Drugi Cud nad Wisłą

W tak sympatycznym kontekście nie rażą już nawet ani uparte zaprzeczanie pewnym historycznym oczywistościom, ani pomieszanie pojęć (w rodzaju co to Bitwa Warszawska, a co cała operacja warszawsko-puławska i kto czym dowodził). Czepiając się detali – niektórzy piłsudczycy, z bólem uznając że źródło historyczne to jednak jest pewien argument przeciw ideologii – godzą się na „kompromis”. Brzmieć miałby on „Rozwadowski coś tam wymyślił, ale Piłsudski najpierw poprawił, potem zadecydował, a ostatecznie genialnie wykonał!”. No, czyli per saldo to „wicie rozumicie, macie tam kwiatek, ale jasne czyj jest wieniec!”. Niestety, inne kłamstwo nadal pozostaje kłamstwem.

Polacy wygrali w historii wiele bitew. Mniej chyba mieli wygranych kampanii, a w każdym razie dzisiejsze, infantylne podejście, mylące starcia armii z pojedynkami – każe nam zapominać, że celem bitew nie jest generalnie ani ocalenie, ani odparcie wroga. Naród, zwłaszcza o naszym potencjale – powinien szczególnie rozumieć lekcję napoleońską, że dążyć należy do zniszczenia przeciwnika, wyłączenia możliwości dalszej prowadzenia przez niego wojny.

Plan Rozwadowskiego zakładał płytki, szybki kontratak spod Garwolina, pozwalający na efektywne okrążenie bolszewików związanych bojem w Bitwie Warszawskiej. Jak wiadomo niedoszły lekarz będący wówczas Naczelnym Wodzem WP targany był sprzecznymi emocjami, które jak zawsze rządziły jego decyzjami. Z jednej strony nie wierzył w utrzymanie Warszawy, z drugiej nie rozumiał i nie ufał pracy sztabowej, z trzeciej nie słuchał raportów i nie chciał dopasowywać do bieżącej sytuacji. Rację mieli strategicznie Rozwadowski, a taktycznie Haller, który operacyjnie popędzał Sikorskiego nad Wisłą i Wkrą. Ta trójka wygrała Bitwę Warszawką.

Cała operacja warszawsko-puławska nie dała jednak spodziewanego efektu. Armie bolszewickie nie zostały zniszczone. Nie udało się to nawet w pełni nad Niemnem, kiedy Piłsudski znowu zmienił plan Rozwadowskiego. Ostatecznie wojna była wygrana, ale nie tak, jak być mogła. Cieszmy się jednak ze zwycięstwa, choć trochę to radość w polskim stylu, na znanej zasadzie „dobrze, że coś zrobili”…

Pomińmy to jednak. W końcu i tak dobrze, że chociaż z grubsza tzw. ogół wie kiedy to było, choć już z kim się biliśmy („no jak z kim, z Ruskimi!”) to się tłumaczy kapkę mylnie. Dla wyższej racji – patriotyzmu i szacunku dla armii, można już nawet machnąć ręką na oczywisty utylitaryzm parad wojskowych, mających (śmieszną w istocie) agresywnością na obce zamówienie – pokryć faktyczny fatalny stan Sił Zbrojnych RP.

Nie, ogół niech świętuje. Wygraliśmy, odzyskaliśmy niepodległość, udowodniliśmy następnie, że nie wiemy co z nią robić – nieważne. Istotniejsze z politycznego punktu widzenia jest pytanie, które muszą zadawać mający ambicje wpływania na życie polityczne Polski. Brzmi ono: dlaczego 15. sierpnia mieliśmy bolszewików pod Warszawą?

Oczywiście, odrzućmy od razu infantylne odpowiedzi, że „komuniści już tacy są”, albo że „to Ruskie były, czyli jeszcze gorzej”. Nie, prawdziwa jest odpowiedź najprostsza – bolszewicy byli nad Wisłą, bo my poszliśmy nad Dniepr. Nie chcieliśmy uczestniczyć w pokonaniu Lenina, nie umieliśmy się z nim dogadać – więc naraziliśmy na szwank nasze bezpieczeństwo, samo istnienie świeżo odzyskanego państwa, a docelowo może i przetrwanie narodu – dla ukraińskiej mrzonki. Dla wskazanych przez loże przywódców w Kijowie – musieliśmy się bić pod Warszawą.

Ponieważ teraz nasi rządzący – oczywiście w farsownej formie – znów powtarzają ten sam błąd, nasuwa się pytanie drugie – czy kiedy znowu skończy się to nieszczęściem, to czy te paradne czołgi wystarczą na drugi Cud nad Wisłą? Bo tym razem, to już naprawdę musiałby być cud.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *