Człowiek człowiekowi wilkiem, czyli o konserwatyzmie Adama Wielomskiego raz jeszcze

Opublikowany przeze mnie tekst, w którym poddałam krytycznej analizie formułę konserwatyzmu wyznawaną przez Adama Wielomskiego, doczekał się odpowiedzi z jego strony. Chciałabym się do niej ustosunkować, gdyż autor przypisuje mi kilka poglądów, których nie reprezentuję. Ponadto uważam, że kilka sformułowanych przez niego twierdzeń zasługuję na dalszą krytykę. Zanim jednak odniosę się do argumentów mojego oponenta, chciałabym poczynić pewną uwagę dotyczącą strony formalnej jego tekstu. Parafrazując przytoczone przez Adama Wielomskiego słowa profesora Bartyzela, stwierdzam, że ja też bym chciała być krytykowana”z taką gracją (i oprzyrządowaniem)”. Nie rozumiem uwag w stylu: „Moje polemiki z Magdaleną Ziętek stały się pewną tradycją na naszym portalu. Czuję się jednak w obowiązku odpowiedzieć na kolejny tekst Pani Magdaleny”. Sprawiają  wrażenie, jakby osoba je wypowiadająca nie była przyzwyczajona do dyskutowania z innymi na temat jej własnych poglądów (co w gruncie rzeczy jest prawdą). A moje polemiki wynikają z bardzo prostej przyczyny: Adam Wielomski notorycznie przypisuje sobie prawo decydowania, co jest konserwatyzmem, a co nie. A ja bardzo nie lubię, kiedy ktoś mi dyktuje, jak mam postrzegać rzeczywistość.

Przechodząc do meritum, chciałabym najpierw stwierdzić, że celem mojego tekstu nie było czynienie Adamowi Wielomskiego zarzutu z powodu tego, że nie jest tomistą. Moim celem było wykazanie, że nie jest on tomistą, gdyż przy różnych okazjach zdarzało mu się twierdzić, że nim jest. Tak na przykład w tekście pt. O „sposobikach, negocjacji i obrotności” wprost deklaruje on: „Ja jestem arystotelikiem i tomistą”( (http://adamwielomski.salon24.pl/64800,o-sposobikach-negocjacji-i-obrotnosci). Skąd więc ta niekonsekwencja? Czyżby Adam Wielomski wcześniej był tomistą, a teraz przeszedł na inne pozycje? Skądże! Moim zdaniem, Adam Wielomski po prostu nie rozumiał i nadal nie rozumie arystotelizmu i tomizmu (stąd zarzuca mi platonizm, o czym w dalszej części tekstu). Przyjrzyjmy się bowiem jego opisowi tego kierunku filozoficznego, który następuje bezpośrednio po przytoczonej wyżej deklaracji: „Lubię twardy grunt, empiryczną rzeczywistość. Zamiast powiewania sztandarami i epatowania moralnymi racjami mojej sprawy wolę wszystko zmierzyć, zważyć, obliczyć. Nie interesują mnie sprawy teoretycznie słuszne, ale to, co jest osiągalne i możliwe. Nie badam czy dana kwestia jest politycznie moralna czy też nie. Zamiast tego pytam jakie korzyści może z tego wyciągnąć racja stanu; nie patrzę czy mamy szanse na moralne zwycięstwo, ale czy mamy szanse na zwycięstwo polityczne lub militarne. Tak, jestem ze szkoły nagiego i brutalnego realizmu politycznego, gdzie nie macha się wielkimi proporcami, ale wybiera się wzmiankowane „sposobiki, negocjacje i obrotność”. Nigdy nie fascynował mnie Dmowski jako ideolog. Nie byłem i nie jestem narodowcem. Zawsze jednak robił na mnie wrażenie jako wielki cyniczny i realistyczny szachista polityczny – szczególnie w stosunkach międzynarodowych, gdzie uczył się politycznych „sposobików” od mężów stanu takiego formatu jak Richelieu, Bismarck czy Metternich, którzy wydumane imponderabilia mieli za nic. Polityka jest wielką partią szachów. A szachy mają to do siebie, że wymagają posługiwania się czystym rozumem politycznym. Zero namiętności, zero patetycznego czynu, zero ataków pionkami na wieże. Czysta kalkulacja oparta na empirycznym rozeznaniu rzeczywistości. Tak pojmowany świat polityki rozumiem i uwielbiam go. Polityka romantyczna, polityka czynu jest zaprzeczeniem rozumności. Ataki kamikadze, górnolotne frazesy, polityczny radykalizm i fanatyzm. Co to ma wspólnego z konserwatyzmem? Fanatykami imponderabiliów byli: husyci, kwakrzy, jakobini, bolszewicy, faszyści, naziści, dzieci-kwiaty, frankfurtczycy. Dziś to ekologowie i działacze gejowscy. Co to ma wspólnego z polityką prawicy?“ Uff. Podstawą arystotelizmu i tomizmu jest koncepcja prawego rozumu praktycznego, czyli pytanie o sprawy nie tylko teoretycznie, ale też i praktycznie słuszne. Adam Wielomski natomiast deklaruje, że nie intereresują go takie „imponderabilia”, natomiast imponują mu Richelieu, Bismarck czy Metternich, którzy właśnie te „wydumane imponderabilia mieli za nic”. Nie, nie każdy musi być tomistą, także nie musi być nim Adam Wielomski. Ale stawianie znaku równości między tomizmem a machiawellizmem to poważny błąd, który należy surowo piętnować.

Cel mojego tekstu został osiągnięty, gdyż Adam Wielomski publicznie przyznał, że tomistą jednak nie jest.

Pójdźmy dalej. Jak już wspomniałam, mój oponent twierdzi, że reprezentuję platonizujący arystotelizm: „Pani Magdalena patrzy na konserwatyzm jako na abstrakcyjny i wyizolowany z życia politycznego i społecznego system filozoficzny. To taka platońska „idea”, która znajduje się „bliżej bytu” i która istnieje sama z siebie i dla siebie. Dzieje się tak nawet wtedy, gdy odwołuje się do Arystotelesa i św. Tomasza. Innymi słowy: moja Oponentka reprezentuje arystotelizm platonizujący, przynajmniej w aspekcie relacji pomiędzy ideą a empirią. Skutkiem tego konserwatyzm jest dla niej zamkniętym i egzystującym niejako w oderwaniu od warunków empirycznych systemem idei”.

W tych słowach Adam Wielomski po raz kolejny zdradza, że zupełnie nie rozumie arystotelesowskiej i tomistycznej koncepcji rozumu praktycznego. Rozwijana przez tych dwóch filozofów koncepcja prawa naturalnego nie ma nic wspólnego z jakimś „egzystującym niejako w oderwaniu od warunków empirycznych systemem idei”. Koncepcja ta zna bowiem tylko jedną stałą i niezmienną maksymę postępowania, a brzmi ona: „czyń dobro, unikaj zła”. Rozpoznawanie dobra i zła następuje zawsze w konkretnych warunkach empirycznych i w zależności od okoliczności nawet kłamstwo i zabójstwo nie będą moralnie złe (np. w przypadku obrony własnej). Warto przypomnieć, że Kościół katolicki jest w stanie funkcjonować w każdym systemie policznym, niezależnie od panującego ustroju, gdyż prawo naturalne, które jest podstawą katolickiej doktryny politycznej, nie przyjmuje żadnego „egzystującego niejako w oderwaniu od warunków empirycznych systemu idei”. Na gruncie katolickiej etyki – która jednak oparta jest o koncepcję prawego rozumu praktycznego – katolik w każdych okolicznościach, jakich przyszło mu żyć, jest zobowiązany do realizowania dobra i unikania zła. A co należy uznać za dobro w konkretnych okolicznościach, wymaga uwzględnienia wielu czynników. Przykładowo, ustępstwa ze strony prymasa Wyszyńskiego w stosunku do władz PRL należałoby uznać za moralne zło w stytuacji, gdyby niepójście na takie ustępstwa nie było związane z żadnym realnym zagrożeniem dla polskiego Kościoła. Stąd też twierdzenie Adama Wielomskiego o możliwym niebezpieczeństwie narodzin „tomistycznej rewolucji antydemokratycznej” jest zupełnie pozbawione podstaw. Tomizm nie uznaje monarchii za jedyny właściwy ustrój. Każda wspólnota polityczna, nie zależnie od sposóbu swojego zorganizowania, zobowiązana jest do realizowania dobra wpólnego. Dobro wspólne może być realizowane w demokracji, a sprzeniewierzyć mu się może monarchia. Sam Tomasz preferował system mieszany, który łączyłby element monarchiczny, arystokratyczny i demokratyczny.

Podstawą klasycznej koncepcji polityki jako nauki praktycznej jest oczywiście przekonanie, że człowiek jest w stanie rozróżniać dobro i zło. I właśnie to twierdzenie, w sposób radykalny, zostało zakwestionowane w nowożytności.  Adam Wielomski całkiem słusznie stwierdza, że „Nie zgadzając się z zarzutami Magdaleny Ziętek, z jednym zgadzam się całkowicie: źródłem różnicy naszych poglądów są odmienne koncepcje natury ludzkiej i stopnia jej upadku po Upadku właśnie”. Natomiast mój oponent nie ma racji twierdząc, że „Domyślam się dlaczego moja Oponentka tak nie lubi św. Augustyna i tak kocha tomizm: z augustynizmu wyrósł Marcin Luter, który jest właściwym ojcem „ducha pruskiego””. Jeśli dobrze rozumiem te słowa, to moja niechęć do św. Augustyna wynika z mojej niechęci do Prus. Mogłabym w tym momencie zadać pytanie: no to skąd wynika moja niechęć do Prus? Tak, nie lubię antropologii św. Augustyna, Lutra, de Maistre`a, Donoso Cortesa, Carla Schmitta, a także Makiawela, Hobbesa, czy też właśnie „ducha pruskiego”, bo moim zdaniem, opierają się one na fałszywym pojmowaniu natury człowieka.  Adam Wielomski może i słusznie twierdzi, że „Katolicyzm cechuje się – w aspekcie filozoficznym – pewnym pluralizmem”  i że antropologia św. Augustyna nie została uznana za herezję. Prawda jednak jest tylko jedna. A to oznacza, że ktoś nie ma racji, i moim zdaniem jest to św. Augustyn.

Zgodnie z klasyczną koncepcją prawdy, nie może zawierać ona wewnętrznych sprzeczności. A takimi właśnie sprzecznościami obciążone jest nauczanie św. Augustyna. Bo niby człowiek jest zły (co więcej, zgodnie z platońską koncepcją człowieką, którą reprezentował św. Augustyn, człowiek to dusza uwięziona w ciele), z drugiej zaś strony, tenże sam Augustyn twierdził: „kochaj i rób, co chcesz”. A fakt, że został przez Kościół ogłoszony świętym, jest najlepszym dowodem na to, że jednak był w stanie czynić dobro. Jeśli więc, jak twierdzi za św. Augustynem Adam Wielomski, człowiek jest totalnie skażony przez grzech, to w jaki sposób może osiągnąć świętość?  A może mój oponent uważa, że św. Augustyn czynił dobro dlatego, że państwo, za przeproszeniem, skutecznie trzymało go „za mordę”? Państwowy zamordyzm, jako sposób na produkowanie świętych, chyba nie jest doktryną, której naucza Kościół katolicki. Jak to więc jest z tą agustyńską antropologią? Moim zdaniem, nie jest ona spójna, dlatego jako osoba poszukująca prawdy, odrzucam ją.

Adam Wielomski uważa, „że Akwinata głosi nazbyt optymistyczną antropologię, zbyt mało podkreśla rolę grzechu pierwordonego i pierwotnego uszkodzenia natury ludzkiej. Z tego też powodu nie dowartościowuje odpowiednio władzy” . Swoją krytykę w stosunku do św. Tomasz próbuje podeprzeć argumentem odwołującym się do empirycznego doświadczenia. Twierdzi on, że że Akwinata „Nie widział żadnej większej wojny. Ale po śmierci Akwinaty była Reformacja, Wojna Trzydziestoletnia, Rewolucja Francuska, Rewolucja Radziecka, I oraz II Wojna Swiatowa. Intelektualnie odparta antropologia św. Augustyna wracała za każdym razem jak bumerang. Totalne skażenie ludzkiej natury przez grzech potwierdziły dalsze dzieje”. Na sprawę można spojrzeć także zupełnie inaczej. To właśnie Reformacja i cała nowożytność odrzuciły klasyczną koncepcję filozofii praktycznej, która zobowiązywała człowieka do czynienia dobra i unikania zła (warto w tym miejscu zaznaczyć, że kosnerwatyści odrzucili pierwszą częśc tego postulatu, a rewolucjoniści, głoszący antropologiczny optymizm, drugą). Na skutki nie trzeba było długo czekać. W tym miejscu postawię tezę, którą zamierzam szerzej omówić w osobnym tekście: to właśnie nowożytny konserwatyzm reprezentuje myślenie utopijne, gdyż przyjmuje, że można człowieka zupełnie zdyspensować od konieczności czynienia dobra i unikania zła (gdyż wmawia się mu, że i tak nie jest do tego zdolny, gdyż jest totalnie skażony grzechem pierworodnym) i że władza państwowa jest w stanie utrzymać pod kontrolą takie uwolnione z wszelkich więzów moralnych jednostki. Czyli że całe prawo i etykę można oprzeć na strachu przez karą, czyli strachu przed augustyńskim „Biczem Bożym” / schmittiańskim Katechonem / nowożytnym suwerenem / heglowskim „duchem obiektywnym”. Co więcej, z twierdzenia o totalnym skażeniu natury człowieka można wyciągnąć zupełnie przeciwstawne wnioski. I tak Luter twierdził, że skoro pojedynczy człowiek jest popsuty, to znaczy, że lud jest popsuty i że władza musi „trzymać go za mordę”. Natomiast Kalwin, wychodząc z dokładnie takich samych założeń co Luter, doszedł do dokładnie odwrotnego wniosku. Jego zdaniem, skoro człowiek jest zły, to i władza jest zła, i w związku z tym należy chronić lud przed państwowym „zamordyzmem”. Cóż, na gruncie skrajnego pesymizmu antropologicznego oba twierdzenia są prawdziwe: zarówna władza, jak i lud są złe. A to oznacza stan wiecznej walki między rządzonymi i rządzącymi, która może zakończyć się tylko wtedy, kiedy rządzącym uda się w sposób totalny spacyfikować lud.

Historia nowożytności jest więc najlepszym dowodem na słuszność arystotelizmu i tomizmu. Tomasz  twierdził, że natura człowieka została osłabiona przez grzech pierworodny, w związku z tym musi on intensywnie nad sobą pracować. Stąd płynie jasny wniosek, że jeśli nie będzie nad sobą pracował, to jego rozum zostanie zdominowany przez namiętności i popędy, i człowiek będzie czynił zło. Dlatego też nie dziwi, że w nowożytności mamy do czynienia z takim natężeniem zła. Bo który z nowożytników mówił o cnotach i wadach i konieczności odpowiedniej pedagogiki, i to zarówno względem ludu, jak i władzy? Machiavelli? Hobbes? A może inny mistrz Adama Wielomskiego, Carl Schmitt? Nie, nowożytny konserwatyzm tak samo odciął się od klasycznej koncepcji prawego rozumu praktycznego,   jak rewolucjoniści. I efekty tego możemy oglądać dzisiaj. Rozum polityczny został doszczętnie zdeprawowany.

Pójdźmy dalej. Adam Wielomski zarzuca mi, że sugeruję, iż jest on heglistą. Sprawy mają się inaczej. Ja po prostu nie rozumiem, w jaki sposób Adam Wielomski może z heglowskiej doktryny, niczym rodzynki z ciasta, wybierać pewne elementy, a odrzucać inne. Systemy filozoficzne są pewnymi całościami i należy dostrzegać wewnętrzne powiązania pomiędzy poszczególnymi twierdzeniami. Nie zamierzam tutaj głębiej wnikać w tę problematykę, chciałabym tylko stwierdzić, że moim zdaniem, mój oponent po prostu dość wybiórczo czyta Hegla. Na przykład twierdzi on, że: „Heglowska rozprawa o Filozofii prawa ma charakter konserwatywny i jej celem jest obrona pruskiego państwa, jego ustroju politycznego i społecznego. Państwo jest tu pojęte jako „duch objektywny”, czyli stojące ponad stronnictwami i grupami społecznymi, reprezentującymi „ducha subjektywnego”. To nic innego jak tylko podane w specyficznym Heglowskiem narzeczu twierdzenie, że władza królewska ma stać ponad partiami i stanami. To bardzo konserwatywne twierdzenie”. Czytając tę i inne wypowiedzi mojego oponenta na temat Hegla, odnoszę wrażenie, że podczas lektury „Zasad filozofii prawa” ominął on np. rozdział poświęcony społeczeństwu obywatelskiemu. Hegel nie bronił tak po prostu pruskiego państwa, on uważał je za cel historii powszechnej! Dla Hegla Prusy były absolutnie najnowocześniejszym państwem świata, wzorem do naśladowania dla innych. To właśnie w Prusach idea społeczeństwa obywatelskiego osiągnęła swoją pełnię, gdyż stosunki społeczne oparte na osobistych zależnościach zostały w pełni zastąpione przez stosunki społeczne oparte na więzach prawnych. Rodzina przestała być dla jednostki jej pierwszą i podstawową wspólnotą, zamiast tego jej nową rodziną stało się właśnie społeczeństwo obywatelskie, z jego instytucjami, w tym przede wszystkim korporacjami. Co ciekawe, podstawą pruskiego społeczeństwa obywatelskiego był tak bardzo znienawidzony przez Adama Wielomskiego obowiązek szkolny, gdyż to właśnie szkoły dostarczały państwu i korporacjom odpowiednio zscocjalizowanych urzędników, żołnierzy czy po prostu pracowników. Oczywiście, filozofia prawa Hegla jest skrajnie propaństwowa, ale dowcip polega na tym, że państwo heglowskie służy realizacji idei na wskroś rewolucyjnych.

Warto w tym momencie zatrzymać się na krótko przy kwestii tego, jak mój oponent rozumie pojęcie  rewolucji. Moim zdaniem, kluczem do zrozumienia  jego podejścia do tej kwestii jest epistemologiczne credo mojego oponenta, czyli skrajnie empiryczny ogląd rzeczywistości. Na gruncie jego założeń rewolucją jest wszystko, co prowadzi do obalenia istniejącego porządku. Odpowiednio, jego konserwatyzm sprowadza się do podtrzymywania istniejącego porządku. Jest to dość konsekwentne, gdyż Adam Wielomskie odrzucając wszelkie „imponderabilia”, nie może uznać istniejącego porządku za sprawiedliwy albo niesprawiedliwy, dobry albo zły, etc. Porządek jest wartością samą w sobie, nawet jeśli z punktu widzenia etyki katolickiej jest to porządek moralnie zły. Adam Wielomski jednakże nie do końca jest konsekwentny w swoich twierdzeniach,  gdyż stwierdza, że „z puktu widzenia konserwatysty każda władza ma charakter katechoniczny, gdyż chroni porządek przed rewolucją / Antychrystem. No, chyba, że jest to władza wcielonego Antychrysta jakim był np. Jozef Wissarionowicz Stalin”. Nie bardzo rozumiem, dlaczego Adam Wielomski uważa Stalina za Antychrysta. Jeśli odrzucimy wszelkie „imponderabilia” , to czy nam się to podoba, czy nie, musimy przyznać że Stalin stworzył silny porządek państwowy i zawsze na czas dławił wszelkie zarodki potencjalnej rewolucji. Toć to ideał każdego konserwatysty! Adam Wielomski wspomina także, że może się zdarzyć, iż „profil ideowy tejże władzy nie jest w konserwatywnym guście”. Niestety,   zupełnie nie rozumiem, jak można mówić krytycznie o profilu ideowym jakieś władzy, jeśli odrzucimy wszelkie „imponderabilia”. Takie są przecież skutki skrajnie empirycznego oglądu rzeczywistości.

Gdy już jesteśmy przy kwestii epistemologii leżącej u podstaw konserwatyzmu Adama Wielomskiego, to warto krótko wspomnieć o przyjmowanej przez niego ontologii. Nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że jest to skrajny nominalizm. Jeśli nie istnieją żadne „imponderabilia”, to znaczy, że istnieją tylko jednostkowe rzeczy. Nominalizm jest podstawą nowożytnego empiryzmu, pozytywizmu, scjentyzmu, nowożytnej koncepcji suwerenności, makiawelizmu czy też Realpolitik. Czyli dokładnie tych wszystkich prądów umysłowych, które tak bliskie są sercu Adama Wielomskiego. W końcu stwierdza on, „Nigdy nie ukrywam, że jestem „nowożytnikiem” i że moje rozumienie konserwatyzmu ma charakter „nowożytny”, min. wyraża się to w tym, że całkowicie przyjmuję nowożytną koncepcję suwerenności. Nie z zachwytu, ale dlatego, że taka jest rzeczywistość empiryczna”.

Wyznawane przez Adama Wielomskiego nominalizm i empiryzm prowadzą nas oczywiście do postawienia pytania, co tak naprawdę ma być podstawą porządku państwowego. Moim zdaniem, po odrzuceniu przez niego wszelkich „imponderabiliów” zostają tylko siła i strach. Adam Wielomski zdaje się twierdzić, że w tym świecie nie da czynić się dobra. Człowiek człowiekowi wilkiem, twierdził Hobbes, i podobny pogląd wyznaje mój oponent. Znajdujące się w stanie totalnej wojny jednostki muszą bezwględnie podporządkować się Lewiatanowi, śmiertelnemu bogu. Tylko on może zagwarantować im przeżycie, oczywiście za cenę całkowitego posłuszeństwa sprawowanej przez niego władzy. W tym miejscu kłania się schmittiański decyzjonizm: to wola schmittiańskiego suwerena jest źródłem porządku. Tak, nie lubię Carla Schmitta, bo uważam, że jego doktryna podszyta jest nihilizmem. Jest to temat na obszerniejszy artykuł, w  tym miejscu chciałabym poświęcić mu tylko kilka zdań. Moim zdaniem, Carl Schmitt staje się bardziej zrozumiały, jeśli czyta się go przez pryzmat Nietzschego. Nietzsche jest jednym z ojców chrzestnych niemieckiej Konserwatywnej Rewolucji. To on krytykował coś, co współcześnie nazywamy „demoliberalizmem”. Jego słynne powiedzenie „Bóg umarł” było jak najbardziej słusznym stwierdzeniem faktu, że Bóg przestał odgrywać jakąkolwiek rolę w społeczeństwie. W zsekularyzowanym świecie religia przestała być podstawą dla moralności i polityki; powstałą próżnię coś musiało wypełnić. Nietzsche marzył o nadczłowieku, który stworzy nową moralność. Podstawą tej moralności miała być zasada „poza dobrem i złem”. Moim zdaniem, to właśnie katechoniczny suweren Carla Schmitta przejął funkcję nietzscheańskiego nadczłowieka. Cała polityczna doktryna Carla Schmitta porusza się w obrębie nietzscheańskiego paradygmatu „poza dobrem i złem”. Pojęcie dobra zostaje zastąpione przez pojęcie porządku, a pojęcie zła – przez pojęcie anarchii. Co jest źródłem tego porządku? Wola suwerena i siła, czyli nietzscheańska wola mocy. Z punktu widzenia etyki, której fundamentalną podstawą jest rozróżnienie między dobrem a złem, nietzscheańska etyka „poza dobrej i złem”, jak również schmittiański decyzjonizm, są przejawami nihilizmu. Nihilizmu, gdyż jedyną podstawą porządku staje się siła. Klasyczna koncepcja polityki odwołuje się do pojęcia rozumu jako podstawy prawdziwie ludzkiej polityki. Nowożytny nihilizm gloryfikuje przemoc, gdyż nic innego mu nie pozostaje. Konserwatyzm reprezentowany przez Adama Wielomskiego idealnie wpisuje się w tradycję takiego właśnie nowożytnego nihilizmu.

Warto jeszcze nadmienić, że sam Carl Schmitt był jednym z najważniejszych przedstawicieli niemieckiej Konserwatywnej Rewolucji. No właśnie, rewolucji. Nie bardzo rozumiem, dlaczego ten fakt zupełnie nie przeszkadza Adamowi Wielomskiemu. Co ciekawe, jak słusznie wskazuje prof. Bartyzel, zachowanie Schmitta po drugiej wojnie światowej było bardzo mało „konserwatywne”: 

„Lecz i ta analogia – łącznie z zasadniczo „propaństwowym” myśleniem Schmitta – zupełnie się załamuje w odniesieniu do drugiej, i jak się okazało, bardzo długiej, fazy życia Schmitta po 1945 roku. Gdyby przykładać do jego postępowania w tym okresie miary realizmu wskazane przez dr. Wielomskiego, to trzeba by powiedzieć, że Schmitt wówczas romantycznie oszalał i popadł w obłęd „niezłomności”. Siedząc przez dwa lata w areszcie i konsekwentnie odmawiając poddania się procedurze „denazyfikacji” przed okupacyjnym trybunałem, zaprzepaścił szansę na odzyskanie katedry, stworzenia szkoły, wychowania uczniów etc., podczas gdy najbardziej odrażające, lecz giętsze niż on, indywidua z grona nazistowskiej profesury już po kilku latach wszystko to miały z powrotem. (…) Wystarczyło tylko podpisać parę formularzy i filozoficznie westchnąć nad lekkomyślnym uwiedzeniem czy ukąszeniem przez ideę, która niestety okazała się fałszywa, a zaraz potem skwapliwie przypomnieć, że już w 1936 roku było się brutalnie atakowanym przez reżimowych pismaków i że zawsze miało się paru przyjaciół Żydów. Czyż nie znamy dobrze tego procederu – samograja z Trzeciej Rzeczypospolitej? Co jak co, ale realnie to ten Schmitt na świat nie patrzył”  (Jacek Bartyzel,Przeciw konserwatyzmowi kauczukowemu. O romantyzmie, realizmie i zapisywaniu się do PAX-u – doktorowi Wielomskiemu do sztambucha, http://www.legitymizm.org/przeciw-konserwatyzmowi-kauczukowemu).

Polemika nie byłaby pełna, gdybym nie poruszyła kwestii, która stała się niejako wizytówką Adama Wielomskiego. Z empiryzmem, nominalizmem i nihilizmem, który reprezentuje Adam Wielomski, powiązana jest oczywiście jego koncepcja katechona. Jak to słusznie zauważył Kamil Kisiel, mamy tutaj do czynienia z czymś w rodzaju ogólnej teorii względności katechonów. Pojęcie katechona, tak jak je rozumie Adam Wielomski, jest pojęciem względnym, gdyż uznanie kogoś za katechona zależy od tego, co się uważa za mniejsze zło. Dla jednych katechonem może być Stalin, bo obronił świat przed Hitlerem, dla innych katechonem był Hitler, bo miał obronić świat przed Stalinem. Jeśli za Adamem Wielomskim odrzucimy wszelkie „imponderabilia”, to tym samym pozbawiamy się jakiegokolwiek stałego punktu odniesienia. Każdy może więc zostać ogłoszony katechonem, wystarczy, że Adam Wielomski, według sobie znanych kryteriów, uzna, że chroni on świat przed większym złem (czytaj anarchią, bo Adam Wielomski w końcu porusza się w obrębie nietzscheańskiego paradygmatu „poza dobrem i złem”).

Na zakończenie chciałabym troszkę złośliwie stwierdzić (mam nadzieję, że ta drobna uszczypliwość zostanie mi wybaczona), że może i jest tak, że Adam Wielomski stając przed lustrem, widzi w nim „obrzydliwą, złośliwą, namiętną, lubiącą przyglądać się cierpieniu i śmierci innych” istotę. A jego skrajna propaństwowość wywodzi się z tego, że znając samego siebie, dochodzi do wniosku, iż „Dać komuś takiemu wolność, to przyzwolić na polityczne szaleństwa”. Może Adam Wielomski tak bardzo boi się anarchii, bo podświadomie czuje, że po upadku władzy państwowej niejako automatycznie zamieni się w grasującego po warszawskich ulicach Kubę Rozpruwacza.

Magdalena Ziętek

aw

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Człowiek człowiekowi wilkiem, czyli o konserwatyzmie Adama Wielomskiego raz jeszcze”

  1. Cóż, kol. Ronald Lasecki na fb nazwał kiedyś Panię „fanatyczną tomistką”. I to wychodzi w tym tekście. Empiryczna rzeczywistość Pani nie interesuje, a jedynie to, co napisał Arystoteles i św. Tomasz z Akwinu. Z tej perspektywy, to ja rzeczywiście jestem nihilistą, nominalistą i czymś tam jeszcze, a św. Augustyn jest mega-heretykiem. Problem w tym, że Arystoteles i Akwinata byli myślicielami skrajnie empirycznymi, a Pani ich traktuje jako abstrakcyjnych ideologów, którzy zamknęli świat w równie abstrakcyjnych pojęciach. Zapewne obaj tu wymienieni bardzo by się zdziwili, że ich niezwykle otwarte spojrzenie na rzeczywistość zostało zmutowane w zamknięty i zdogmatyzowany system, nie zawaham się przez tym słowem – ideologiczny. Pani nie interesuje już rzeczywistość polityczna i społeczna, kontrrewolucja, realne problemy, a jedynie co napisał św. Tomasz z Akwinu.

  2. Powtórzę swój wpis. Uważam przeciwstawianie teologii Augustyna Tomaszowi za nonsens logiczny, dodatkowo sprzeczny z tradycją samej teologii katolickiej. Tomasz był prawdopodobnie jednym z najwybitniejszych augustianów w historii. Ostatecznie i natura i łaska są STWORZONYMI realnościami. Koncepcje mogą tylko MYŚLNIE przesuwać akcenty. W jednym miejscu muszą dodawać to, co w innym zabrały. Pierworodne zniszczenie natury zdejmuje z człowieka odpowiedzialność, jednak łaska Chrystusa z naddatkiem uzupełnia grzech Adama („Błogosławiona wina, którą odkupił tak wielki odkupiciel”). Tak że stan istniejący, jest taki, jaki jest. U Augustyna władza polityczna (i każda inna) jest karą za grzech (kara jest czymś, co sprzeciwia się woli). Biskup z Hippony rozumie wolę bardzo „anarchistycznie”, tak jak później nominaliści i tak jak zasadniczo my ją dziś rozumiemy. Jakakolwiek władza sprzeciwia się tak rozumianej woli. Adam w Raju nie podlegał żadnej władzy, nawet z Bogiem przyjaźnił się. Podporządkowanie Bogu i ludzi sobie nawzajem pojawiały się wraz z grzechem. A lekarstwem na grzech jest łaska. Tej zaś łaski Bóg nigdy nie odmawia stworzeniu (spór jest tylko czy łaski wystarczającej czy koniecznej). Państwo pozbawione łaski Bożej jest zatem bandą zbirów. Nie jest wcale „naturalne”, bo natura dla bycia naturą wymaga łaski. Tak samo koncepcja małżeństwa chrześcijańskiego jest u Augustyna partnerska a nie patrymonialna. Mąż nie ma władzy nad żoną bo łaska Chrystusa znosi władzę, a nie ma cnoty bez łaski. „Nie można być czystym bez łaski Bożej” pisze w „Wyznaniach”. To nie ludzki wysiłek tworzy cnotę tylko spontaniczność łaski (ciekawe ilu konserwatystów to dziś zaakceptuje). Tomasz takich wniosków nie wyciągnie, bo inaczej rozumie i naturę i wolę. Możliwa jest cnota bez łaski. Można być czystym i bez specjalnej łaski, bo nie natura nie jest zniszczona. „Naturze pozostawionej jej samej nic nie brakuje” – napisze Tomasz. Tym, co brakuje naturze jest …sam brak łaski. Ta tym właśnie polega grzech. Jego skutkiem jest wina woli, karą to, co woli się sprzeciwia. Ale wolę zapoczątkowuje natura. „Skłonność naturalna jest w nas przyczyną wszystkich działań wolnych i niewolnych”. Wola zatem nie może przeciwstawiać się naturze, bo sama nią jest. Cnoty nie są podejmowaniem wysiłku wbrew naturze tylko spontanicznym działaniem natury (habitus). Mamy zatem to samo, co u Augustyna (spontaniczny poryw), tylko inaczej nazwane. Władza nie sprzeciwia się woli, nie jest zatem karą. Systemy polityczne moją zatem własną autonomię. To co u Augustyna jest działaniem łaski NAPRAWIAJĄCEJ zniszczoną naturę, BY DZIAŁAŁA, u Tomasza jest DZIAŁANIEM natury, która dobra stworzenia nie utraciła. Konia z rzędem temu, kto odróżni te koncepcje. Spór jest słowny. Chodzi w nim wyłącznie o to, czy teza /1/ ma stać na miejscu tezy /2/ czy odwrotnie.

  3. @ Antoine Ratnik: G.K. Chesterton słusznie powiedział, że prawda jest w stanie rozpoznać błąd, ale błąd nie jest w stanie rozpoznać prawdy. Nie zamierzam tracić swojego czasu. Zrobiłam to, co uważałam za swój obowiązek, i nikt nigdy nie będzie mógł mi zarzucić, że milczałam. Pozdrawiam.

  4. @A.W.: Pan, jako politolog, nie powinien w ogóle wypowiadać się na temat natury człowieka, ontologii, epistemologii, konserwatyzmu, realizmu, etc. Może Pan tylko komentować to, co się aktualnie dzieje, wszystko co wykracza poza komentowanie aktualnych wydarzeń politycznych, wykracza poza ramy przyjętej przez Pana metodologii, z której jest Pan tak dumny. „Problem w tym, że Arystoteles i Akwinata byli myślicielami skrajnie empirycznymi, a Pani ich traktuje jako abstrakcyjnych ideologów, którzy zamknęli świat w równie abstrakcyjnych pojęciach.” Robienie z Arystotelesa i Tomasza z Akwinu nowożytnych empirystów, świadczy o Pana rażących lukach w edukacji filozoficznej. Przyznam szczerze, przy pomocy tej polemiki chciałam dowiedzieć się, czy Pan naprawdę stawia znak równości między nowożytnym empiryzmem, makiawelizmem, pruską Realpolitik i arystotelizmem, i teraz wiem, że tak właśnie jest. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy nie spotkałam się z takim filozoficznym wulgaryzmem.

  5. @Włodzimierz Kowalik: nie będę wypowiadać się na temat Augustyna, bo nigdy się w to głębiej nie zgłębiałam. Mój spór z A.W. tak naprawdę dotyczy innej kwestii: A.W. stawia znak równości między arystotelizmem i tomizmem a nowożytnym empiryzmem, nominalizmem, makiawelizmem i Realpolitik. I naprawdę nie widzi przepaści, jaka dzieli te różne światy. Arystoteles i Tomasz byli realistami, ale to oznaczało, że badanie empirycznej rzeczywistości miało doprowadzić do poznania prawdy, dobra i piękna. Nowożytność zna tylko fakty i idee, empirię i „ducha”, i taki właśnie punkt widzenia reprezentuje A.W., twierdząc przy ty, że jest arystotelikiem!

  6. @ Ziętek pisze: „Przyznam szczerze, przy pomocy tej polemiki chciałam dowiedzieć się, czy Pan naprawdę stawia znak równości między nowożytnym empiryzmem, makiawelizmem, pruską Realpolitik i arystotelizmem, i teraz wiem, że tak właśnie jest.” Baaardzo ciekawa i baaardzo tendencyjna teza Pani Magdaleno.

  7. @ Ziętek: „nie będę wypowiadać się na temat Augustyna, bo nigdy się w to głębiej nie zgłębiałam. ” No niestety, zna Pani tego myśliciela wyłącznie w interpretacji luterańskiej. Stąd te zarzuty pod moim adresem, które merytorycznie są po prostu chybione. Skoro Luter był zwolennikiem św. Augustyna, to Pani go odrzuca wyłącznie z tego powodu. Podejrzewam, że jest Pani tomistką w wyniku radykalnej germanofobii. Ale to nie jest tomizm, to jest rodzaj tomizmu zideologizowanego.

  8. @M.Z. Sama Pani przyznała, że nie ma prostych powrotów. Nie można tak po prostu wrócić do Arystotelesa, jakby nigdy nic. Arystotelizm wychodzi od analizy ludzkiego działania, którą następnie rzutuje na całą rzeczywistość. Można to uznać, ale to oznacza, że rzeczywistość jest kreowana na wzór człowieka. Cała rzeczywistość a nie tylko działanie ludzkie. Porządek metodologiczny jest taki: sztuka, nauki realne, etyka, metafizyka, czyli dokładnie odwrotny niż u współczesnych neotomistów (Martina Rohnheimera niestety nie znam, mam się za ucznia o. Bocheńskiego OP). Scheler i Whitehead niezależnie od siebie wyrazili przekonanie, że monoteizm żydowski i chrześcijański był zwycięstwem nad religią i metafizyką świata antycznego, przyczyniając się do powstania i rozwoju nauki nowożytnej. Można tę opinię odrzucić twierdząc, że nauka=pogaństwo, ale gdy się ją przyjmie, trudno uznać religię za radykalnie odrębną od poznania naukowego (teologia katolicka z powodzeniem spełnia wymagania naukowego programu badawczego wg. np. Lakatosza). Tomiści nie odrobili tu lekcji, przyjmując łatwiznę (de facto od neopozytywistów), że istnieją dwie NIEPRZECINAJĄCE SIĘ płaszczyzny poznawcze: naukowa i metafizyczna. Daje to w konsekwencji teorię dwu prawd: teologia/metafizyka nie ma nic wspólnego z nauką i odwrotnie. (czytałem niedawno pracę niejakiego Stanley’a Jakie’ego z lat 80 ubiegłego wieku pt. „Bóg i kosmologowie”, jest to niewybredne szyderstwo ze współczesnych fizyków, idiotów, gamoniów, ludzi złej woli, ignorantów, gdzie autor popisuje się praktycznym zastosowaniem doktryny dwu płaszczyzn, pokazując, że sam niczego nie rozumie, nawet elementarnych obliczeń, za to bez przerwy stosuje abstrakcję z wyobrażeń, bez przerwy lądując na manowcach). Nie chcę w to wierzyć a co więcej uważam, że to nieprawda. Arystotelizm, jak wiadomo, jest teorią wiedzy koniecznej. Wiedza konieczna jest z definicji wiedzą zweryfikowaną, a zatem weryfikowalną. Wiedza weryfikowalna musi być również falsyfikowalna. Arystotelizm został sfalsyfikowany (wg schematu: p->q; ~q, zatem ~p) przez szereg faktów, np. 1/ istnienie rachunku prawdopodobieństwa i jego użytek w naukach „realnych” (mechanice kwantowej, genetyce, czy totalizatorze sportowym) falsyfikuje (DOWODZI FAŁSZYWOŚCI) arystotelesowskiej tezy o nieistnieniu wiedzy/nauki o przypadkach; 2/ istnienie nauk przyrodniczych falsyfikuję tezę Arystotelesa o jałowości matematyki, obalając doktrynę metabazy (3 stopni abstrakcji); dziś jest to tym bardziej dotkliwe, że teorie deterministycznego chaosu penetrują świat jakości zmysłowych, które Stagiryta podaje za przykład jałowości). 3/ istnienie dynamiki nieliniowej falsyfikuje tezę o proporcjonalności skutków i przyczyn w świecie natury itd. Arystotelesowska teoria metafizyki jest fałszywa, przy klasycznym rozumieniu prawdy. Nie znaczy to jednak, że fałszywe są klasyczne analizy działania, sztuki (np. logiki) czy etyki. Dlaczego niby mają być fałszywe? Nie ma takiego wynikania. Nie znaczy to również, aby metafizyka była niemożliwa. Metafizykę trzeba zrobić od nowa, tak jak zrobili ją swego czasu Arystoteles i św. Tomasz, używając najlepszych dostępnych narzędzi i i pozostającej w dyspozycji wiedzy. A prostych powrotów nie ma, tak jak nie ma rozumienia nauki w duchu tomizmu (wg tomistów nauka jest badaniem nieistotnych przypadłości rzecz np. przypadłości materii, co jest nieprawdą bo pojęcia materii w takiej fizyce, od czasów Newtona w ogóle nie ma). Nie da się uprawiać fizyki na modłę Jakiego, czy Maritaina, który pouczał fizyków, czym jest przedmiot ich nauki, albo Bergsona pouczającego Einsteina, jak ten ma rozumieć czas we własnej teorii (błędnie zresztą pouczał). Jeśli chcemy rozmawiać ze światem to musimy gadać w języku który świat „rozumie” tj. języku logiki i matematyki. W innym wypadku możemy gadać sami ze sobą lub bezpośrednio Bogiem, co oby Pan Bóg dał.

  9. @ adamwielomski: poproszę o merytoryczną polemiką, w której udowodni Pan, że tomizm = machiawelizm. Z wszelkimi komentarzami ad personam proszę dać sobie na wstrzymanie. Próbuje Pan robić ze mnie „wariatkę’, „fanatyczkę”, „fobkę”, „ideolożkę”, etc, żeby zdeprecjonować moją osobę i w ten sposób uniknąć konieczności merytorycznego uzasadnienia swojego stanowiska. Jeśli chodzi o św. Augustyna, odsyłam do komentarza kolegi Kowalika, chyba z niego jednoznacznie wynika, że Pana rozumienie augustynizmu jest tak samo zwulgaryzowane, jak Pana rozumienie Arystotelesa, św. Tomasza, jak również i Hegla. Hegel był wybitnym diagnostykiem nowoczesności, a Pan nawet jego nie rozumie. Niech Pan wraca do bawienia się Sektą Smoleńską, bo tylko w tej dziedzinie może osiągnąć Pan „wybitność”. |

  10. @ Włodzimierz Kowalik: „Tomiści nie odrobili tu lekcji, przyjmując łatwiznę (de facto od neopozytywistów), że istnieją dwie NIEPRZECINAJĄCE SIĘ płaszczyzny poznawcze: naukowa i metafizyczna. Daje to w konsekwencji teorię dwu prawd: teologia/metafizyka nie ma nic wspólnego z nauką i odwrotnie.” Gdzie Pan to wyczytał?! Odsyłam Pana do książki Piotra Jaroszyńskiego „Człowiek i nauka”, moim zdaniem to jedna z najlepszych książek na temat współczesnej nauki i metafizyki. Powrót do tomizmu oznacza jedno, a konkretnie przywrócenie idei prawdy w nauce, idei dobra w dziedzinie praxis, oraz piękna w dziedzinie wytwórczości. Jeśli ktoś twierdzi, że powrót do arystotelizmu czy tomizmu nie jest możliwy, to tym samym twierdzi, że musimy pożegnać się z koncepcją prawdy, dobra i piękna. Tak twierdzi nowożytność, tak twierdzi postmodernizm. Tak twierdzą nihiliści w stylu Adama Wielomskiego. I mogą tak twierdzić, chodzi tylko o to, żeby uczciwie przyznać się do tego, że idee prawdy i dobra ma się w głębokim poważaniu. Nie, nie trzeba w nie wierzyć, ale zwykła uczciwość nakazuje, żeby przyznać się do tego, że się w nie nie wierzy.

  11. Żeby uniknąć wszelkich nieporozumień, dla mnie „zagłębiać się” oznacza studiować przez wiele lat.

  12. @M.Z. Pisząc „jeśli ktoś twierdzi, że powrót do arystotelizmu czy tomizmu nie jest możliwy, to tym samym twierdzi, że musimy pożegnać się z koncepcją prawdy, dobra i piękna” potwierdza Pani doktrynę rozłącznych płaszczyzn. Nauka nie ma nic wspólnego z prawdą. Prawda to tomizm. Ciekawi mnie jednak dlaczego naukowiec ma się „pożegnać z z koncepcją prawdy, dobra i piękna”? Po jakie licho ma wtedy uprawiać naukę? Straciłem pół godziny, żeby Pani wytłumaczyć, że nie ma takiego wynikania. Obiektywnie, logicznie go nie ma. Moim zdaniem to zwykły zabobon. Owszem „zagłębiać się” oznacza studiować przez wiele lat (co sam czyniłem z niemałą gorliwością), ale poznanie nie jest przyswojeniem sobie jakiegoś tekstu tylko kontaktem z rzeczywistością. Nie chodzi o to, żeby wiedzieć, co kto napisał, tylko jak się rzeczy mają. To właśnie św. Tomasz! Nie jest żadnym problemem uzgodnić się z przyjętym znaczeniem tekstu. Po kilku latach studiowania tomistycznych tekstów zostaje się tomistą. Nie ma siły. Nie dowodzi to żadnego poznania rzeczywistości tylko pokazuje prawidłowości działania neuronów w mózgu. Co do prof. Jaroszyńskiego jest w PTTA, tak samo jak i ja. Gdy go ostatnio słyszałem, kilka lat temu, opowiadał o artefaktach. Wszystkie artefakty: nauka, sztuka, technologia to marny, bo nie substancjalny byt. Prawdziwym bytem jest tylko naturalna substancja. Artefakty to raczej dziedzina niebytu i ułudy. Ciekawe dlaczego chleb jest uważany przez tomistów za substancję? Ze względu na klasyczną interpretację dogmatu o przeistoczeniu (substancja chleba, zamienia się w substancje ciała Pańskiego). Przecież chleb to ciasto, agregat, mieszanina substancji.

  13. Warto pamiętać, że „koncepcja prawdy, dobra i piękna” to nie to samo, co prawda, dobro i piękno. Byt to nie koncepcje. Nie wystarczy dodać „realny”, do pojęcia „byt”, żeby pojęcie stało się tym, co oznacza. Metafizyka nie znosi semantyki. Albo jak powiadają tomiści: nie ma przejścia od myślenia do istnienia.

  14. @ Włodzimierz Kowalik: myślę, że nieporozumienie wynika z tego, że ja się przede wszystkim zajmuję filozofią praktyczną, a współczesna filozofia praktyczna zupełnie oddzieliła się od koncepcji prawdy, np. prawdy na temat natury człowieka. Mówienie na temat relacji prawdy do etyki, czy też polityki, to szerzenie „totalitaryzmu, jak mi to ktoś zarzucił. Powrót do arystotelizmu oznacza powrót do KONCEPCJI, że jest coś takiego jak obiektywna prawda, i że prawda dotyczy także natury człowieka, i że jest coś takiego jak obiektywne dobry, czyli także i etyka, która jest ugruntowana w obiektywnej koncepcji dobra. Oczywiście, koncepcja prawdy to nie prawda, jak koncepcja dobra nie jest dobrem. Ale jeśli mentalnie odrzuci się taką koncepcję, to przestaje się szukać prawdy i dobra, bo się w nie nie wierzy. I taki właśnie paradygmat zapanował w nowożytności.

  15. Ja bał bym się dosłownego powrotu do arystotelizmu. Za dużo negatywnych skojarzeń. Tak samo jest z tomizmem. Te doktryny tak zraziły do siebie, że można je tylko w uniesieniu a bez rozumu w całości przyjąć (pomijając ich historyczne uwarunkowania) lub równie pryncypialnie odrzucić. Ja nie robię ani tego ani tego, wiec dostaję po łbie ze wszystkich stron. Tomiści nie mają świadomości, że korzystają z pewnych obrazów świata, które są historycznie zmienne (np. współczesny katechizm zakłada Newtonowski obraz świata, dlaczego? bo taki obraz mają w głowach wierni) . To co jest uwarunkowane i zmienne mają za samo poznanie bytu. Żaden tomista nie potrafił mi pokazać, gdzie jest granica między fizyką a metafizyką św. Tomasza czy Arystotelesa. Granica jest wytyczona doraźnie, np. przez fakt, że nie czytam prac takich prac jak „O niebie” , czy „O poruszaniu się zwierząt” Stagiryty a czytam „Metafizykę” ewentualnie „Fizykę” (z tym ciężko, jak ktoś miał z fizyki dobre oceny) czy fantastycznych twierdzeń św. Tomasza z dziedziny kosmologii (np. pisze jak potłuczony, że odnowiony świat będzie jakby „skrystalizowany” na podobieństwo szkła). Po 15 latach studiów nie wiem gdzie przebiega granica demarkacyjna między naukami przyrodniczymi a metafizyką, jaka zakładają tomiści. Wszystko wskazuje na to, że jej w ogóle nie ma. Dlatego można spokojnie wrócić do człowieka, do jego działania, nauki itd. Dzisiaj neuronauki pięknie potwierdzają, niezbędność ewolucyjną sprawności moralnych homo sapiens. Wittgenstein powiedział, że „o czym nie można mówić o tym należy milczeć”. Przesadził (sam się zresztą nie stosował: „każdy kto mnie rozumie, wie, że to co piszę nie ma sensu”) ale powściągliwość w fundacjonizmie czasem naprawdę popłaca . Pozdrawiam Panią serdecznie.

  16. Może lepiej powiedzieć, że człowiek człowiekowi (upadłym) człowiekiem. Wilki to stworzenia które tylko/aż realizują swoją drapieżną naturę, to człowiek swoją naturę raz rzadziej, raz częściej gwałci.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.