Dmowski i Grzegorz VII

.

Jak to jest ze mną? Jestem za teologiczno-politycznym uniwersalizmem reformy gregoriańskiej? Czy po stronie państwa narodowego, zrodzonego z Reformacji i nowożytnej sekularyzacji, a więc z buntu przeciw papieskiemu uniwersalizmowi?

To dobre pytanie, acz sprzeczność tę uważam za pozorną, wynikłą ze spojrzenia na moją publicystykę z pozycji filozoficzno-doktrynalnej, bez spojrzenia historycznego.

Jestem uniwersalistą. Gdyby nie kompromitacja tego terminu przez wiadome kręgi, bez wahania określiłbym się mianem „Europejczyka”. Wspólnota cywilizacyjna do której należę symbolizowana jest przez Rzym, którego – zgodnie ze słowami Chrystusa – nie przemogą „moce piekielne”. Tożsamość ta jest dla mnie pierwsza, podstawowa, esencjalna. Tożsamość narodową uważam za drugorzędną i przygodną, wynikłą z przypadku, że urodziłem się w XX wieku na Wisłą. Z tego poglądu wynikają ważkie skutki: skoro najpierw jestem katolikiem rzymskim, a potem Polakiem, to w porządku politycznym lojalność wobec Rzymu powinienem cenić wyżej niźli lojalność wobec Warszawy. I faktycznie, uważam, że gdy Grzegorz VII ekskomunikował i zdeponował Henryka IV to tenże przestał być cesarzem. Skoro, jak naucza św. Paweł, wszelka władza pochodzi od Boga, to mamy tu spór między władzą papieża i władzą cesarza. Skoro papież jest bliżej Boga niż cesarz, to władzą zwierzchnią cesarza jest Biskup Rzymu. Podobnie było w sporach papiesko-cesarskich Aleksandra III i Fryderyka Barbarossy, Innocentego IV z Fryderykiem II. Wszelka władza pochodzi od Boga, a papieska pochodzi najpierw i bezpośrednio. Za pontyfikalnym pośrednictwem spływa na cesarza, za jego pośrednictwem na królów, książąt etc.

Niestety, w 1517 roku europejska jedność religijna, cywilizacyjna i polityczna została zerwana. Pomimo Kontrreformacji i Wojny Trzydziestoletniej nie udało się tej jedności już nigdy przywrócić. Rozbicie religijno-polityczne okazało się trwałe. Wymagało to zweryfikowania rozumienia Pawłowej formuły, że wszelka władza pochodzi od Boga. Po Pokoju Westfalskim w Niemczech i odpowiadających im wydarzeniach w innych krajach germańskiej i anglosaskiej Północy, Christianitas upadła i wyłoniły się nowe niezależne od Rzymu podmioty polityczne, które faktycznie i prawnie nie uznawały swojego podległego charakteru, a świat katolicki nie miał sił i środków, aby je do tego przymusić. Eschatologiczna katastrofa Wielkiej Armady utwierdziła suwerenność Anglii, a szwedzka kampania w czasie Wojny Trzydziestoletniej podobnie potwierdziła suwerenność północnych niemieckich księstw i Skandynawii. Gdy rozlało się przysłowiowe mleko, wtenczas siłą rzeczy musimy przedefiniować kategoryczny i nie znający wyjątku nakaz św. Pawła, uznając za najwyższy punkt odniesienia nowo powstałe państwo narodowe, bez względu na to czy się to nam podoba czy się nam nie podoba. Skoro rzeczywistość przełamuje wyrafinowane teoretyczne koncepcje, to musimy się poddać jej sile lub trafiamy do intelektualnego getta i przestajemy ją rozumieć.

Tutaj pojawia się Dmowski – myśliciel ze świata nowożytnego, myślący kategoriami państwa-narodu, który działał wedle prawideł otaczającej go rzeczywistości, gdzie prymat wiodła idea suwerennego narodowego. Naród, który myślałby o polityce wyłącznie w kategoriach „Raison de Catholicisme” zostałby zjedzony w dżungli charakteryzującej stosunki międzynarodowe po Reformacji, gdy zbrakło pacyfikującej ręki Cesarza i rozstrzygającego autorytetu Biskupa Rzymu. Po rozpadzie jedności uniwersalnej, kontynentalnej, politycznie pozostała nam tylko jedność narodowa i terytorialna do której odnosi się formuła, że wszelka władza pochodzi od Boga.

Adam Wielomski

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Dmowski i Grzegorz VII”

  1. @ AW 1) „Tożsamość narodową uważam za drugorzędną i przygodną, wynikłą z przypadku, że urodziłem się w XX wieku na Wisłą. Z tego poglądu wynikają ważkie skutki: skoro najpierw jestem katolikiem rzymskim, a potem Polakiem, to w porządku politycznym lojalność wobec Rzymu powinienem cenić wyżej niźli lojalność wobec Warszawy.” 2) „Naród, który myślałby o polityce wyłącznie w kategoriach „Raison de Catholicisme” zostałby zjedzony w dżungli charakteryzującej stosunki międzynarodowe po Reformacji” Do dziś nie miałem wątpliwości, co do gradacji u Profesora, ale ten tekst ją zamącił. Wynika z niego przedłożenie lojalności wobec Rzymu nad lojalność wobec Warszawy i przyznanie, że przedkładanie przez Warszawę interesu Rzymu doprowadzi do… unicestwienia Warszawy. Reasumując, ja obywatel polski – Adam Wielomski przedkładam lojalność wobec Rzymu nad lojalność wobec Polski, ale uważam, że moje państwo, wobec którego jestem drugorzędnie lojalny, nie powinno kierować się wyłącznie „Raison de Catholicisme”. Jeśli nie powinno się kierować wyłącznie, to znaczy, że może się nim kierować, gdy mu to na rękę, a w razie jasnej sprzeczności, powinno wybrać swój interes polityczny, czyli po prostu ma przedkładać własne interesy. Do pomyślenia jest zatem konkretna sytuacja, w której Profesor będzie z jednej strony przedkładał interes Rzymu osobiście, a z drugiej strony domagał się od Polski by tego nie czyniła. Czy to będzie lojalne ze strony Profesora wobec Rzymu?

  2. Zgadzam się w większości, oprócz „państwa narodowego”. Oczywistym jest że powrót do średniowiecznego uniwersalizmu musi na razie niestety pozostać w strefie marzeń, ale czy to oznacza że teraz pozostała już tylko kategoria „państwa narodowego”? A cóż to jest to „państwo narodowe”? Albo raczej należy zapytać o konsekwencje praktyczne jakie p.prof. Wielomski może wyciągnąć z pogodzeniem się ze światem „państw narodowych”. A konkretnie należy się zapytać, czysto hipotetycznie jak na razie: czy gdyby Polsce zagrażał podbój przez jakieś państwo, które w swoim prawie i ogólnie: polityce wewnętrznej bliższe jest Zasadom Cywilizacji Łacińskiej niż III Rzeczpospolita, to czy p.prof. Wielomski broniłby Polski, czy może raczej współpracował z „najeźdźcą”? I to jest tak naprawdę pytanie, które dzisiaj jest wyznacznikiem prawdziwego konserwatyzmu. Bo prawdziwy konserwatysta, w tym i ja, powinien oczywiście odpowiedzieć: „współpracowałbym z „najeźdźcą”!” Istnienie na mapie państwa, mającego w nazwie przymiotnik „polski” nie jest żadną wartością. Celem naszym powinno być, aby rządzące nami państwo przestrzegało w stopniu jak największym Zasad Cywilizacji Łacińskiej, a nie żeby akurat nazywało się „polskie”. Mam nadzieję że p.prof. Wielomski myśli podobnie. Inną kwestią pozostaje ocenienie tego, jakie państwo spełnia dziś Zasady Cywilizacji Łacińskiej w stopniu większym niż Polska. Czy jest to np. Rosja, co można wywnioskować z niektórych tekstów p.prof. Wielomskiego? To już jest temat na inną dyskusję. Najważniejszą kwestią jest odpowiedź na pytanie postawione w pierwszym akapicie, o co serdecznie proszę prof. Wielomskiego jeżeli kiedykolwiek przeczyta ten komentarz. Zapraszam na mojego bloga: http://milkblog.cba.pl

  3. Przeczytałem ten artykuł trzy razy, w pewnych odstępach czasu, odnosząc trzy, diametralnie różne wrażenia. Świadczyłoby to o tym, że treść jest niespójna i mózg przy każdej lekturze „obcina” jakąś jej część, zostawiając to tylko, co ze sobą gra. Z jednej strony mamy tu typowy przykład myślenia esencjalizującego, które a prori „zna” konieczne istoty rzeczy. „Istotą rzeczy” jest np. rzymski uniwersalizm. Z drugiej strony, „(empiryczna) rzeczywistość przełamuje wyrafinowane teoretyczne koncepcje”. Autor popada od razu w skrajny empiryzm, który samą „istotę rzeczy” ma (jedynie) za wyrafinowaną koncepcję intelektualną, jaką można wdrożyć za pomocą siły. A siły brak. W konsekwencji „po rozpadzie jedności uniwersalnej, kontynentalnej, politycznie pozostała nam tylko jedność narodowa i terytorialna do której odnosi się formuła, że wszelka władza pochodzi od Boga”. Jak widać formuła św. Pawła zaczyna znaczyć cokolwiek tj. legitymizować każdą władzę. Tym samym żegnamy się z moralnością (czyż nie dlatego potrzeba nam Liturgii?). ———- Oczywiście to jest polityczna odsłona starego, scholastycznego sporu o uniwersalia. Spór ten jest wynikiem błędnej, moim zdaniem, koncepcji języka. Język nie jest sposobem poznania, odzwierciedlającym w myśli rzeczywistość świata na podobieństwo lustra a myśl ujmuje esencję rzeczy w definicji, lecz przede wszystkim „sposobem działania w świecie”. Dopiero specyficzna część działań językowych ma charakter poznawczy. XX wieczna filozofia analityczna postawiła problem „znaczenia znaczenia”, czyli odróżniania denotacji (odniesienia, przedmiotu) i konotacji, czyli treści mentalnych, które temu odniesieniu towarzyszą. Uważam, że doszła w tym do konkluzywnych wyników. Można za Saulem Kripke utrzymać arystotelesowski esencjalizm (własności istotne przynależą indywiduom z konieczności), czyli gatunki naturalne. Określając indywiduum wychodzimy z definicji identyczności i mamy: 1. /x/y [(x=y)=>f(x)=>f(y)] – kiedy x jest identyczny z y to cokolwiek przysługuje x-owi, przysługuje też y-owi; za f(x) podstawiamy #(x=x) ; (# – czytaj „jest konieczne, że”); a za f(y) podstawiamy formułę #(x=y); 2. /x/y [(x=y)=>#(x=x)=>#(x=y)]. Wiemy, że #(x=x) jest zawsze prawdziwe, zatem wywalamy i zostaje: 3. /x/y [(x=y)=>#(x=y)]. Mamy tu ciekawy wniosek, że jeśli przedmioty są FAKTYCZNIE identyczne, to jest konieczne, że są one identyczne. Jeżeli historycy literatury stwierdzą, że Aleksander Głowacki jest Bolesławem Prusem to we wszystkich, możliwych światach jest konieczne, że Aleksander Głowacki jest identyczny z Bolesławem Prusem. Jest to tzw. sztywny desygnator. Inne przykłady takich desygnatorów to złoto, woda, ciepło, kot. Odniesienie nazwy „kot” ustalił ktoś, kto pierwszy zaobserwował kota (koty) i nazwał je a my posługujemy się tym określeniem, zakładając, że chodzi o egzemplarze danego gatunku, posiadającego cechy istotne z konieczności (przyczynowa teoria odniesienia). Te istotne cechy mogą się NIE POKRYWAĆ z cechami przypisywanymi kotom za pośrednictwem obiegowych deskrypcji. Możemy się mylić. Ale jeśli się nie mylimy, własności te przysługują kotom z konieczności (substancja kota). O konieczności metafizycznej dowiadujemy się zatem z badań empirycznych a nie a priori. Wniosek jest zatem taki: nazwy własne nie są analitycznie równoważne deskrypcjom (charakterystykom rzeczy) a deskrypcje w ogóle nie są nazwami i nie można ich podstawiać za zmienne. Nazwy własne to imiona nadawane przedmiotom, które NIE INFORMUJĄ O ICH WŁASNOŚCIACH ale odnoszą się do tego samego przedmiotu we wszystkich możliwych światach, w których te przedmioty istnieją. Objaśnienie słowa „tygrys” w rodzaju „wielki ssak kotowaty o brunatnej sierści itd” NIE USTALAJĄ do czego to słowo się odnosi. Jego odniesienie ustalił ktoś, kto pierwszy zaobserwował tygrysa. Ma to oczywiste zastosowanie do teorii politycznych (a także dogmatyki, teologii, eklezjologii) i to ze znacznie lepszym skutkiem niż tylko generowanie sprzeczności.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.