Dyskusja o garderobie

Nie podpowiadać!

Wydarzenie to mogłoby wydawać się sensacyjne jedynie Joannie Musze, która zapewne dotąd nie opanowała klucza wg którego dobierane są drużyny turnieju. Dla reszty społeczeństwa (nie tylko kibiców) przybycie rosyjskich sportsmenów i ich fanów do Warszawy było chyba dość naturalne. Wprawdzie od kilku tygodni próbowano puszczać „newsy” o rzekomej niezręczności przebywania Rosjan w hotelu przy Krakowskim Przedmieściu w miesięcznicę – ale nikt długi czas nie reagował. I tak by pewnie było nadal, gdyby za opiekowanie się przybyszami nie wziął się rząd, w osobie swej najsilniejszej fachowo, intelektualnie i PR-owsko przedstawicielki. Co zrobić z „Ruskimi w Bristolu” wreszcie stało się tematem debat w newsroomach i wystąpień dyżurnych komentatorów. I tak od słowa do słowa – zaczęto „ruski problem” rozbierać na drobne. A to kiedy przyjadą, a to czy by ich nie przenieść, a to co będą śpiewać, a to czy, gdzie i z kim będą maszerować, a to wreszcie w co będą ubrani. Ponieważ równoległą robotę wykonywały równie bezmyślne pop-media po stronie rosyjskiej – można być pewnym, że nikomu z zainteresowanych (?) nie przyszłaby do głowy nawet połowa tak znakomitych pomysłów, jakie podsunęli kibicom dziennikarze.

Nie trzeba być szczególnym miłośnikiem piłki nożnej aby wiedzieć, że sporą część atrakcji związanych z kibicowaniem dotyczy gier i zabaw nie na boisku – ale z udziałem fanów strony przeciwnej. Im bardziej się to komuś utrudnia, im bardziej wikuśne i wymyślne rzeczy się niby udaremnia – tym bardziej „miłośnicy piłki” chcą te zakazane rzeczy zrobić. Tak więc media i politycy wymyślili problem rosyjski na EURO, a teraz będą mieli sto pociech z jego „rozwiązywaniem”, czyli dalszym rozgrzebywaniem.

Nieodpowiedzialność „odpowiedzialnych”

I można by to zwalić na legendarną już głupotę mediów, gdyby nie faktycznie równie niemądre wystąpienia przedstawicieli rządu. Wprawdzie minister Mucha faktycznie mogła uwierzyć, że odpowiada za cokolwiek, na przykład za bezpieczeństwo na mistrzostwach. Tak czy siak jednak reakcje innych przedstawicieli rządu na tak starannie wyhodowany „problem” świadczą, że jeśli pani ministry nawet nie inspirowano, to postanowiono skwapliwie skorzystać z jej jak zwykle niemądrego słowotoku. Oto bowiem wygląda na to, że rząd postanowił po raz kolejny wypaść na przedstawiciela „sił odpowiedzialności” w Polsce, a to najlepiej ekipie Tuska udawało się dotąd na tle występów „sił patriotycznych”. Te zaś, rzecz jasna, trzeba było najpierw odpowiednio podpuścić i sprowokować.

Chociaż jednak podział na „patriotów” i „odpowiedzialnych” jest utrwalony na scenie politycznej, tym razem to rząd postępuje nieodpowiedzialnie, oczywiście jeśli faktycznie mamy do czynienia z manipulacją. Chęć zapunktowania w oczach Rosjan, czy międzynarodowej opinii publicznej to wprawdzie znaczna pokusa, ale groźba doprowadzenia przy tej okazji do jakichś zaburzeń – to cena zbyt wysoka. Zwłaszcza, że (wbrew temu, co się wydaje „Gapie”, Bibule, czy Solidarnym 2010) – pro-rosyjskość tego gabinetu jest zwyczajnie nieprawdziwa. Tusk nie tylko jest nieaktywny na odcinku wschodnim, ale i stosunki z Rosjanami poświęca beztrosko na rzecz pro-smoleńskich mrugnięć do elektoratu (a’propos rzekomych nieprawidłowości w śledztwie w sprawie katastrofy). Słowem – chce udawać odpowiedzialność wcale jej nie odczuwając (i póki co nie ponosząc).

Bez gwiazdy nie ma jazdy

Gdyby jednak nie udało się sprowokować rodzimych „patriotów” samym dźwiękiem rosyjskiej mowy, do akcji wpleciono jeszcze reminiscencję ideologiczno-historyczną, a więc rzekomy problem koszulek z sierpem i młotem. Tym razem początek dały zresztą planówki mediów rosyjskich, dywagujących nad konsekwencjami niezbyt mądrych przepisów przeciw symbolice totalitarnej obowiązujących w Polsce. I tak od słowa do słowa, jeśli jakiś rosyjski kibic nie miał dotąd pomysłu na ustawkę (bez której, jak wiadomo nie ma zabawy) – to teraz już na pewno pakuje do torby odpowiednią garderobę.

Co zabawne, nawet stosunkowo odporne na „przyjazd Ruskich” środowiska – dały się złapać na numerek z ubraniami. Internet i polityka (co dla pewnych kręgów jest jednym i tym samym) rozjarzyły się nagle debatami np. o większej zbrodniczości reżimu stalinowskiego w stosunku do hitlerowskiego. Czyli – dyskusjami zupełnie nie na temat, a w każdym razie nie na temat istotny.

Dezinformacja – oręż wojny

Złapanie się na lep antykomunizmu, a więc walki z systemem nieistniejącym naprawdę w zasadzie nigdy, a w warunkach polskich nawet deklaratywnie od prawie ćwierć wieku – to podręcznikowy wręcz przykład ulegania dezinformacji. To także pochodna tego, że współczesne polskie środowiska neo-endeckie i antykomusze po prostu w swym przekonaniu „dokańczają rzeczywistość” tzw. Żołnierzy Wyklętych. O ile jednak dla tamtych strzelanie do komuchów było realnością dostępną po wysunięciu nosa z lasu i wiązało się nieraz z walką o biologiczne przetrwanie – o tyle jest już w najlepszym razie rodzajem „grupy rekonstrukcyjnej”, a więc zabawą, a nie polityką, czy żywą ideą.

Zamiast więc zajmować się tym, co na sobie mieć będą rosyjscy kibice – warto zastanowić się nad podstawą całej tej młócki, a więc zakazem eksponowania „symboliki totalitarnej”, który chciano wprowadzić do polskiego kodeksu karnego jeszcze w roku 2009, a co ostatecznie zablokował Trybunał Konstytucyjny w lipcu 2011 r. Walka o ponowne umieszczenie w kk wykazu zabronionej garderoby jest dziś usłużnie podsuwana środowiskom patriotycznym. Te zaś nie dość, że nie dostrzegają, iż jest to anachroniczny kanał, to jeszcze nie widzą znacznie poważniejszego niebezpieczeństwa krojonego im przy tej okazji przez władzę.

Poza systemem

Bardzo trudno jest zrozumieć (zwłaszcza kolegów narodowców) dających wkręcić się w „dyskusję” (?) o zakazie noszenia na koszulkach sierpach i młota. Przecież ewentualne wprowadzenie takiego zakazu byłoby tylko elementem takiej samej opresyjności władzy demoliberalnej, jak próby wyrugowania ze stadionów symboliki patriotycznej. Oddawanie władzy uprawnień w zakresie decydowanie o naszej odzieży i oznakowaniu – jest zwyczajnie niebezpieczne. Do znudzenia trzeba chyba powtarzać, że nie ma sensu „dla zasady” popierać teraz cenzury, czy omnipotencji państwa – bo z punktu widzenia ideologii tego państwa wszyscy jesteśmy de facto poza systemem – czy to nacjonaliści, czy lewacy. O „wzięciu za pysk”, cenzurze i zakazach będzie można mówić wtedy, gdy (co daj Boże) pojawi się nasz „własny aparat trzymania za twarz”. A na razie nie ma co dawać się wpuszczać w maliny.

Jeśli zaakceptujemy mechanizm „państwo decyduje co mam na koszulce” i pozwolimy go utrwalić w tzw. opinii publicznej – potem rządzącym pozostanie już tylko przesuwać wajchę na kolejne obrazki: mieczyki, falangi, podejrzanych facetów z wąsem lub bez itp. Przecież już raz zgodziliśmy się, że to ONI decydują co jest totalitarne i niewłaściwe.

Nie kręcić na siebie bata

Po odzyskaniu własnego śmietnika można wprowadzić takie zakazy, jakie się uznaje za słuszne, bo są to już „swoje zakazy”. W państwie katolickim byłaby to więc np. zapewne cenzura obyczajowa, zakaz siania zgorszenia, demoralizacji oraz propagandy sekt itp. Natomiast przyjęcie zasady „popierajmy teraz nakazy i regulacje, nawet te, które biją potencjalnie w nas samych, bo są >SŁUSZNE< i może się kiedyś przydadzą” – jest podwójnie głupie. Raz taktycznie (no bo przecież biją teraz w NAS), dwa ideologicznie (bo mają one służyć dokładnie przeciwnym celom ideowym).

Reasumując: wdanie się w dyskusję o garderobie politycznej – jest przyjęciem narzucanej nam płaszczyzny „dyskusji”, a więc już w założeniu kapitulacją przed systemem. Co to w ogóle za pytanie na dziś: „czy należy bardziej zwalczać komunizm, czy bardziej nazizm?” Otóż problemem obecnie nie jest ani komunizm, ani nazizm, tylko demoliberalizm i ideologia postępu. Ulegając zaś podsuwanym prowokacjom – tylko te złowrogie siły wzmacniamy, zamiast osłabiać i wybijać z rytmu, jaki narzucają Polsce.

Konrad Rękas

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Dyskusja o garderobie”

  1. Całkowicie się zgadzam, aczkolwiek jeśli któryś fan bolszewizmu dostanie od polskiego kibica po gębie za koszulkę z sierpem i młotem, to płakać nie będę z tego powodu. Taki system obywatelskiej edukacji społeczeństwa 🙂

  2. Znamienne jest to, że jedynie noszenie koszulek z symbolami nazistowskimi spotyka się z potępieniem tzw. społeczeństwa. Ile razy widzę na mieście jakiegoś przygłupa ubranego w „Che”, „CCCP” itp. i nikt nie reaguje? Wszyscy uznają to za normalny przejaw młodzieńczego buntu, ale gdybym ja założył zauważoną na stoisku w Londynie koszulkę z Hitlerem i napisem „European Tour 1939-45” (kto ciekawy, niech sobie wygugluje), to w pięć minut wylądowałbym w lochu z oskarżeniem o propagowanie faszyzmu. O ile przedtem nie znokautowaliby mnie praworządni obywatele, znaczy się. Taka ci to tresura ludków i bagatelizowanie komunizmu.

  3. Panie Jarosławie, ale właśnie takie myślenie jest niebezpieczne. Rząd mi czegoś zabrania, a ja zamiast powiedzieć: „a grzmoćcie się!” wołam: „a on robi jeszcze gorzej, jego łapcie!” Do takiego właśnie ideału dążyła policja myśli u Orwella.

  4. @KR: Ależ ja nie nawołuję do zakazywania noszenia danego rodzaju ubrań, tylko zwracam uwagę na a) wybiórczość w przestrzeganiu „prawa” dotyczącego tegoż; b) tresurę społeczeństwa pod odpowiednim kątem za pomocą c) przedstawiania komunizmu jako całkiem nieszkodliwego, sympatycznego reliktu przeszłości. Niech sobie idioci noszą „Che”, ale niech będzie wolno im także nosić Hitlera. Tymczasem w praktyce wiadomo jak jest.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.