcesu szczytu programu „Partnerstwa Wschodniego”, który odbędzie się 28-29 listopada w Wilnie. Minister podchodził do zadania z podwójnym zapałem – to on, inspirowany przez ośrodki amerykańskie, wraz z ministrem spraw zagranicznych Szwecji Carlem Bildtem – w 2008 roku zainaugurował nową politykę UE względem obszaru poradzieckiego. Dlatego Polsce przyszło zapłacić za osobiste ambicje i geopolityczne utopijne wizje Sikorskiego podwójnie – w wymiarze symboliczno-historycznym i finansowym.

Na pierwszej ze wspomnianych płaszczyzn okazało się, że Polska nie jest w stanie obronić swoich racji historycznych, a nawet pamięci ofiar, w konflikcie polsko-ukraińskim wokół zbrodni ludobójstwa dokonanego na Kresach Wschodnich przez nacjonalistów ukraińskich w latach II wojny światowej. Podczas lipcowego głosowania nad uchwałą Sejmu w sprawie upamiętnienia ofiar tych wydarzeń w siedemdziesiątą ich rocznicę, rządowa większość odrzuciła projekt posługujący się adekwatnym w tym przypadku określeniem ludobójstwa (222 głosy przeciw, przy 212 głosach za). Miała to być ofiara złożona na ołtarzu europejskich aspiracji Kijowa, przedstawiciele polskich władz apelowali, by nie zaogniać sporów historycznych w przededniu tak długo wyczekiwanej przez nich „europeizacji” Ukrainy.

Minister Sikorski powtarzał w Sejmie, by „nie upokarzać Ukrainy”, gdy tymczasem ukraińska Rada Najwyższa apelowała do polskich parlamentarzystów o surowe potępienie OUN / UPA. Zdziwienie deputowanych (przede wszystkim z rządzącej Partii Regionów oraz Komunistycznej Partii Ukrainy) wywoływało kunktatorstwo polskich władz, które zdawały się prosić o to, by Ukraińcy nie oceniali pochopnie katów Wołynia i ich spadkobierców zasiadających dziś w ukraińskim parlamencie pod postacią partii „Swoboda”. Nic dziwnego, że w tej sytuacji na uroczystości upamiętnienia ofiar rzezi wołyńskiej z udziałem prezydenta Rzeczypospolitej nie przybył jego ukraiński odpowiednik, naruszając tym samym elementarne zapisy protokołu dyplomatycznego. Strona ukraińska, widząc, że odpuszczamy pamięć o mordach UPA i nie zwracamy uwagi na ból krewnych ich ofiar, wyszła z logicznego skądinąd założenia, że skoro Polacy nie szanują sami siebie, nie są też godni ich szacunku.

Na uroczystościach rocznicowych w Łucku polskiego prezydenta przywitał wicepremier Ukrainy. Chwilę później w kierunku Bronisława Komorowskiego poleciały jajka rzucone przez miejscowych pogrobowców UPA. Polska przegrała nie tylko walkę o uczciwe interpretowanie historycznych faktów. Przegrała również szacunek, narażając się na pogardliwe komentarze za naszą wschodnią granicą. Sikorski najwyraźniej liczył, że to właściwa cena za realizację najistotniejszego dlań zadania, jakim było stowarzyszenie Ukrainy z UE.

Drugi aspekt druzgocącej klęski sternika polskiej dyplomacji na kierunku ukraińskim ma charakter dużo bardziej wymierny, choć często o nim zapominamy, nie zwracając na niego większej uwagi. W latach 2009-2013 na podstawową część projektów realizowanych w ramach „Partnerstwa Wschodniego” przeznaczono z budżetu unijnego ponad 2,8 mld euro, które przekazano głównie na potrzeby rozwijającej się sieci organizacji pozarządowych w krajach poradzieckich. Poza nimi i czerpiącymi zyski z projektów fundacjami i stowarzyszeniami partnerskimi z UE, niewiele osób odczuło, a nawet choćby zauważyło, korzyści płynące z programu. Jak sygnalizowali wielokrotnie przedstawiciele unijnych instytucji, znaczna część transferowanych środków rozpływała się błyskawicznie pośród korupcyjnych schematów praktykowanych niezmiennie w większości krajów Europy Wschodniej.

Ponadto, zrealizowane projekty dotyczyły zazwyczaj sfer dość ulotnych, zaś ich efekty były tym samym niezwykle trudne do realistycznego oszacowania. Zmarnowane środki wyasygnowali oczywiście podatnicy państw UE, w tym polscy. Nawet dyrektor rządowego Ośrodka Studiów Wschodnich Olaf Osica przyznał kilka miesięcy temu, że cztery lata funkcjonowania programu nie przyniosły żadnych zauważalnych rezultatów w sferze politycznej i społecznej.

Decyzja władz ukraińskich w przededniu wileńskiego szczytu „Partnerstwa Wschodniego” może być zaskoczeniem tylko dla tych, którzy sądzili, że Ukraina jest w stanie zgodzić się na doprowadzenie swojej gospodarki do stanu agonalnego w perspektywie kilku nadchodzących lat. Mogli być nią zdziwieni też ci, którzy sądzili, iż Wiktor Janukowycz i jego otoczenie nie mają podstawowego instynktu samozachowawczego w polityce i gotowi są na niemal pewne oddanie władzy wypuszczonej uprzednio pod naciskiem Europy na wolność Julii Tymoszenko w wyborach 2015 roku. Jak trzeźwo zauważył Aleksander Kwaśniewski, w związku z tym ostatnim argumentem, Ukraina zapewne nie będzie gotowa na jakiekolwiek poważne negocjacje z UE co najmniej do wyborów. Po wyborach – zobaczymy – być może kolejna „pomarańczowa rewolucja” przyniesie do władzy obóz polityczny dążący do mitycznej integracji z Unią. Polski problem polega na tym, że na czele nawołujących do stowarzyszenia z UE stoi dziś m.in. lider „Swobody” Ołeh Tiahnybok. W przypadku jego wygranej minister Sikorski musiałby pewnie przeprosić OUN / UPA za to, że Polacy organizowali na Wołyniu oddziały samoobrony… W nowej sytuacji pozostaje zapewne tylko nowe otwarcie – po ostatecznym krachu „Partnerstwa Wschodniego” niezbędna staje się kompleksowa wizja polityki wschodniej UE. Strategia ta musi brać pod uwagę kluczowy charakter i wyjątkowe znaczenie państwa bezapelacyjnie najistotniejszego na obszarze poradzieckim – Rosji.

Mariusz Blachowski

http://mercurius.myslpolska.pl/

aw

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *