Dość demokratycznego zdziczenia!

Zanim do tego doszło, było oczywistym aksjomatem, że polityka zagraniczna jest domeną zastrzeżoną dla przywódców państw i ich pełnomocników, a uprawia ją w zacisznych gabinetach wyspecjalizowany korpus dyplomatyczny, ewentualnie specjalni wysłannicy. Również adresatami tej polityki są wyłącznie suwerenne gremia przywódcze obcych państw, nigdy zaś społeczeństwa. W tych czasach, zanim trąd demokracji zakaził politykę, państwa – pomimo oczywiście sprzecznych interesów i dążeń – szanowały się nawzajem i nikomu nie przychodziło do głowy, że można podburzać poddanych zagranicznego suwerena przeciwko niemu, dokładnie zresztą z tego samego powodu, dla którego w stosunkach wewnętrznych niedopuszczalne było, aby władcy ingerowali w domową władzę ojcowską swoich własnych poddanych: zwierzchnik polis nie jest zwierzchnikiem oikos i vice versa. Jeżeli zdarzały się jakieś wyjątki od tej zasady, to były one postrzegane jako budzące grozę przypadki excessus tyrannidis. W stosunkach międzynarodowych zaś możemy też znaleźć taki wyjątek, który dotyczy niestety naszej Rzeczypospolitej (przedrozbiorowej), gdzie ambasadorowie i agenci obcych państw tworzyli sobie swoje własne stronnictwa w obrębie magnacko-szlacheckiej „klasy politycznej”, korumpując je i uzależniając, ale trzeba zauważyć, że nasi przodkowie sami byli temu winni, dopuszczając do przerostu pierwiastka demokratycznego w naszej monarchii mixta i fundując sobie polityczny idiotyzm „konkursowej” elekcji powszechnej królów. Może też ktoś powiedzieć, że przecież jak świat światem, państwa nasyłały do swoich wrogów rozmaitych szpiegów, agentów, dywersantów i prowokatorów. Oczywiście, ale była to działalność skryta, „brudna robota” należąca do wstydliwego „parteru” polityki, którą się nikt nie chwalił, każdy zaś taki dywersant czy prowokator przyjmował na siebie ryzyko, że w razie wpadki może zostać bez żadnych ceregieli powieszony na pierwszej lepszej gałęzi i nikt się o niego nie upomni – a już na pewno nie władze państwa będącego jego zleceniodawcą.

Przewrót pod tym względem – jak pod każdym innym zresztą – sprawiła dopiero szatańska rewolucja 1789 roku, która eksportując francuską chorobę na świat zewnętrzny, rzuciła hasło „pokój chatom, wojna pałacom!”, usiłując (paradoksalnie skądinąd, często z odwrotnym do zamierzonego rezultatem, czyli deprawując elity, a napotykając opór ludu) rozpruć po szwach społeczeństwa polityczne, dzieląc je wewnętrznie na nienawistne sobie klasy i zbuntować je przeciwko ich własnym suwerenom. Tę metodę, naśladowaną przez wszystkie pokolenia i odłamy rewolucjonistów, do perfekcji doprowadzili sowieccy bolszewicy, nasyłając swoich agitatorów w każdy zakątek świata. Dzisiaj ich uczniami i spadkobiercami są właśnie demoliberalni turyści polityczni, komiwojażerowie praw człowieka, „Sanderusowie” Karty Zboczeń Podstawowych. Szczególnie obrzydliwe w ich procederze jest to, że z jednej strony chcą oni upiec za granicą swoją pieczeń, a jednocześnie nie chcą ponosić żadnego ryzyka, takiego jakie ponoszą przynajmniej zbuntowani obywatele państw, do których „dobrzy wujkowie” z zewnątrz przybywają, i którzy mogą zostać zabici, czy chociażby spałowani, aresztowani i skazani. Ci szołmeni polityczni, aranżujący w blasku kamer swoje retoryczne popisy na „majdanach” stolic obcych państw, chcą jednocześnie pozostać całkowicie bezkarni, zasłaniając się czy to faktycznie posiadanymi immunitetami parlamentarzystów, czy to uznając za takowy „immunitet” sam fakt bycia obcokrajowcem.

Nie będzie powrotu do normalności dopóty ta agitacyjno-dywersyjna turystyka pozostanie bezkarna; dopóty z samego języka politycznego nie znikną anarchistyczne i anarchizujące hasła typu: „wszyscy ludzie są braćmi”, „za wolność waszą i naszą”, „solidarność bez granic”, „wszyscy jesteśmy… tym lub owym”. Naprawę trzeba zacząć od wypracowania czegoś w rodzaju politycznego „Kodeksu Boziewicza”, w którym komiwojażerstwo pseudopolityczne będzie skutkowało utratą zdolności honorowej tak samo, jak homoseksualizm czy sutenerstwo. Każdy popisujący się za granicą prestidigitator powinien utracić prawo do noszenia szlachetnego miana POLITYKA.

Jacek Bartyzel

legitymizm.org

aw

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Dość demokratycznego zdziczenia!”

  1. “…nikomu nie przychodziło do głowy, że można podburzać poddanych zagranicznego suwerena przeciwko niemu…” – tyle w sferze idealnej. A w sferze realnej? Czy np. niektóre państwa(gł. protestanckie Niderlandy i Anglia, ale chyba też katolicka Francja) w 1648 roku nie maczały aby, via Stambuł, paluszków w polskiej polityce wewnętrznej, zdestabilizować sytuacji na Krasach I Rzeczpospolitej, co skończyło się wybuchem Powstania Chmielnickiego?

  2. Po co jakiś “Kodeks IKSA-czy-YGREKA” … ? Lepszy “defakt” od “dejuru”: 1/ Ujawnianie faktów sponsorowania “polit-turystów” przez rózne podmioty, konkretnie, z dowodami wpłat, “upominkami” etc., etc. 2/ Ujawnianie i nagłaśnianie masońskich/satanistycznych/homoseksualnych/kryminalnych powiązań lub aktywności najrozmaitszych “aftoritjetów”. 3/ W ostateczności: prowokacje, typu zaaranżowane sesje fotograficzne z prostytutką/pederastą/pieskiem/koziołkiem , zwłaszcza wobec “polit-turystów” wycierających sobie gębę tzw. “wartościami chrześcijańskimi” …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *