Eckardt: Dyplomatą być, czyli Jacek Czaputowicz

Wywiad, jakiego udzielił ostatnio dziennikowi „Rzeczpospolita” były minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz, jest wielce interesujący. Otóż dowiedzieć się z niego możemy, iż z polską dyplomacją nie jest najlepiej. Oczywiście żadna to nowość, ale miło uzyskać z takich ust potwierdzenie tego, o czym człowiek od dawna pisze.

Jak na dyplomatę przystało, Czaputowicz krytykuje kulturalnie, ale na tyle mocno, że pozostawia niewielki margines na domysły. Z jego słów wyłania się obraz resortu wyjałowionego z zawodowych dyplomatów i z nieprecyzyjną demarkacją granic aktywności międzynarodowej pomiędzy MSZ, kancelarią prezydenta i premiera, a ministerstwem sprawiedliwości.

Trudno odgadnąć, jaki do końca jest sens tak niedwuznacznej krytyki relacji panujących na zapleczu władzy w obszarze dyplomacji, niemniej zachowanie byłego szefa MSZ można uznać co najmniej za niestandardowe. Rzadko bowiem się zdarza, by szef dyplomacji tuż po zakończeniu swojej misji, odsłaniał tak kłopotliwe kulisy pracy rządu, którego był jedną z twarzy.

Nie wyobrażam sobie, by szef niemieckiej, rosyjskiej, francuskiej czy angielskiej dyplomacji, krótko po odejściu z funkcji gryzł rękę, która do niedawna go karmiła, dawała prestiż i pozycję, o jakich inni mogą tylko pomarzyć. Cóż takiego się stało, że Jacek Czaputowicz zachował się zgoła inaczej?

Zakładam, że najprawdopodobniej skorzystał z okazji, by wypowiedzieć się jako Jacek Czaputowicz, a nie szef dyplomacji Jacek Czaputowicz. Rzeczywiście, taka sposobność sprawia, że można powiedzieć więcej. Niemniej „więcej” w przypadku zawodowego dyplomaty nie oznacza, że nie może on brać odpowiedzialności za skutki wypowiedzianych słów.

Jakkolwiek daleki jestem od „mocarstwowej” napinki tej ekipy i ze smutkiem patrzę na odmęty, w których zanurza się Polska, stając się podwykonawcą polityki amerykańskiej w Europie, to uważam, że Jacek Czaputowicz zachował się co najmniej nieprofesjonalnie. Krytykując swój rząd za lichość kadr dyplomatycznych, sam okazał się wśród nich słabym ogniwem.

Jako „eksperyment” Jarosława Kaczyńskiego (tak szef PiS określił desygnowanie go na szefa dyplomacji) okazał się niewypałem. Sprawując funkcję ministra spraw zagranicznych trudno wychwycić jakieś jego szczególne sukcesy, choć on sam uważa na przykład, że jego wielkim osiągnięciem było zorganizowanie w Warszawie „konferencji irańskiej” czy załagodzenie stosunków z USA po aferze ustawy o IPN.

Jacek Czaputowicz nie odcisnął na polskiej dyplomacji żadnego piętna. Zresztą jak stwierdził, świadomie traktował swoją misję w sposób nienachalny – miał uspokajać i tonować wzburzone fale, szczególnie na odcinku unijnym. Być może wiedząc w jakie towarzystwo wchodzi, taktyka pokornego cielęcia, zamiast aktywnego kreatora, była najlepszym pomysłem na przetrwanie.

Krótko po odejściu Czaputowicza media obiegła wieść, że w obozie władzy zrodziła się koncepcja, by prowadzenie polityki zagranicznej przenieść do Pałacu Prezydenckiego. Nietrudno wszak zauważyć szczególnej aktywności prezydenta w tym obszarze, zwłaszcza w relacjach transatlantyckich, które w zasadzie głowa państwa zmonopolizowała.

Ruch taki byłby możliwy do przeprowadzenia. Konstytucja jest w tym zakresie na tyle plastyczna, że dałoby się takie przesunięcie nawet zinstytucjonalizować. Pałac Prezydencki byłby bardziej dowartościowany, a rząd, poza sprawami ściśle techniczno-unijnymi, miałby jeden kłopot z głowy, bo widać wyraźnie, że dyplomacja profitów mu nie przynosi.

Wracając jednak do Jacka Czaputowicza, to jego wywiad odkrył dość przykrą tajemnicę, a właściwie praktykę. Mianowicie taką, że wysocy urzędnicy państwowi nie traktują swojego państwa poważnie. Być może mają ku temu jakiś powód. Gdybyśmy mieli bowiem do czynienia z państwem poważnym, taki Jacek Czaputowicz doskonale wiedziałby, co powiedzieć, a czego nie powiedzieć.

Ale nie martwmy się. Jeśli sprawy zagraniczne prowadzić będzie kancelaria prezydencka z niezastąpionym na tym odcinku ministrem Krzysztofem Szczerskim, to rychło dopracujemy się najwyższych standardów, przez co powaga nasza wzrośnie bezprecedensowo. Nie od dzisiaj przecież wiadomo, że podwykonawcy otrzymują w ramach prac zleconych nowoczesne know how.

Wprawdzie złośliwi twierdzą, że amerykańskie wcale nie oznacza najlepsze, ale kto by tam darowanemu mustangowi w zęby zaglądał.

Maciej Eckardt
Myśl Polska (nr 37-38, 13-20.09.2020)

[Głosów: 12   Average: 5/5]
Facebook

1 thought on “Eckardt: Dyplomatą być, czyli Jacek Czaputowicz”

  1. (…)Gdybyśmy mieli bowiem do czynienia z państwem poważnym, taki Jacek Czaputowicz doskonale wiedziałby, co powiedzieć, a czego nie powiedzieć.(…)
    On naśladuje Johna Boltona… Co jak co, ale chyba Stany są dla Polski wzorem powagi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *