Czy kanclerz Niemiec będzie nadal rządzić Europą?

Wydaje się, że wybory do niemieckiego Bundestagu, a w ich konsekwencji także kwestia kontynuacji lub zmiany w urzędzie kanclerskim, stały się o wiele bardziej sprawą europejską, niż niemiecką. Nikogo już nawet nie dziwi, że Grecy, Portugalczycy, Hiszpanie czy Cypryjczycy z o wiele większym napięciem śledzą kampanię i debaty wyborcze w Niemczech, niż sami Niemcy. Czy władza Berlina i niemieckiego kanclerza nad wieloma innymi europejskimi państwami stała się naprawdę już taką oczywistością?

W wyborach do Bundestagu 4 lata temu, jak na niemieckie realia, frekwencja była dość niska – wynosiła niewiele ponad 70%. Obecnie, według niemieckich badań opinii publicznej, aż 1/3 wyborców nie wie, na kogo zagłosować i czy w ogóle pójdzie na wybory. Wiele Niemców jest znudzonych zarówno polityką, jak i kampanią wyborczą i przedwyborczymi debatami. Jeden z największych i najbardziej opiniotwórczych niemieckich tygodników, „Stern”, napisał na podstawie badań opinii, że aż 67% Niemców nie jest zainteresowanych przebiegiem kampanii wyborczej. Walkę między głównymi partiami o głosy jako ciekawą uznał co czwarty Niemiec, a jako bardzo ciekawą – jedynie 3% badanych. Mniej niż połowa badanych zgadzała się z tematyką debat wyborczych – tyle samo Niemców jednak było zdania, że poruszane przez polityków problemy i tematy zupełnie mijają się z interesami zwykłych obywateli.

Bardziej, niż regulacja rynków finansowych czy płaca minimalne interesowała Niemców kwestia wynagrodzenia kanclerza, organizowany przez Zielonych „Veggie Day” (dzień wegetariański, dzień bez mięsa) odsunął w cień afery korupcyjne i spekulacyjne w wielkich koncernach branży żywnościowej. Poza czołowymi kandydatami na fotel kanclerski, Angelą Merkel i kontrkandydatem Peer Steinbrück, ich własne zaplecze polityczne – dwie największe partie polityczne, chadecka CDU i w trochę mniejszym stopniu socjaldemokratyczna SPD – sprawiają wrażenie, jakby specjalnie nie były zainteresowane wyborami. „Istnieje ryzyko, że zwolennicy CDU zasną” – napisał duży niemiecki dziennik, „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Kampania jest nudna, bez emocji, bez entuzjazmu. Przedwyborcze wiece nie gromadzą tłumów.

Mimo kilku pikantnych tematów na koniec kampanii (Peer Steinbrück pokazał fotografowi środkowy palec, Zieloni tłumaczą się z własnych grzechów młodości, czyli domaganiem się legalizacji pedofilii w latach 70-tych), kolejna duża gazeta codzienna – „Rheinische Post” – podsumowała kampanię słowami: „Kampania wyborcza nudzi Niemców” (w oryginale nieco bardziej soczyście, niż polskie tłumaczenie). Głosy wydają się policzone, zwycięstwo CDU i kontynuacja władzy Angeli Merkel pewne, emocje nawet nie musiały opadać, bo od początku ich nie było.

Tak sprawa wygląda w Niemczech. A dookoła nich? „Europa w gorączce” – napisał w nagłówku wpływowy tygodnik „Die Zeit”. I dalej: „Niemcy wybierają, Europa się przygląda”. Faktycznie, w niektórych europejskich krajach debatę dwóch kandydatów na urząd kanclerski śledziło więcej widzów, niż w Niemczech. Grecy – jedni z dumą, inni z trwogą – powtarzają, że podczas debaty ponad 11 minut poświęcono na temat Grecji i kryzysu w Grecji. Takie nagłówki podawały czołowe media, niektóre pisały nawet o „greckiej debacie”! Z kolei francuski dziennik „Le Monde” polecił swojej ateńskiej korespondentce, by przygotowała dokładny materiał o tym, jak Grecy śledzą niemiecką walkę wyborczą. Francuzi śledzą Greków, śledzących niemieckie wybory! W wielu europejskich stolicach tematem numer jeden stały się słowa, jakie padły podczas wieców i kongresów w Düsseldorfie, Ahrensburgu czy Berlinie.

Jaki płynie z tego wniosek? Obywatele niektórych krajów, zwłaszcza tych z południowej Europy, w ciągu ostatnich lat przekonali się, że coraz więcej decyzji związanych z ich życiem, ich zarobkami, kredytami, cenami w sklepach, wydatkami i cięciami budżetowymi, nie zapada wcale w ich stolicach czy ich rządach. Decyzja zapada w Berlinie. Liczy się nie tyle głos greckiego, portugalskiego, hiszpańskiego czy cypryjskiego premiera, ministra itd. – liczy się głos kanclerz Angeli Merkel. Europejskie media piszą o programach niemieckich partii politycznych – zarówno tych głównych, jak i bardziej marginalnych (Zielonych, liberałów czy eurosceptycznej Alternatywy dla Niemiec). O Niemczech „zjednoczonych, bogatych i silnych”, o Niemczech jako „hegemonialnej potędze Europy” pisze hiszpański „El Pais”. Cytowany wielokrotnie europejski dyplomata powiedział, że Rada Europejska bez Angeli Merkel byłby już inną radą – ale do tego przecież nie dojdzie.

W żadnym innym europejskim kraju – nawet w Francji czy Wielkiej Brytanii – wybory narodowe nie stały się do tego stopnia wyborami europejskimi. Angela Merkel jawnie i głośno wspierała w wyborach prezydenckich w Francji Nicolasa Sarkozyego, a nad Wisłą krążą żarty o politycznym zwierzchnictwie niemieckiej kanclerz nad szefem polskiego rządu. Jedni na potęgę Niemiec patrzą z podziwem, a czasem z uległością i mniejszą lub większą dozą wasalizmu; drudzy (zwłaszcza Grecy) są przerażeni i wściekli, porównując potęgę współczesnych Niemiec do władzy III Rzeszy nad większością Europy. Wszyscy obserwują, śledzą, słuchają – nikt jednak się nie miesza i nie wyraża jawnie sympatii jednej ze stron, jak czyniła to nie raz wobec wyborów w innych krajach, także w Polsce, niemiecka kanclerz oraz inni niemieccy politycy, komentatorzy, dziennikarze i publicyści. Przedstawiciele największych włoskich, portugalskich, tureckich, francuskich i greckich partii politycznych formułują publicznie, na łamach „Die Zeit”, swoje życzenia (!) pod adresem przyszłego niemieckiego rządu i przyszłej (najprawdopodobniej „przyszłej”, nie „przyszłego”) niemieckiej kanclerz! Niczym średniowieczni wasale, składający hołd lenny niemieckiemu cesarzowi.

Setki razy w całej Europie mówiło i pisało się o Angeli Merkel jako o najpotężniejszym polityku Europy czy drugim bądź trzecim najpotężniejszym polityku świata. Mówiono i pisano o władzy politycznej i wpływach pani Merkel. Tymczasem ta personalizacja wydaje się albo wielkim uproszczeniem, albo po prostu mydleniem oczu obywatelom innych państw. To nie Angela Merkel posiada taką charyzmę, taki autorytet i taką sympatię innych przywódców. To nie jej potęga – tylko potęga Berlina, czyli Niemiec. Potęga polityczna, ekonomiczna, finansowa, a także militarna i technologiczna. Grecy, Hiszpanie czy Portugalczycy nie śledzą programów partyjnych w Niemczech i niemieckich haseł wyborczych dlatego, że są zainteresowani stosunkiem socjaldemokratów z SPD do pensji minimalnej czy Zielonych do pedofilii. Śledzą je, bo doskonale wiedzą, że decyzje dotyczące ich własnej sytuacji zapadać będą formalnie na „szczeblu europejskim”, czyli w praktyce w urzędzie kanclerskim w Berlinie.

Niemcy, jako państwo, są najpotężniejszym, najbardziej wpływowym i najbogatszym elementem UE, prowadzą równorzędną politykę z takimi mocarstwami, jak USA czy Rosja. Kanclerz Niemiec nie rządzi tylko Republiką Federalną Niemiec – rządzi także, choć nie formalnie i nie zawsze jawnie, w innych krajach wspólnoty. I ten wpływ, ta władza nikogo już nawet nie dziwi. Wszyscy obserwują i słuchają, nikt się nie miesza i nie ingeruje. Cicho, sza! Niemcy wybierają! I kogokolwiek by wybrali, to i tak wybór będzie miał znaczenie nie tylko dla Niemców, którzy nawet są już znudzeni swoją polityką, ale także dla nas!

Michał Soska

www.myslpolska.pl

aw

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *