Co to jest pomnik?

Czy bowiem monument ten winien znowu stać na Pradze, czy gdzie indziej, czy też w ogóle zniknąć – to kwestia odrębna. Znacznie ciekawszy od historycznego i politycznego – jest problem prawny. Sędzia Ewa Grabowska z Sądu Rejonowego dla Warszawy Pragi Północ umarzając postępowanie przeciwko Wojciechowi B. i Danielowi L., oskarżonym o zdewastowanie pomników Żołnierzy Radzieckich oraz Braterstwa Broni – postanowiła bowiem wyręczyć Sejm. Sama zdefiniowała co to jest pomnik, wyciągnęła z tego wnioski – ale czy pomyślała o konsekwencjach?

Pani sędzia stwierdziła oto, że obiekty – bez wątpienia zdewastowane przez oskarżonych – „nie spełniają definicji pomnika w rozumieniu art. 261 KK”, bowiem zdaniem pani sędzi stanowi on, iż „ochronie prawnej podlega obiekt wzniesiony dla upamiętnienia zdarzenia bądź uczczenia osoby, której ta cześć jest należna”. Na dobry początek zastanówmy się może skąd to sędzi Grabowskiej przyszło do głowy w sytuacji, gdy inkryminowany artykuł Kodeksu karnego brzmi: „Kto znieważa pomnik lub inne miejsce publiczne urządzone w celu upamiętnienia zdarzenia historycznego lub uczczenia osoby, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności”. Widać wyraźnie, że artykuł ten nadal nie definiuje pojęcia „pomnik”. Opisuje jedynie dodatkowo „inne miejsce publiczne”, wyróżniając je pod kątem genezy i celu powstania. W żaden sposób ustawodawca nie odniósł się do problemu słuszności uczczenia – owego przywołanego przez panią sędzię „bycia godnym”. Skąd jej się więc wzięło, że przeczytała coś, czego nie napisano – pozostanie pod jej togą.

Dalej pani sędzia prowadziła w ustnym uzasadnieniu dywagacje historyczne dotyczące znikania pomników „dokumentujących poprzednią epokę”, bez większego znaczenia i wartości prawnej. Następnie jednak, rozgrzana zastąpieniem Sejmu oraz zmianą treści Kodeksu karnego – postanowiła wejść też w rolę samorządu Warszawy i sądownictwa administracyjnego. Za wystarczający dla uznania wyświnionych pomników za nieistniejące – uznała bowiem fakt, że „już dwukrotnie były składane wnioski o ich rozbiórkę”. Czyli nie ma znaczenia czy wnioski te zostały przyjęte w trybie wskazanym m.in. przez ustawę o samorządzie gminnym oraz Prawo budowlane – pani sędzia czująca moc nadała im właśnie rangę prawnie wystarczającą, by usprawiedliwić łamanie prawa.

Postanowienie w sprawie wymazania farbą Czterech Śpiących oraz monumentu upamiętniającego 26 żołnierzy sowieckich poległych w dniach 10-15 września 1944 w walkach przy Rondzie Waszyngtona – to absolutne curiosum. I dziwię się, że nie widzą tego środowiska najbardziej zachwycające się zadekretowanym w ten sposób (na szczęście nieprawomocnie) „prawnym nieistnieniem” obu pomników. Jeśli za każdym razem to sędzia karny ma rozstrzygać, czy klient stojący na cokole jest godny, by się na nim znajdować i to ma przesądzać o jego ochronie – to już niech zainteresowani kupują szczotki i środki czyszczące, ustawiając się przy wszystkich statuach Piłsudskiego, Jana Pawła II, przy Dmowskim i Chrystusie Królu. I niech się modlą, żeby orzekający po ich zapaskudzeniu sędzia podzielał poglądy polityczne, historyczne, czy religijne czyszczących, a nie brudzących….

Postanowienie sędzi Grabowskiej jest więc z gruntu niemądre i nie powinno się ostać na gruncie kk i kpk. Jednak duch polskiego orzecznictwa tchnie kędy chce. Jakby jednak nie wyszło – ważniejsze mogą być kolejne implikacje – tym razem legislacyjne. Ponieważ nie ma gwarancji, czy znowu jakiś dziwak w todze nie zacznie definiować np. co to jest pamięć narodowa, po głowie posłów może zacząć chodzić pomysł odkurzenia starego projektu ustawy o miejscach pamięci narodowej. Charakteryzowała go spora niechlujność i niefrasobliwość prawna, choć zdaniem inicjatorów miał wprowadzać pewną systematyczność pojęć – z tytułowymi „miejscami pamięci narodowej” na czele. Sęk w tym, że – jak trafnie jeszcze w 2009 r. wypunktowała Rada Legislacyjna przy premierze, projekt zawierał niemal nieprzezwyciężalne sprzeczności, podważające całą proponowaną konstrukcję ustrojową (pomińmy już takie kwiatki, jak sformułowania „upamiętnienie upamiętniające” zawarte w tekście dokumentu). Jak wiadomo – mimo zapowiedzi ani pod rządami PiS, ani PO nie udało się wypracować innego, lepiej przygotowanego aktu całościowo omawiającego problematykę ochrony miejsc pamięci – bez nadawania tejże ochronie charakteru walki ideologicznej. Czy udałoby się przy obecnym składzie Sejmu i obsadzie resortu kultury – można szczerze wątpić.

Oczywiście jednak postanowienie sędzi Sądu Rejonowego dla Warszawy Pragi Północ tworzy kontekst, a przez swą absurdalność – o dziwo także dobry klimat dla innego dziwacznego aktu prawnego, a mianowicie senackiej ustawy o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego w nazwach budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej. Dziwacznego, o ile bowiem można zrozumieć intencje jego twórców – to nijak one się mają do zaproponowanych przez izbę dumania zapisów prawnych. Dla przykładu – akt ten ma dotyczyć m.in. budowli, zaś w rozumieniu ustawy o samorządzie gminnym, czytanej łącznie z Prawem budowlanym oraz ustawą o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym – pomnik jest właśnie budowlą. Zatem na mocy nowego prawa (gdyby zostało przyjęte przez Sejm) wojewodowie staną przed następującym zagadnieniem historyczno—ideologiczno-prawnym: najpierw będą musieli ustalić, czy nazwa danego pomnika aby nie „upamiętnia osób, organizacji, wydarzeń lub dat symbolizujących komunizm lub inny ustrój totalitarny, ani w inny sposób takiego ustroju propaguje”, a następnie… Nie, nie będą mogli danego pomnika zburzyć – jak pewnie chcieli państwo senatorowie. Będą mogli… zmienić mu nazwę. Tak więc oto Senat w mądrości swojej otworzył co najwyżej drogę, by praski Pomnik Braterstwa Broni faktycznie nosił miano, pod którym znany jest warszawiakom…

Czy Szanowni Czytelnicy zorientowali się już w jakim cudzie prawnym żyjemy? Sąd orzeka wg kodeksu, który sam wymyślił. Senat po 24 latach od upadku komuny dopracowuje się projektu ustawy po napisaniu którego student nie ukończyłby studiów prawniczych, nie mówiąc o aplikacji legislacyjnej. Dwa obiekty budowlane absorbują moce prawno-ustrojowe tej nieszczęsnej namiastki państwa w zakresie jasno dowodzącym całkowitego niedowładu i słabości III RP. Takie sprawy albo się bowiem od ręki załatwia rozbujaną gruszką burzącą, albo zostawia w spokoju – choćby z powodów geopolitycznych, czy wychowawczych. Zamiast tego kompromituje się i sąd, i parlament, i komentatorzy wyrażający ślepy zachwyt czy równie ślepe oburzenie, bez dotykania istoty problemu. Tymczasem państwo, które nie potrafi ani zburzyć, ani ochronić dwóch pomników – zwyczajnie nie istnieje.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Co to jest pomnik?”

  1. “nieszczęsnej namiastki państwa”; “słabości III RP”. Dotychczas tego typu wyrażenia spotykałem wyłącznie w publicystyce “prawdziwych patriotów” i antykomunistów roniących krokodyle łzy nad rzekomą słabością molocha zwącego się III RP. Chyba nigdy nie zrozumiem tych żalów, państwo pcha gdzie się da, roztacza coraz szerszą kontrolę, o zgrozo jednak w publicystyce prawicowej i “prawicowej” dowiadujemy się, jakie jest ono słabe. Dla wyjaśnienia: jeśli ktoś nieudolność państwa bierze za słabość, najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że państwo działa zgodnie ze swą naturą i zawsze będzie nieefektywne. Zamiast walczyć o jak najdalej idący demontaż Lewiatana, ludzie deklarujący prawicowość walczą z lewicą o kontrolę nad państwem by posłużyć się nim chociażby w walce o pomnik, którym poza nimi interesują się może jeszcze bombardujące go ptaki…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *