„Blok przyjaciół Moskwy” w Europie

Współpraca z Serbią ma dla Rosji już wymiar historyczny, kulturowy, a nawet sentymentalny. Ale są w Europie – zresztą nawet w Unii – także inne kraje, które nie podzielają antyrosyjskiej polityki UE, USA i NATO, i które można określić mianem cichych rosyjskich sojuszników. Czy Putinowi uda się tą cichą, póki co czysto pragmatycznie nastawioną prorosyjskość Węgier, Słowacji czy Bułgarii przekształcić w bardziej trwały sojusz? Na razie wyraźnie skupia się na Serbii: w październiku prezydent Rosji był gościem honorowym uroczystości 70 rocznicy wyzwolenia Belgradu przez Armię Czerwoną i obejrzał pierwszą od rozpoczęcia wojny w Jugosławii defiladę wojskowa w serbskiej stolicy; teraz odbyły się pierwsze od 8 lat wspólne, serbsko-rosyjskie ćwiczenia wojskowe.

            Rosyjska polityka zagraniczna bynajmniej nie ogranicza się wyłącznie do sprawy Ukrainy. Czy chodzi o „odbudowywanie radzieckiej strefy wpływów” – jak mówią przeciwnicy Kremla – czy o naturalne poszukiwanie sojuszników w sytuacji ogólnej wrogości ze strony USA, UE i NATO – w gruncie rzeczy powinno pozostać pytaniem drugorzędnym. Faktem za to jest, że przykładowo Węgry śmiało zaliczyć można do czołówki „prorosyjskich” państw Europy. Dlaczego tak jest (skoro Viktor Orban jeszcze całkiem niedawno był wielkim idolem zupełnie antyrosyjskiego naszego Pis-u)? Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest łatwa – powszechnie najprościej jest tłumaczyć zwrot Węgier w kierunku Moskwy takimi banałami, jak niezadowolenie z transformacji, rozczarowanie Zachodem i jego libertyńskim systemem „wartości”, problemami gospodarczymi, bezrobociem, tęsknotą za „dawną” stabilnością itd. To jednak są tylko banały: gdyby były to rzeczywiste przyczyny prorosyjskiej orientacji Bukaresztu, cała Europa Środkowo-Wschodnia powinna przecież być prorosyjska. A jednak nie jest.

            Ważniejsza od ideologii wydaje się po prostu pragmatyka: współpraca z Rosją jest dla Węgier bardzo korzystna ekonomicznie. Nowa elektrownia atomowa, zbudowana przez Rosjan, gazociąg południowy – współpraca energetyczna leży po prostu w interesie Węgier. Nie inaczej rzecz ma się w Bułgarii: tam w proteście przeciwko galopującym cenom energii elektrycznej i powszechnej korupcji samospalenie popełniło aż 8 osób – warto podkreślić, że tak drastyczna forma protestu przeciwko systemowi społeczno-politycznemu nie miała miejsca nawet w czasach socjalizmu! A dlaczego ceny energii tak poszybowały w górę? Bo przeforsowały je zachodnie koncerny na wolnym rynku. Dla zwykłego obywatela obraz staje się bardzo prosty: nowa demokracja i nowy kapitalizm oznaczają prawo do bogacenia się dla najsilniejszych. Bogatsi stają się jeszcze bogatsi, biedni – jeszcze biedniejsi. Zwrot w kierunku Rosji wydaje się naturalną reakcją, gdy bierze się pod uwagę, że Kreml polityczne sojusze wynagradza (lub: kupuje) korzyściami ekonomicznymi. Przykładowo: tanim gazem czy tanią ropą. Patrz: planowany nowy gazociąg South-Stream, omijający Ukrainę. Popierany zdecydowanie i przez Węgry, i przez Bułgarię…

Przypomnijmy też październikowy wywiad bułgarskiego ministra obrony Welizara Szałamanowa dla BBC: minister powiedział, że obawia się wzrastających tendencji prorosyjskich w społeczeństwie, ale i „napięć i nieporozumień” na tym tle w armii. Czyli wprost: nastroje prorosyjskie są coraz silniejsze i wśród obywateli, i w siłach zbrojnych… Podobnie jest i na Słowacji, która konsekwentnie sprzeciwia się unijnym sankcjom wobec Rosji i po prostu nie widzi powodów, by uprawiać politykę antyrosyjską. Słowacja liczy na korzyści ekonomiczne, ale także na rozwój turystyki, stąd przykładowo rozwijanie współpracy kolejowej i infrastruktury umożliwiającej szerszy napływ do słowackich kurortów turystów ze wschodu. Oczywiście także Słowacja uzależniona jest od rosyjskiego gazu, który póki co prawie w połowie płynie przez niestabilną Ukrainę – także Słowacja należy więc do zwolenników gazociągu południowego. Nie jest też pozbawiona znaczenia pamięć o Słowackim Powstaniu Narodowym przeciwko Niemcom, na którego czele stanęli dowódcy radzieccy, i o faktycznym braterstwie broni w walce z nazizmem. Premier Robert Fico, dawny komunista i absolwent moskiewskiej uczelni, mówi wprost, że współpraca z Rosją należy do priorytetów jego polityki, i że nie zamierza przyłączać się do obozu rusofobów, nakładać sankcje czy wzmacniać „obronności” przeciwko Rosji.   

            Także Serbia jest  zainteresowana gazociągiem południowym, w tym kraju liczenie na pomoc Rosji ma wymiar cywilizacyjny, religijny i historyczny. Wprawdzie oficjalnie Serbia ubiega się o przystąpienie do UE, ale Zachód – w tym zwłaszcza NATO – stoi za rozbiciem Jugosławii i utrata przez Serbie Kosowa, kolebki swej państwowości i kultury. Poza tym Serbowie z Bośni liczą na ewentualną pomoc Moskwy dla ich  połączenia z resztą Serbii. Najważniejsze w przypadku Serbii wydają się jednak względy ideologiczne: sojusz „bratnich narodów słowiańskich”, wspólnota cywilizacyjna i religijna oraz wiara w pomoc „dużego brata” dla wielu Serbów urosły do wymiaru mitycznego, a Władimir Putin traktowany jest niemalże jako narodowy bohater.

            Oczywiście większość tych państw należy i do UE, i do NATO, i raczej z uczestnictwa w „obozie Zachodnim” nie zrezygnuje. Ale dają one do zrozumienia, ze członkostwo w zachodnich strukturach nie musi oznaczać antyrosyjskości, i kurs taki obierają dobrowolnie i za pomocą demokratycznie wybranych władz. Gdyby blok „przyjaciół Moskwy” okazał się w Europie trwały, byłoby to o wiele większym zwycięstwem Putina, niż odebranie Krymu. 

Michał Soska

a.me.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *