Bułgarski chorał, czyli w cieniu Karpat, Starej Płaniny, Rodopów i Gór Dynarskich

Raz na czas media każą nam żyć rozlicznymi „szczytami” dyplomatycznymi. Tradycja to pełną gębą europejska, która wyrosła z dawnych kongresów, te zaś z soborów. Różnica polega wszakże na tym, że im dalej wstecz, tym mniej rzeczy ustalanych było przed oficjalną inscenizacją. Ponadto dawne sobory absorbowały w równym stopniu życie polityczne, co filozoficzne i teologiczne, a w konsekwencji kulturalne prądy oraz stymulowały w danym rejonie festynową atmosferę, udzielającą się i postronnym, którzy nie tylko żyli ich ustaleniami, ale przede wszystkim przy tej okazji prowadzili handel i bawili się ile wlezie. Ale przecież zanim władza stała się władzą „z woli ludu” od tegoż „ludu” nie oddzielała się aż tak silnie jak dzisiaj, zaś „szczyty” nie polegały na szturmowaniu przez ów demonstrujący „lud” niezdobytych twierdz „przedstawicieli” tegoż, ile właśnie na życiu i użyciu w cieniu nie mniej używających (to akurat się nie zmieniło) panujących…

I tak wprawna ręka Wawrzyńca z Brzezowej z kronikarską dokładnością i średniowieczną szczerością fenomenalnie skreśliła listę uczestników soboru w Konstancji, tego samego, który znamy ze spalenia Jana Husa, wystąpienia Pawła Włodkowica i „utrąconego” ostatecznie antypolskiego paszkwilu Jana Falkenberga. Listę, dającą wyobrażenie o duchowym, międzynarodowym, ekonomicznym i obyczajowym obliczu szacownego zgromadzenia: ‘Na soborze tym oprócz duchowieństwa obecny był sam papież Jan XXIII, prócz tego 3 patriarchów, 23 kardynałów, 27 arcybiskupów, 106 biskupów, 33 biskupów tytularnych z klasztorów, 103 opatów […]. Wszyscy oni byli doktorami. […] 343 doktorów teologii i prawa […]. Ponadto było 28 królów i książąt świeckich, 78 hrabiów, 676 szlachetnie urodzonych, szlachty i rycerstwa, 48 złotników ze służbą, 350 przekupniów ze swymi pachołkami, 170 krawców z czeladnikami, 86 szewców z czeladnikami, 89 kowali z pachołkami, 160 piekarzy z pachołkami, 220 rzemieślników wyrabiających nakrycia głowy, 45 oberżystów ze służbą, 336 balwierzy, 516 trębaczy, muzykantów, piszczków, kuglarzy, 718 prostytutek’. Szczyt zatem co się zowie! W dobie wielkiej schizmy zachodniej obecność jednego tylko papieża nie robi może wrażenia, ale grono tak licznych najwyższej rangi dostojników kościelnych oraz dwudziestu ośmiu dynastów i kilkuset szlachetnie urodzonych, nie wspominając o równie oddanych nie tyle sprawie, ile własnym sprawom rzemieślników i prostytutek zaiste imponuje…

Pośród nich najważniejszym był bez wątpienia Zygmunt Luksemburski – król Niemiec i Węgier, a co najistotniejsze – spodziewany cesarz rzymski. Albowiem to właśnie samozwańczy następca Augusta przewodził wielkiej europejskiej rodzinie, a choć pozostali władcy bronili się ile wlezie przed reminescencjami jego uniwersalistycznej władzy, to przecież w oczach każdego cesarz niezmiennie traktowany był jako ‘primus inter pares’. Natomiast rywalizowano chętnie – niekoniecznie akurat przy okazji soborów – o drugą pozycje w europejskiej lidze, przy czym największe w tym względzie ambicje posiadała Francja, jako „najstarsza córa Kościoła” i ponoć ta „prawdziwsza” część dawnej monarchii Karola I Wielkiego, a z czasem i Hiszpania, jako dziedziczka prastarego państwa Wizygotów, którzy wcześniej niż Frankowie przyjęli wiarę Chrystusową.

Albowiem to, co nadaje monarchom i narodom największego splendoru to wielcy i możliwie najdawniejsi przodkowie, którzy mieli dokonywać rzeczy niekoniecznie godnych pochwał, ale koniecznie ważnych i koniecznie dawno. Odchodząc już całkiem od aktywności na takim czy innym kongresie, zauważyć należy że państwa i narody już w średniowieczu, a jeszcze bardziej zapamiętale w czasach wczesnonowożytnych niemal stawały na głowie, aby sobie takich zacnych przodków wynaleźć. Doskonale pamiętamy, że nasi antenaci wywodzili siebie od Sarmatów, którzy z powodzeniem wojować mieli przecież z samymi Rzymianami, a którzy jakoby podbili miejscowe ludy tworząc piastowską monarchię. Mało kto jednak pamięta, że współgospodarze Pierwszej Rzeczypospolitej – Litwini – ambicje mieli widać jeszcze większe, skoro widzieli w sobie potomków… samych Rzymian, których grupa miała w dobie wojen domowych schyłku Republiki przybyć ku brzegom Bałtyku, a z czasem ową nową Italię – ‘Litalię’ – zniekształcić na ‘Lithuanię’. Z kolei Węgrzy bez zażenowania odnajdywali swoich praszczurów w Hunach – dzielnych wojownikach Attyli. Dla Francuzów – jak wspomniano – najistotniejsze było dziedzictwo mężnych Franków i niewiele interesowało ich, że takie samo doń prawo mają przecież Niemcy. Inne dawne ludy germańskie też miały wzięcie, skoro władcy ze Sztokholmu tytułowali się ‘królami Szwedów, Gotów i Wandalów’. Podobnie przywołani Hiszpanie chętnie pamiętali o wizygockich początkach swej monarchii. Mniejszą estymą cieszyli się wszakże Goci na Półwyspie Apenińskim, gdzie wszelkich Germanów uważano za barbarzyńców z taką przesadą, że wykwintny styl, jaki przynieśli ze sobą cesarscy wojownicy zza Alp nazwano tam pogardliwie „gotykiem”… Wyliczanka prawdziwych i rzekomych przodków mówi nam wiele o ogólnoeuropejskiej, a pewnie i ogólnoświatowej potrzebie narodów, ale niechcący odsłania też kilka autentycznych, a arcyciekawych przykładów, gdy faktyczni twórcy jakiegoś państwa reprezentują zupełnie inną grupę etniczną, niż ich wymieszani z miejscowymi ludami „potomkowie”, dziedziczący po nich legendą i chlubne tradycje państwowe, choć nie zawsze już nawet samą nazwę, która akurat bywa niekiedy najbardziej mylącą (bo przecież niewiele wspólnego mają słowiańscy Macedończycy z dawnymi poddanymi Filipa II i Antygonidów albo współcześni Litwini z historycznymi wojami Mendoga, Giedymina i Olgierda).

Zacząć należy – wedle dostojeństwa – od Rzymian. Oto bowiem, gdy w zachodnich prowincjach Cesarstwa rozkwitała pośród podbitych Celtów i Fenicjan łacina, na wschodzie latynizacja była nader powierzchowną, bez problemu za to zwiększała swój stan posiadania pod panowaniem wielkiej ‘Romy’ (a ‘rome’ to po grecku „siła”!) mowa Hellenów, naturalnie i tu łączona z rzymskim obywatelstwem. I gdy po śmierci Teodozjusza I Wielkiego Imperium Romanum ostatecznie rozpadło się na dwie części, pozbawione w pełni zromanizowanych prowincji zachodnich Cesarstwo Wschodniorzymskie znajdzie się pod taką presją greki, że po dwóch wiekach Herakliusz I podaruje sobie w końcu łacińską tytulaturę i z ‘augustusa’ bez większych oporów przeistoczy się w ‘basileusa’. Imperium kontynuować będzie sukcesję Augusta i wszelkie tradycje dynastii teodozjańskiej, nie przestając być nigdy rzymskim, sami jednak ocaleli na wschodzie Rzymianie staną się narodem greckojęzycznym. W tymże języku z dumą nazywać się będą ‘Romajami’, a określanie ich mianem „Greków” wywoływać będzie tylko święte oburzenie i śmiertelną obrazę… Zaiste bowiem nimi nie byli: przed oczyma „oszczerców” stali najprawdziwsi Rzymianie, w pełni świadomi potomkowie poddanych Augusta i Arkadiusza, tyle że zamiast ludów latyńskich reprezentujący teraz helleńskie!
Chichotem historii pozostaje fakt, że właśnie w ocalonej części imperium „panowie świata” wraz z cesarskim dworem ulegli grece, podczas gdy na obszarach podbitych przez germańskich wodzów uparcie trwali przy podniszczonej łacinie, dając początek językom romańskim, a zdobywając nową tożsamość narodową, wynikającą z rzymskiej spuścizny kulturalnej i tradycji państwowej najeźdźców. W dużej mierze zresztą właśnie sezonowość dzieła rewindykacyjnego Justyniana I Wielkiego nie pozwoliła na trwałe wzmocnić łaciny we wschodnim imperium.

Ta zaś, popsuta bo popsuta, przetrwała choćby w Italii, dwukrotnie – wobec antraktu wschodniorzymskiej rekonkwisty – ulegającej germańskiemu podbojowi. A to przecież nie kto inny, tylko Longobardowie stworzyli pierwsze państwo, które nazwać można śmiało włoskim. Bo skoro Karol I Wielki, a później Berengar I i jego następcy używali Żelaznej Korony Dezyderiusza, oznacza to, iż właśnie w monarchii przybyłych z Panonii germańskich zdobywców szukać należy początków państwowości włoskiej, która pod berłem Karolingów wyewoluowała z zachowaniem pełnej ciągłości w romańskie państwo. W tym sensie pierwszym królem – z czasem w pełni romańskich – Włoch byłby… Alboin.

Identycznie było ze wzmiankowaną już dwukrotnie Hiszpanią. Germańska monarchia Wizygotów romanizowała się coraz bardziej, a po klęsce jaką zadał jej Tarik ibn Zijad pod Jerez de la Frontera na gruzach państwa Roderyka i Agili II jej resztki ocalił wizygocki możny Pelayo, rozpoczynając ze swego szczątkowego królestwa Asturii wielowiekową rekonkwistę przeciw arabskiemu ‘Al-Andalus’. Asturia dała początek kolejnym, w pełni romańskim już państwom, które częściowo zjednoczone (częściowo, bo bez Portugalii, nieszczególnie przecież odrębnej od Kastylii czy Aragonii) przyjęły wspólne miano, ukute od rzymskiej nazwy Półwyspu Iberyjskiego – Hiszpania. I znów państwo romańskich Hiszpanów stworzyli germańscy zdobywcy, którzy dotarli tu w V w. via ziemie polskie i czarnomorskie stepy z mroźnej Skandynawii…

Podobnym procesom ulegało państwo walecznych Franków, pracowicie budowane w postrzymskiej Galii. Po pewnym czasie germańska przewaga etniczna utrzymała się jedynie na wschodzie karolińskiej monarchii, i to pewnie tylko dlatego, że tworzyły go świeżo przyłączone ziemie Sasów i Bawarów. Ostatecznie z frankijskiego państwa zrodziła się germańska ‘Francia Orientalis’ i romańska ‘Francia Occidentalis’, przy czym to właśnie romańska część (!) zachowała na trwałe nazwę germańskich wojowników…

Tak to jest, gdy stosunkowo nieliczna grupa zdobywców tworzy państwo, w którym przeważają odmienni etnicznie a liczniejsi poddani, o czym świetnie przekonali się domniemani skandynawscy panowie Rusi z drużyny Ruryka. A przecież w krajach słowiańskich proceder ów zdarzał się równie często, co w podbijanej przez Germanów romańskiej Europie Zachodniej…

Daleko na południowy zachód od Rurykowego Nowogrodu, daleko na północ od wschodniorzymskiego Konstantynopola i daleko na wschód od karolińskiego Akwizgranu rozciągają się wyżyny Auksztoty, czyli wzmiankowana już Litwa. A Litwini, owi rzekomi potomkowie rzymskich uchodźców, opanowali z czasem tak rozległe terytoria Słowian Wschodnich, że slawizacja zdobywców (często zresztą przejmujących nowe ziemie bez sprzeciwu, a nawet z przyzwoleniem ruskich kniaziów) czyniła stałe postępy. Podbój Żmudzinów i nieznaczne wzmocnienie tą drogą bałtyjskiego żywiołu nie zmieniły sytuacji: Litwini ulegali nieustannej rutenizacji. I jeśli wielki książę Jagiełło, notabene do końca życia „drący koty” z polskimi panami, kalkulował że unia z Polską i otwarcie się na kulturę łacińską pozwolą zahamować dotychczasowe procesy, to srodze się przeliczył, zwłaszcza że i świeży zakaz budowy cerkwi w Wielkim Księstwie nie był nigdy przestrzegany. Rutenizację potomków Giedymina dało się powstrzymać, slawizacji – już nie. Litwini zachwycili się bowiem polską kulturą i językiem, a po kilkuset latach ulegli w tej materii pełnej polonizacji. Owszem, zachowali narodową świadomość i poczucie odrębności od Polaków, od Koroniarzy, tyle że z ludu bałtyjskiego stali się już polskojęzycznym narodem zachodniosłowiańskim. Jak zhellenizowani Rzymianie czy zromanizowani Frankowie… I pewnie takim by pozostali, gdyby nie rozbiory i likwidacja odrębności Wielkiego Księstwa, wskutek czego polskojęzyczni Litwini uznali się z czasem po prostu za Polaków na Litwie. A że złamani klęską kolejnych powstań Żmudzini i chytrzy Rosjanie zaaranżowali później tragifarsę w postaci „litewskiego odrodzenia narodowego”, z językowej zbitki żmudzko-zachodnioauksztocko-czeskiej (!) tworząc zupełnie nowy naród „litewski”, to już zupełnie inna opowieść…

Identyczną drogę co historyczni Litwini przeszli Bułgarzy i jest to być może najbardziej znany przykład procesów, jakimi od pewnego czasu pozwalam sobie Czytelnika zanudzać. Tak jak bałtyjscy wojownicy Mendoga, Giedymina i Olgierda opanowali rozległe terytoria Słowian, aby następnie ulec slawizacji, tak i tureccy Bułgarzy podbili południowosłowiańskie plemiona w Tracji, aby w końcu przejąć ich język i utworzyć państwo z czasem coraz bardziej słowiańskie. Bułgarscy wojownicy Asparucha wyruszyli na Bałkany i bez większych problemów ujarzmili Timoczan, Siedem Rodów, Siewierzan, mieszkańców Zagórza (Zagoria) oraz inne słowiańskie plemiona, którymi zarządzać mieli teraz chanowie i kauchanowie, jednak liczebna przewaga podbitych nad najeźdźcami sprawiła, że tureckiego charakteru państwa nie dało się długo utrzymać. Znamienne, że nawet dumna turecka arystokracja – ‘bojlu’ („górujący”), ostoja chańskiej władzy, musiała dopuścić do swego grona elementy miejscowe, tworząc warstwę „bojarów”. Elementy tureckie i słowiańskie przeplatają się przez VIII stulecie, aby w końcu ukazać Europie całkiem zeslawizowane oblicze bałkańskiej monarchii. Bułgarzy stają się ludem słowiańskim, choć relikty tureckich obyczajów przetrwają jeszcze tu i ówdzie. Symbolicznym momentem slawizacji potomków wielkiego Kubrata było panowanie Borysa I Michała (852-889), który przyjmując chrześcijaństwo i zastępując bóstwo nieba – Tängrę, z którego łaski dotąd dzierżył władzę uniwersalnym Bogiem Izraela, uderzył mocno w świat wierzeń zdobywców, tym samym zaburzając jeden z istotnych elementów ich tożsamości, a dotychczasowy tytuł chana równie ochoczo zastąpił godnością księcia (‘kniazia’). Nie mniej istotną była działalność świętych Cyryla i Metodego, opracowany przez nich alfabet słowiański, związany z nim rozwój piśmiennictwa oraz przyjęcie przez sobór w Presławiu (893 r.) liturgii słowiańskiej.

Znamienne dla pierwszego państwa bułgarskiego były również podboje, godnie kontynuowane przez następców Asparucha. Skądinąd ciekawe to czasy, gdy zeslawizowani Bułgarzy wojowali ze zhellenizowanymi Rzymianami… W każdym razie w walce z Awarami, Cesarstwem Wschodniorzymskim i lokalnymi wrogami Terwel (700-721), Krum (803-814), Omurtag (815-831), Presjan (836-852), Borys I Michał i Symeon I Wielki (893-927), który równie wielkie co własny przydomek dzieło zwieńczył koronacją na cesarza (inna sprawa, że pragnął zostać ‘basileusem’ Rzymian, a stał się „tylko” ‘carem’ Bułgarów…), stworzyli olbrzymie imperium, sięgające Cisy, Prutu i trzech mórz. Morze Czarne, Morze Egejskie i Adriatyk utworzyły muskane ciepłymi falami wybrzeża Bułgarii, której terytoria wspinały się po stokach Rodopów, Starej Płaniny, Gór Dynarskich i Karpat, a chwałę bułgarskich chanów i kniaziów niosły niebiosom wyniosłe kulminacje, które później już otrzymały nawy Vihren (2915 m.), Baba (2600 m.), Moldoveanu (2543 m.), Botev (2376 m.) i Perelik (2191 m.).

Ale nie tylko szczękiem oręża żyło owo lokalne imperium potomków Asparucha, Winecha i Kruma. Wschodniorzymskie wpływy i własne ambicje zaowocowały rozkwitem wykwintnej kultury bułgarskiej, zaowocowały świetnością Tyrnowa i Widynia oraz wspaniałych świątyń i pałaców Pliski i Presławia. To właśnie tutaj stworzono alfabet, który przeszedł do historii pod nazwą cyrylicy, a pod bułgarskim panowaniem rozwinął się legendarny ośrodek religijny na górze Athos.

Pierwsze państwo bułgarskie to także wspaniały rozkwit muzyki sakralnej, która zachowując starosłowiańskie teksty i melodie już w IX stuleciu wywarła olbrzymi wpływ na cerkiewne śpiewy Rusi Kijowskiej. Bardzo wcześnie pojawił się tutaj wielogłos, wyśpiewywany na tle długiego i niezmiennego ‘isonu’, zaś Athos i Ochryda stały się istotnymi centrami muzyki sakralnej wschodniej Europy. Co tu dużo mówić: wczesnośredniowieczny chorał bułgarski to niezwykle istotny kawał europejskiej kultury!

U stóp potężnych wierzchołków Starej Płaniny i Rodopów, u stóp niebotycznych królestw wyrosłych ponad ‘Kaloferską Planinę’ i ‘Zapadni Rodopi’ Boteva i Perelika rozłożyły się główne centra państwa chanów, książąt i cesarzy z mityczną Pliską i Presławiem na czele. Pośród zaś południowych skłonów Gór Dynarskich rozkwitała kościelna kultura, wysokiej klasy pisarstwo i myśl świętego Klemensa Ochrydzkiego.

Jak jednak wyglądał bułgarski Siedmiogród, jak wyglądały bułgarskie Karpaty? Czy władcy Pliski zadowolili się tutaj tylko formalnym zwierzchnictwem i trybutem, czy też w karpackie zakątki docierały ich kulturowe wpływy, a u stóp Moldoveanu niosły się sławne chorały? Któż to wie? Wiemy tylko, że władza potomków stepowych koczowników nad Alpami Transylwańskimi i Siedmiogrodem przetrwała do X stulecia. Jak zwykle więc – wiemy zbyt mało…

Warto jednak pamiętać o dawnych związkach kulturalnych, nawet jeśli nie pozostało po nich wiele śladu. Albowiem kultura opiera się przede wszystkim na pamięci…

Mahomet uciekał z Mekki do Jatribu, nie Medyny, a Piotr I Wielki wznosił mury Sankt Petersburga, nie Leningradu. Podobnie, skalista ziemia siedmiogrodzka, zanim weszła w skład Królestwa Węgier, a tym bardziej Rumunii, tworzyła część niezwykłej bułgarskiej monarchii. Warto i o tym pamiętać. Lecz na ile kultura bałkańskiego mocarstwa o tureckich korzeniach i słowiańskim charakterze oddziaływała na romańskich mieszkańców mrocznej Transylwanii, na ile potrafiła dzielić się z nimi pięknem niezwykłych chorałów, tak mocno odciśniętych na kulturze niedalekiej Rusi – to już wie tylko posępny wierzchołek potężnego Moldoveanu…

Bartłomiej Grzegorz Sala
aw

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Bułgarski chorał, czyli w cieniu Karpat, Starej Płaniny, Rodopów i Gór Dynarskich”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *