Gaweł Strządała, Bornholm – nordycki bastion duńskiego państwa opiekuńczego

Thomas Morus napisał kiedyś książkę pod tytułem „Utopia”, gdzie przedstawił socjalistyczną wizję społeczeństwa, żyjącego na wyspie o nazwie „Utopia”. Myślę, że Bornholm jest właśnie taką wyspą powszechnej szczęśliwości. Oczywiście system społeczno-polityczny jest tam taki sam jak w całej Danii, ale w Kopenhadze nigdy nie byłem, natomiast płynąc z Kołobrzegu na Bornholm poczułem się jakbym znalazł się wyspie opisywanej przez Thomasa Morusa.
Zacznijmy jednak od początku: Pierwotna nazwa wyspy Burgunarholm lub Burgondhar (skrócona na „Bornholm”) pochodzi od nazwy zamieszkujących ją w przeszłości germańskiego plemienia Burgundów (którzy stamtąd się wywodzili, a w V – VI w. zajęli dzisiejszą Burgundię) oraz germańska nazwa. „holm” – „wyspa”. Później na Bornholmie osiedlili się Wikingowie, z tego okresu pochodzą najwcześniejsze pisane wzmianki o Bornholmie. Według zapisków brytyjskiego podróżnika Wulfstana z roku 890, wyspa ta była zamieszkana i miała króla. Około 1080 roku Wikingowie zostali wyparci przez Danów; ludu będący pod władaniem króla duńskiego. Wraz z Danami napłynęli na wyspę misjonarze chrześcijańscy. W wiekach IX – XII walczyli oni o wyspę ze słowiańskimi Wenedami. Danowie utrzymali wyspę pod swoimi wpływami. Z tego czasu datują się charakterystyczne dla Bornholmu rotundowe kościoły obronne (zachowały się cztery: w Nyker, Olsker, Nylarsker i Østerlars). Oprócz funkcji sakralnych były one w tamtych czasach punktami oporu wobec najeźdźców oraz stanowiły schronienie dla okolicznej ludności i spichlerz dla płodów rolnych.

Zwiedzaliśmy jeden z takich kościołów, obecnie przemienionych na zbór protestancki, ogołocony z wszelkich katolickich elementów (obrazów itp.). Zostały tylko pradawne znaki runiczne namalowane, albo wyryte na ścianie kościoła.

Dominującym wyznaniem w Danii jest protestantyzm. Na wyspie znajduje się tylko jeden katolicki kościół związany zresztą z polską XIX-wieczną emigracją. Świątynia ta wygląda jak zwykły barak z czerwonych cegieł. Modlili się tam polscy emigranci z Galicji zatrudnieni w rolnictwie. Z polską emigracją wiąże się jeszcze jedna anegdota. Na Bornholmie istnieje, powiedzenie „żyjemy po polsku”, co oznacza „żyjemy na kocią łapę” – czyli bez ślubu. Wynikało to z tego, że kiedy polscy pracownicy szli na nocleg, sypiali często razem mężczyźni z kobietami w tych samych pomieszczeniach, co sprzyjało nieobyczajnym zachowaniom. Sprzyjało temu oddalenie od domu, gdzie tradycyjna kontrola społeczna ze strony rodziny czy Kościoła nie istniała. Nie było także katolickiego księdza, który by związki niesakramentalne formalizował, chrzcił ewentualne potomstwo. Pobożnych protestantów oburzała ta rozpusta „papistów” i stąd się wzięło to krzywdzące Polaków powiedzenie. Było to w czasach, kiedy protestanci na serio traktowali swoją religię, byli oszczędni, pracowici i powściągliwi, na ich tle katolicy wydawali się leniwymi, rozrzutnymi i rozwiązłymi hipokrytami, skazanymi i tak na wieczne potępienie. Nordyckim autochtonom mogła nie podobać się również słowiańska spontaniczność tych wyrwanych ze swych tradycyjnych środowisk emigrantów. Wreszcie pewną rolę, musiało tez odgrywać poczucie wyższości bogatszych właścicieli w stosunku do swej taniej siły roboczej. W dzisiejszych czasach jest na odwrót; par żyjących bez ślubu w Dani jest o wiele więcej niż w Polsce. Niekiedy są to konkubinaty sformalizowane. Warto wspomnieć, że w królestwie tym (właściwie to koronowana demokracja bardziej, niż monarchia), związki homoseksualne zostały zalegalizowane najwcześniej w Europie, bo już w roku 1989. Proponuje więc, w ramach rewanżu, polskich homoseksualistów nazywać „żyjącymi po duńsku”. Dania jest to bardzo „postępowy” kraj, liberalna demokracja plus rewolucja obyczajowa z lat sześćdziesiątych, poczyniły tam duże spustoszenie. Co ciekawe formalnie religią panującą w Danii jest luteranizm, ale liczba praktykujących Duńczyków jest równie duża jak w laickiej Francji. Skoro mowa o religii państwowej to przejdę do kwestii finansowania kościołów i podatków. W Królestwie Danii istnieją trzy rodzaje podatków, na państwo, na samorząd terytorialny i na kościół. W tym ostatnim przypadku, każdy obywatel Danii, deklaruje do jakiego kościoła należy i na taki kościół płaci podatek, można też do żadnego kościoła nie należeć i wtedy podatku się nie płaci. Niestety dwa pozostałe podatki są obowiązkowe i bardzo wysokie, ale cóż utrzymanie państwa opiekuńczego wiele kosztuje. Na szczęście przewodniczka naszej wycieczki nas uspokoiła, że tutaj ludzie nie narzekają na wysokość podatków, gdyż otrzymują potem od państwa wysokie świadczenia. Normalnie wszystko jest za darmo. W Polsce na przykład edukacja jest bezpłatna, ale trzeba finansować sobie kupno podręczników, mundurków itp. Na Bornholmie podręczniki i zeszyty są za darmo a także mundurki. Młodzież studiująca otrzymuje wysokie stypendia umożliwiające jej samodzielne i niezależne życie od rodziców, których zresztą bardzo wcześnie opuszcza.

Bezrobotni otrzymują godne zasiłki, a gdy skończą 65 rok życia i tak przechodzą na zasłużoną emeryturę – niezależnie od tego ile pracowali. Jesień życia spędzą w którymś z przytulnych domów „radosnej starości”, gdzie zapewniona jest im profesjonalna opieka. Przy takim domku znajduje się mała działeczka, którą uprawia (jeżeli chce) dana osoba, więc i trudno się nudzić na starość. Widzieliśmy po drodze kilka takich domów starców. Rzeczywiście pełna kultura w porównaniu z Polską, ale i tak nie chciałbym się tam znaleźć na starość. Rodziny zresztą rzadko zajmują się swoimi bliskimi, gdyż tam każdy żyje niezależnie. Młodzi ludzie bardzo szybko się usamodzielniają i opuszczają rodziców – jest to powszechny model w Skandynawii. (W przypadku Bornholmu jest to o tyle to zrozumiałe, że na wyspie nie ma uniwersytetu, więc żeby studiować trzeba opuścić wyspę.) Każdy może tam żyć na własna rękę, bo zarówno młodym jak i starym pomaga państwo, które jest z obywatelem od kołyski aż do śmierci. Istnieją tez negatywne skutki państwa socjalnego. Przerost państwa opiekuńczego spowodował spowolnienie wzrostu gospodarczego Danii. Na samym tylko Bornholmie występuje dziesięcioprocentowe bezrobocie, spowodowane nie tylko nadmiernym fiskalizmem, ale być może także kwotami połowowymi Unii Europejskiej. Należy pamiętać, że rybołówstwo jest tradycyjnym zajęciem mieszkańców Bornholmu. Wyspa leży w pobliżu zasobnych łowisk zwłaszcza dorszy i śledzi, które jednak w ostatnich latach uległy znacznemu zubożeniu. Od połowy XIX wieku Bornholm stał się eksporterem na dużą skalę wędzonych śledzi bornholmskich. Wędzonych według specjalnej technologii w przydomowych i przemysłowych wędzarniach o charakterystycznej budowie i wyglądzie. W okresie międzywojennym funkcjonowało tu takich 140 wędzarni, obecnie jest ich około 60. Funkcjonują także większe przetwórnie ryb. W czasie jednego z przystanków w trakcie wycieczki skusiliśmy się na śledzika z żółtkiem i sałatką ziemniaczaną, naprawdę bardzo pyszna. Drugą taką gałęzią gospodarki, obok połowu śledzi jest turystyka. Przyjeżdża na Bornholm bardzo dużo turystów niemieckich, którzy prawie „okupują” wyspę. Od lat dziewięćdziesiątych przyjeżdża tutaj coraz więcej Polaków i bogatych Rosjan można napotkać. Wśród Niemców bardzo popularne jest wykupywanie działek i budowanie domków letniskowych, których cena nie jest znowu taka niska. Pod względem bazy turystycznej Bornholm bardzo dobrze stoi, rozbudowana infrastruktura, dużo ścieżek rowerowych. W dwa dni można objechać całą wyspę, czyli gdzieś około 100 km. Po drodze można podziwiać piękne klify nadmorskie i stare wiatraki, służące kiedyś do mielenia ziaren, dziś już to tylko muzea. Obok stoją też nowoczesne wiatraki zamieniające energię wiatru w prąd czyli: „Siły natury w służbie człowieka” co trafnie przewidział Stanisław Bareja. Zresztą podobne wiatraki stoją już w Ustroniu Morskim wzorowane na tych z Bornholmu.

Jadąc dalej wzdłuż brzegu, w naszym oczom ukazują się ruiny twierdzy Hammershus, kiedyś był to warowny zamek zawieszony na wysokiej skale nad brzegiem Bałtyku. Jeszcze teraz robi wrażenie swym posępnym majestatem. Z murów obronnych widać brzeg Szwecji, kiedyś wspólnego wroga Rzeczpospolitej i Królestwa Danii. Wtedy wspólnie walczyliśmy ze szwedzkim najazdem przeciw Karolowi X Gustawowi. Nasz hymn narodowy wspomina to wydarzenia, gdy hetman Stefan Czarnecki „rzucił się przez morze dla Ojczyzny ratowania”. Polską pomoc duńskiemu sojusznikowi opisał dość ciekawie Chryzostom Pasek, nasz sarmacki pisarz i zabijaka. Zacznijmy jednak od początku. Budowę zamku Hammershus rozpoczęto około roku 1250, był on najpierw siedzibą władz kościelnych, od 1303 roku natomiast, cała wyspa stała się lennem arcybiskupów z Lund. 

W XIV i XV wieku faktyczną władzę nad wyspą sprawowały miasta hanzeatyckie, a zwłaszcza kupcy z Lubeki. Dopiero w roku 1578 król duński Fryderyk II odzyskał władzę nad wyspą. W połowie XVII wieku; Bornholm został przejściowo opanowany przez Szwedów. Ten stan rzeczy usankcjonował pokój w Roskilde. W roku 1658 na Bornholmie wybuchło ludowe powstanie przeciwko panowaniu szwedzkiemu, którego przywódcami byli między innymi: Jens Pedersen Kofoed, Paul Anker i Willum Clausen. Powstańcy odnieśli zwycięstwo, zabijając szwedzkiego komendanta wyspy Printzenskölda i wypędzając wojska okupacyjne. Powstanie zakończone zostało traktatem pokojowym w Kopenhadze z roku 1660 i przekazaniem wyspy Koronie Duńskiej. W nagrodę na mieszkańców spłynęło sporo przywilejów królewskich. Wyspiarze uzyskali przywilej produkcji alkoholu, utworzono też istniejące do dziś obok regularnej armii oddziały Obrony Bornholmskiej (duń. Bornholmsb Værn), złożone wyłącznie z mieszkańców wyspy. Należy jednak pamiętać, że choć Bornholm został „odzyskany” to Dania przegrała tę wojnę tracąc inne terytoria na rzecz Szwecji. W wyniku pokoju kopenhaskiego Dania musiała się zrzec posiadłości po wschodniej stronie cieśniny Sund oraz Gotlandii i ziem w Inflantach. My po „Potopie” szwedzkim nie wyszliśmy lepiej, zniszczenie kraju, wyludnienie i potem rozbiory. Z Polską wiąże Bornholm jeszcze jedna historia; podczas wojny trzynastoletniej, 14 sierpnia 1457 roku w pobliżu Bornholmu doszło do zwycięskiego starcia trzech statków gdańskich z większą flotą duńsko-inflancką, wspierającą Krzyżaków. Jak widać nie zawsze staliśmy po tej samej stronie, ale w końcu wojny z Zakonem były tylko jednym z etapów wielowiekowej „europejskiej wojny domowej”.

Kolejną odsłoną tej walki o panowanie nad światem między europejskimi potęgami, była druga wojna światowa, która dotknęła oba nasze narody, trudno jednak porównać sytuację Duńczyków i Polaków w tamtym okresie. 10 kwietnia 1940 r. na wyspie wylądowali Niemcy, którzy w pobliżu Dueodde (na południu wyspy) zaczęli budować fortyfikacje ze stanowiskami dla 2 dużych dział artylerii nadbrzeżnej. Istnieją także przypuszczenia, że na Bornholmie funkcjonowały podczas wojny stacje obserwacyjne rakiet wystrzeliwanych z Peenemünde. 22 sierpnia 1943 roku na Bornholm spadła testowa rakieta V1, która została sfotografowana przez duńskiego oficera marynarki Hasagera Christiansena, a informacja o tym fakcie została przekazana Brytyjczykom (była to pierwsza informacja wywiadowcza o wyglądzie pocisków V1). Okupacja niemiecka nie była uciążliwa dla mieszkańców wyspy, nie odnotowano także poważniejszych aktów oporu przeciwko okupantom. Wstydliwym rozdziałem tamtych czasów były tzw. „niemieckie dziewczyny” – kobiety nawiązujące kontakty seksualne z okupantami. Warunki okupacyjne też były lżejsze, socjaldemokratyczny premier stał na czele kolaboracyjnego rządu jedności narodowej, sformowane były też duńskie jednostki Waffen SS. Partyzancki honor Duńczyków ratowali jednak, rybacy bornholmscy, którzy wzięli udział w ewakuacji Żydów z Danii do neutralnej Szwecji, w czasie, gdy zawisła nad nimi groźba deportacji do niemieckich obozów koncentracyjnych. Ciekawie w historii wyspy zapisali się natomiast sowieccy „wyzwoliciele”. Garnizon niemiecki okupujący Bornholm miał być poddany wojskom brytyjskim, ale nieoczekiwanie pod koniec kwietnia 1945 roku, dotarły na wyspę pododdziały Armii Czerwonej (2 Front Białoruski). 7 i 8 maja 1945 Rosjanie zbombardowali miasteczka: Rønne i Nexø, niszcząc około 800 domów. Wobec tych nalotów oraz obecności około 26 000 uciekinierów z Niemiec i krajów nadbałtyckich, dowódca kilkusetosobowego garnizonu niemieckiego, Gerhard von Kamptz skapitulował przed Armią Czerwoną. Od 9 maja 1945 do 5 kwietnia 1946, blisko 10 000 żołnierzy sowieckich okupowało wyspę. Okupacja rosyjska Bornholmu była przejawem dążenia Stalina do ustanowienia tu bazy wojskowej, kontrolującej trasy żeglugowe z Bałtyku do pobliskich Cieśnin Duńskich (lub nawet włączenia Bornholmu do ZSRR). Być może chodziło także o przejęcie dokumentacji wspomnianych stacji obserwacyjnych. W roku 1946 Szwecja ofiarowała mieszkańcom Bornholmu 300 drewnianych domków (istniejących do dziś), w celu odbudowy zbombardowanych przez Rosjan miasteczek.

Właśnie ze zniszczonego przez komunistów Nexø, odpływał nasz katamaran w kierunku polskiego Kołobrzegu. Żegnaliśmy malownicza „zieloną wyspę” zwaną przez miejscowych „Majorką północy”. Czułem się trochę jakbym wracał z morusowskiej „Utopii” w kierunku „drugiej Irlandii”.

Gaweł Strządała

„Templum Novum” 2009 nr 8, ss. 201 – 207.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Gaweł Strządała, Bornholm – nordycki bastion duńskiego państwa opiekuńczego”

  1. Nareszcie, pierwszy od dłuższego czasu ciekawy artykuł tutaj. Szkoda tylko, że autor nie rozwinął wątku zapowiedzianego w tytule i zamiast dryfowania po bezbrzeżach historii nie skoncentrował się na dokładniejszym opisie współczesnej miejscowej społeczności Bornholmu. Ponad rok temu wraz z p. Ratnikiem podjąłęm taką próbą w odniesieniu do Szwedów – zainteresowani pewnie jeszcze mogą odnaleźć ten wywiad w archiwum.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *