Czy Tischner widział palec Gowina? – analiza politologiczna

Dziś – choć nie mam politologicznego wykształcenia – w politologa jednak się zabawię. Zabawię się i z tej pozycji spróbuję przeanalizować szanse, ale chyba bardziej przeszkody, na jakie natknąć się może Jarosław Gowin, próbując budować partię polityczną. Partię Jarosława Gowina. Zaznaczam, że chcę tu raczej wskazać na problemy. Postawić o nie pytania, niż wyrokować czy byłemu ministrowi sprawiedliwości uda się te problemy skutecznie rozwiązać.

Kwestia pierwsza to pytanie czy jest rynek na tę nową inicjatywę. Tak skrojoną inicjatywę. Konserwatywną aksjologicznie i liberalną ekonomicznie. Nie ma co ukrywać. To były podstawowe idee, które pielęgnowała część środowiska, z którym – mając wówczas lat 18 – w 1989 roku, zakładałem Zjednoczenie Chrześcijańsko – Narodowe. I choć mnie się wydawało, że ów rynek na to jest, okazało się, że byłem w błędzie. Że coś, co było i jest wyznacznikiem klasycznej centro-prawicy, co w moim środowisku dominowało, w przełożeniu na trendy społeczne, było przekonaniami wąskiej grupki entuzjastów.

Oczywiście. Od tego czasu minęło prawie ćwierć wieku. Wykształciła się u nas klasa średnia. Zmieniła się Polska. Pytanie tylko, czy na tyle, aby Jarosław Gowin ze swoją inicjatywą przekroczył magiczny, 5% próg wyborczy? Naprawdę nie wiem. Wiem natomiast, że do teraz, w społecznej analizie prawicowego elektoratu racje miał raczej niestety Jarosław Kaczyński, idąc w kierunku syntezy konserwatywnych wartości z najgłębszymi przekonaniami etatystycznymi. Syntezy tak silnej, że nawet mieleckie dywagacje Adama Hofmana na temat własnej anatomii nie są jej w stanie przełamać. W tej sprawie – póki co – rację ma chyba niestety Jarosław Kaczyński, nie zaś klasyczni konserwatyści.

Kwestia druga. Sprawy organizacyjne. Jarosław Gowin, znów jak na klasowego konserwatystę przystało, na pierwszy plan wysuwa problem budowania programu. Ma rację. Tyle, że jest on kluczowy w sytuacji rządzenia, ale nie tak istotny, gdy chcemy pokonać ów – przywołany powyżej 5% próg wyborczy. Innymi słowy, teoretyzując, o ile uczestnicy poniedziałkowej konferencji krakowskiego ministra, panowie Radziwiłł i Gomółka mogą być Gowinowi niezbędni, gdy zostanie on premierem, to są mu raczej bezużyteczni w walce o wejście do Sejmu. Oni budzą uznanie fachowców. Zachwycają – używam tu tego słowa, jako komplementu – liberalnych ekonomistów, ale nic nie mówią zwykłym obywatelom. A jeśli budzą u nich jakieś skojarzenia to bardziej historyczne niźli ekonomiczne czy medyczne. Wszystko to sprowadza się więc do jednej konstatacji, że kartkę do urny wrzucają ostatecznie wyborcy, nie zaś eksperci.

Kwestia trzecia. Skoro więc docelowo tę kartkę wrzucają właśnie oni, to należy zapytać czym – od czasu swego opuszczenia PO – przyciągnął ich uwagę Jarosław Gowin? No właśnie. Trudno powiedzieć. By znów odwołać się do prezesa PiS, który mawiał, że woli stracić jednorazowo 10 posłów, niż 5, ale po jednym na tydzień. Wychodził bowiem ze słusznego założenia, że w tej sytuacji najgroźniejsze jest wielodniowe zainteresowanie mediów negatywnym zjawiskiem – odchodzą mi z partii. Zasada ta, co oczywiste, działa jednak i w drugą stronę. Wielodniowe zainteresowanie mediów jakąś inicjatywą ją buduje. Przytrzymuje uwagę. Znów – nie ekspertów, a zwykłych wyborców. W tym sensie, więcej zdziałają 2, 3 znane nazwiska niż tuzin ekspertów. Nazwiska, wydarzenia, eventy, rozpisane na dni, tygodnie, miesiące…

Kwestia czwarta. Budowa struktur. Tu ważniejsza od programu, stylu i klasy, istotniejsza jest polityczna intuicja. Nos i instynkt politycznego watażki czującego, na kogo w danej gminie, powiecie i województwie postawić. A potem trzymanie tego towarzystwa mocną ręką – choć z zachowaniem wewnętrznej demokracji – w kupie. Rozstrzyganie sporów, gaszenie lokalnych konfliktów, a przy tym – zaprzęganie tej żywej i buzującej struktury – do realizacji ogólnopolitycznych zadań. To jest sztuka niezmiernie trudna. Chyba najtrudniejsza.

Jest jednak w tym wszystkim i dla Gowina jedna szansa. Szansa zebrania głosów protestu. Głosów, które wyborcy potraktować chcą, jako grożący palec. Palec grożąc dotychczasowym partiom. Takim palcem był Andrzej Lepper w 2001 roku i Janusz Palikot w 2011. Czy takim, grożącym sejmowym partiom palcem, będzie w Eurowyborach 2014 roku Jarosław Gowin? Nie wiem. Dlaczego nie wiem? Bo dwaj powyżsi byli watażkami, a Gowin jest wytrawnym, krakowskim intelektualistą. Chociaż intelektualistą, w którym ksiądz Tischner widział tego, którego dziś opisują słowa Go Win. Więc? Więc może ksiądz Tischner po prostu uważniej patrzył…

Jan Filip Libicki

www.facebook.com/flibicki

aw

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *