Dlaczego występuję z Komitetu Poparcia Marszu Niepodległości? Komentarz do mojego Oświadczenia

Cz. I

Ponieważ naprawdę nie jestem w stanie odpowiadać indywidualnie na każdy wpis, który co chwilę pojawia się pod moim oświadczeniem, spróbuję wyłuszczyć raz jeszcze mój pogląd syntetycznie.
Naprzód zadedykuję moim oponentom sławny fragment z Herbertowskiego “Dlaczego klasycy”, pasujący jak ulał do przyjętej przez nich linii obrony tego, co moim zdaniem obronić się nie da:

“generałowie ostatnich wojen
jeśli zdarzy się podobna afera
skomlą na kolanach przed potomnością
zachwalają swoje bohaterstwo
i niewinność

oskarżają podwładnych
zawistnych kolegów
nieprzyjazne wiatry

Tucydydes mówi tylko
że miał siedem okrętów
była zima
i płynął szybko”.

Otóż, naprawdę nadaremne i niemęskie (więc Pań to nie dotyczy) są próby (samo)usprawiedliwienia: a) formalistyczno-legalistycznymi sztuczkami tyczącymi tego, kto za co odpowiada, b) trudnościami logistyczno-technicznymi, c) odcinaniem się od bliżej niezidentyfikowanych “grupek zadymiarzy”, d) prowokacjami policyjnymi, e) wrogością wrednych lewackich merdiów, które pokazują to, co jest marginesem. Skoro merdia są wredne – a cóż to za nowina? – to dlaczego nie miałyby z satysfakcją tego wszystkiego eksponować? Jeszcze bardziej zawstydzające jest uwznioślanie aktów wandalizmu i chuligaństwa retoryką “rycerską” i tomistyczno-tolkienowską – Panie Arturze Zawisza, ci, którzy chcą “j…ć policję” (a, jak słusznie zauważył p. Łukasz Wawrzynów, chcieliby tego również, gdyby Pan został premierem) średnio nadają się na Drużynę Pierścienia. Prawda jest taka, że przed wojną młodzież narodowa to była przede wszystkim młodzież akademicka, więc sól narodu, natomiast dzisiaj – właśnie przy takich okazjach, jak Marsz – najbardziej widoczny jest “narodowy” motłoch. Co gorsza, kierownictwo RN bagatelizuje ten problem, być może dlatego, że (fałszywie) uważa, iż pozbywając się tego balastu, straci swoją “bazę społeczną”. Ale jeżeli to ma być ta baza, to lepiej jej nie mieć i z dwojga złego nawet być “kanapą”.

Pytano mnie tu co robić w tej sytuacji. Więc proszę bardzo, mam kilka propozycji:

1) RN powinien jednoznacznie zadeklarować, że nie jest ruchem antypaństwowym, że (tak jak to w latach 80. formułowaliśmy w RMP) walczy nie z państwem, nie z instytucjami, nie z władzą, tylko o państwo, o to, żeby je uczynić kompatybilnym z Ojczyzną.

2) w szczególności (dookreślając p. 1) RN winien raz na zawsze odciąć się i zerwać z retoryką antypolicyjną. Nie ma “policji Tuska”, jest polska policja państwowa, wobec której należy przyjąć taką perspektywę, jak ks. Ludwik Orleański wobec konetabla Francji, który go więził za panowania poprzedniego króla, i który (Ludwik), gdy sam został władcą pochwalił go (konetabla) za to, że służył królestwu nie bacząc na osobę.

3) należy raz na zawsze zerwać z kompletnie anachronicznym dziś hasłem “raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę”. Hołota, z którą dziś mamy do czynienia – i z którą rozprawienie się jest obowiązkiem młodego pokolenia – nie jest dziś “czerwona”, marksistowsko-leninowska, tylko “różowa”, lewo-liberalna i libertyńska. W niej zresztą dawni komuniści całkowicie się odnajdują, ale to nie oni wnoszą tam “komunizm”, tylko przeszli całkowicie i bezwarunkowo na tę nową “wiarę”. Analogicznie, na zewnątrz, takim samym głupstwem jest utożsamianie “czerwonych” z Rosją – zarówno z Rosją w ogóle, jak Rosją współczesną.

4) “Marsz Niepodległości” nie może iść raz na 365 dni w roku, tylko musi stać się “długim marszem” codziennym: tworzenie struktur, praca społeczna, praca formacyjna, wychowanie, a w końcu “marsz przez instytucje”.

5) Nie twierdzę, że grupy “kibolskie” należy całkowicie “spisać na straty”, ale ich obecność w RN może być dopuszczalna tylko pod warunkiem, że one zostaną potraktowane jako “grupy specjalnej troski” właśnie w toku wspomnianej w p. 4 pracy wychowawczej. Proszę bardzo, niech z narodową “szlachtą” będzie narodowy “lud”, ale ma on być przez tę pierwszą “uszlachetniany”, kto zaś temu się nie podda, winien być odrzucony.

Cz. II

Dobrze. Ilość wpisów pod moimi ostatnimi postami jest tak wielka, że nie jestem w stanie odpowiedzieć indywidualnie na wszystkie. Ale ujawnię do końca okoliczności, które skłoniły mnie do podjęcia decyzji o ustąpieniu z Komitetu Poparcia Marszu Niepodległości. Jak już wspomniałem, w nocy 11 listopada wracałem do Torunia pociągiem wypełnionym ryczącymi, tupiącymi i znającymi w zasadzie tylko wulgaryzmy „kibolami”. Lecz nie koniec na tym. Kiedy wysiadłem na stacji w Toruniu i szedłem peronem, zza pleców dobiegł mnie wrzask: „Ormowiec! Jaruzelski!” (jeśli ktoś nie wie, to na ulicy noszę przyciemnione okulary). Wróciłem się, podszedłem do okna wagonu i zapytałem: „Wiesz, gnojku, kogo tak nazywasz? Jestem członkiem honorowego komitetu marszu”. Kibol zmieszał się wyraźnie i nawet wybełkotał coś niezrozumiałego, co zapewne w jego rozumieniu było przeprosinami, ale ja w tym samym momencie uświadomiłem sobie żenujący absurd tej sytuacji i to, że wcale nie jestem dumny z tego, że patronuję tym troglodytom i że nic mnie z nimi tak naprawdę nie łączy.

Naturalnie, to tylko impuls czy może „błysk iluminacji” dopełniający ciąg refleksji, której sedno można sprowadzić do tego, że polski patriotyzm jest poważnie chory, i to od dawna.
Kiedy czytam teraz na różnych forach komentarze wymyślających mi „patriotów” – oczywiście zawsze anonimowych, co jest szczególnym przejawem odwagi cywilnej – to widzę, że myliłem się sądząc, że objawy tego schorzenia dotykają jedynie środowiska „pisowskie”, uchodzące za neopiłsudczykowskie (co moim zdaniem jest mistyfikacją, ale mniejsza o to), bo widać, że toczą one również tych, którzy uważają się za spadkobierców Dmowskiego albo przedwojennych i wojennych organizacji narodowo-radykalnych. Ta choroba toczy polski patriotyzm od dawna, może jeszcze od czasów przedrozbiorowych, a na pewno od tzw. Wielkiej Emigracji, kiedy to, jak wiadomo, w pewnym momencie prefekt paryskiej policji poczuł się zmuszony zakazać swoim podwładnym werbowanie agentury pośród emigrantów, bo masa ochotniczo składanych (często wzajemnie) donosów, informujących kto z rodaków jest agentem cara, kto pederastą, kto defraudantem etc. miała tak niebotyczne rozmiary, że urzędnicy francuscy nie byli tego w stanie sensownie przerobić. Pierwszą chorobą polskiego patriotyzmu jest – wbrew „republikańskiej” legendzie polskiego indywidualizmu, umiłowania wolności etc. – totalny, egalitarny, stadny kolektywizm, wdeptujący w błoto każdego, kto ośmieli się wychylić, mieć własny osąd odbiegający na jotę choćby od poglądu ustalonego przez „patriotyczną opinię”, zawsze niewidzialną i nieuchwytną, ale nieubłaganą; to jest właśnie ów „terroryzm opinii”, któremu przeciwstawili się Stańczycy. Drugą chorobą, nieodłączną od pierwszej i nie mniej groźną, jest niewolniczy w istocie resentyment w takim znaczeniu, w jakim analizował go bardzo wnikliwie Max Scheler w książce „Resentyment a moralność”, czyli zapiekła w bezsilności nienawiść do prawdziwych bądź urojonych wrogów i prześladowców, która zmuszona do znoszenia opresji wyładowuje się zarówno w spontanicznych wybuchach agresji w stosunku do szeregowych „prześladowców” (owego przysłowiowego „stójkowego”, w którego można rzucić płytą chodnikową czy racą) czy wręcz kogokolwiek, kto przypadkiem się napatoczy, jak w podejrzliwości, agentomanii i doszukiwaniu się wyłącznie niskich pobudek u wychylających się z szeregu. Już Norwid i w wierszach i w listach gorzko puentował tę najciemniejszą stronę naszego patriotyzmu, który nie cofa się przed oszkalowaniem a bywa, że i fizycznymi zniewagami właściwie każdego, kto wybija się ponad przeciętność. Tym terrorystom patriotycznej opinii po prostu nie przychodzi do głowy, że ktoś może samodzielnie – może błędnie, ale na własny rachunek – myśleć, analizować, wyciągać wnioski, tylko zawsze musi być albo agentem, albo tchórzem, albo co najmniej kimś zmanipulowanym. Dlatego nie dziwi mnie nawet (bo już raz czegoś podobnego doświadczyłem, tyle że od „prawdziwych patriotów” ze stajni Sakiewicza, a teraz chowu „narodowego”), kiedy czytam, że albo jestem zidiociałym i trzęsącym się ze strachu staruszkiem, albo „znalazły się na mnie kwity”, albo przekupili mnie „grancikiem”.

Na koniec zatem. Nadal wierzę w dobre intencje i szczerą wolę dokonania autentycznego przełomu u kierowników Ruchu Narodowego, acz wskazywane cele są wciąż dość mgliste, zaś program właściwie nie został dotąd zarysowany. Jednak realnym problemem, z którym muszą się oni zmierzyć jest jakość „materiału ludzkiego”, który zdaje się stanowić ich „odwody”, i który zarazem kreuje wizerunek całości. To jest niestety masa odpadowa totalnie splebeizowanego i zgnojonego przez komunę „narodu peerelowskiego”, który jeszcze przez ostatnie dwadzieścia lat przeszedł przez drugą maszynkę ze śmieciami demoliberalnej popkultury i nawet jeśli buntuje się przeciwko lansowanym przez nią „wartościom”, to czyni to w podobnym stylu, z wyuczonymi od niej odruchami. Kiedy pod koniec lat 70. organizowaliśmy pierwsze obchody święta niepodległości, to była nas śmieszna garstka, ale jednego nie musieliśmy się obawiać: że zechce do nas dołączyć szukająca okazji do rozróby żulia, wyznająca „stadionowy” patriotyzm hordy plemiennej. Kierownikom Ruchu Narodowego poddaję więc i to pod rozwagę: czy ważniejsza jest dla nich ilość uczestników organizowanych marszy, czy też ich jakość? Mnie się zdaje, że stoją oni na rozdrożu przed dokonaniem wyboru: czy chcą wskrzesić mistyczny nacjonalizm „legionowy” (i podobnych mu formacji w całej Europie) z lat 30. i ofiarną devotio Żołnierzy Wyklętych z niepodległościowego podziemia (na których się tak chętnie powołują), co wymaga wewnętrznej i zewnętrznej dyscypliny, czy też raczej godzą na danie upustu wyciu sankiulockiej tłuszczy, radośnie obnoszącej na pikach głowy „tyranów” i ponowienie spektaklu „wieszania zdrajców” na Krakowskim Przedmieściu przez piekielną zgraję Kołłątaja?

Jacek Bartyzel
za: facebook
aw

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Dlaczego występuję z Komitetu Poparcia Marszu Niepodległości? Komentarz do mojego Oświadczenia”

  1. Przerost estetyki (by nie powiedzieć snobizmu intelektualisty) nad refleksją polityczną; o rzeczach które prof. Bartyzel zauważył dopiero gdy dotknęły go one osobiście, między innymi na tym portalu i w wielu innych środowiskach mówiono i pisano w zasadzie już od powstania “Ruchu Narodowego”. Po prostu każdy mający pojęcie o przekroju środowiskowym i mentalności charakterystycznej dla przefarbowanej na “Ruch Narodowy” Młodzieży Wszechpolskiej musiał wiedzieć, do jakiego rodzaju postaw przyucza się tam działaczy. Profesor Bartyzel popierał organizację starającą się zatuszować sprawę gwałtu, subkulturową, plebejską (co ujawniły “wypisy z Holochera”), jawnie antypaństwową i podżegającą do zamieszek ulicznych (wypowiedzi Winnickiego zachęcającego po zeszłorocznym pochodzie do atakowania policji), podżegającą do narodowościowej nienawiści w stosunku do Rosjan, urządzającą polityczne burdy na cmentarzach, której członkowie wulgarnie obrażali weteranów wojennych, ludzi starszych i kobiety. Teraz Pan Profesor żachnął się, że zapraszani na pochód zadymiarze, których przez cały rok karmiono groteskową propagandą antypaństwową i insurekcyjną, w których MW/RN sączyła na spółkę z PiS-em antyrosyjski szowinizm, zrobili to, do czego ich między innymi za błogosławieństwem Pana Profesora zachęcano. Łatwo jest się “odciąć” z pozycji autorytetu moralnego gdy mleko się już rozlało, większe uznanie wzbudzałoby jednak albo wcześniejsze wysłuchanie zasadnej krytyki MW/RN, albo wzięcie na siebie konsekwencji własnych wcześniejszych wyborów politycznych.

  2. “…ponowienie spektaklu „wieszania zdrajców” na Krakowskim Przedmieściu przez piekielną zgraję Kołłątaja?…” – ten scenariusz wymagałby anty-neokoństwa, jako ze elyty III RP są jawnie neokońskie albo neokonofilskie, s ns to nie pozwola ani organizatorzy, ani ich mentorzy, ani sponsorzy jednych i drugich, ani prowokatorzy …

  3. Hmm, biorąc pod uwagę afiliacje agresorów i reakcję Pana Profesora – czy to nie przypomina przygody Piszczyka zaatakowanego przez zwolenników getta ławkowego w “Zezowatym szczęściu”? 🙂

  4. Może by tak skończyć z apoteozą “ślachetnej” nieskuteczności? Tzw. Żołnierze Wyklęci okazali się nieskuteczni aż do granic przyzwoitości, natomiast tzw. sankiulocka tłuszcza była skuteczna aż do bólu, o czym przekonał sie na własnym gardle nieboszczyk Ludwik XVI. Pytanie: kogo bardziej obawiają sie po-okrągłostołowe “elyty” – neo-niezłomnych czy neo-sankiulotów? Tak realistycznie, czysto przyziemnie … kto stanowi wieksze zagrożenie dla owych elyt pozycji/stanu posiadania/zdrowia/życia… ? Wielkim sukcesem tzw. “rządu” jest skojarzenie postaw antyrządowych z antyrosyjskimi. Być może tzw. Prawica powinna wreszcie zacząć pracować nad rozpowszechnieniem obrazu Rosji jak byc może jedynego mozliwego wyzwoliciela Polski z po-okrągłostołowego zniewolenia przez “elyty” zydo-pedało-masońsko-pedofilsko-neokońskie … A “stadionowych karków” warto zacząć przyuczać łaciny/Różańca/Mszy Trydenckiej … I pouczyć wzmiankowanych osobników, że istnieją środowiska bardzieć zasługujące na ich, za przeproszeniem, “je*nie”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *