Gdyby nie Unia, to byśmy krówki pasali?

Gośćmi emitowanych 2.07. br. TVN-owskich „Faktów po faktach” byli Monika Richardson – nieco zapomniana dziś gwiazdeczka znana z europropagandowej agitki zatytułowanej „Europa da się lubić” oraz do niedawna jeden z liderów Młodzieży Wszechpolskiej – Krzysztof Bosak. Tematem rozmowy było przejęcie przez Polskę prezydencji w UE. Przed rozpoczęciem dyskusji wyemitowany został „eurosceptyczny spot” skompilowany z wybranych (dosyć tendencyjnie) wystąpień liderów obozu przeciwników akcesji, sprzed referendum w 2003 r. Rozmowa od początku ustawiona była w ten sposób, aby wykazać totalną klęskę głoszonych wówczas przez przeciwników akcesji poglądów. Prowadząca program redaktor cytowała obszernie ustępy z broszur i ulotek sygnowanych przez LPR, starając się zapędzić byłego posła w przysłowiowy „kozi róg”. Padały pytania w rodzaju: gdzie ten wykup polskiego majątku? gdzie ośmiomilionowe bezrobocie? gdzie wieszczone podwyżki cen? gdzie utrata niepodległości? Prowadzącej wiernie sekundowała M. Richardson. Całość sprawiała wrażenie, jakby obie panie spotkały się na ploteczkach przy kawie, próbując przy tej okazji „obsmarować” „czarnego luda” polityki reprezentowanego akurat przez K. Bosaka. Gwiazda programu „Europa da się lubić” (programu, który za publiczne pieniądze, za główny cel postawił sobie „zmianę negatywnego stereotypu Niemca”, promując w tej roli fajtłapowatego aktora z popularnej telenoweli), pomimo że lawirowała między udawaną pobłażliwością, a źle skrojoną ironią okazywaną adwersarzowi, wypadła jednak w swojej roli nie jako „ekspert” od zagadnień europejskich, ale jak przysłowiowa „słodka idiotka”. Z jej ust nie schodziły sformułowania i wyświechtane frazesy w rodzaju: „bycie dziś eurosceptykiem to wstyd i obciach”, „Polskę spotkał ogromny sukces” (to o objęciu prezydencji), „mamy ogromny dług wobec Europy i musimy go teraz spłacać” i standardowe: „dzięki akcesji możemy jeździć po Europie”. Kluczowym zaś argumentem miał być fakt, że rodzice „za komuny czekali 17 lat na telefon, było wówczas szaro i ponuro”,… a dziś są wszyscy szczęśliwi i jest kolorowo – chciałoby się dopowiedzieć.

Bosak zbijał te i tym podobne mądrości rzetelną wiedzą, przytaczając fakty, wykazując się przy tym dużą znajomością problematyki europejskiej, ze szczególnym uwzględnieniem spraw ekonomii i finansów. Tłumaczył, dlaczego obecny kryzys finansowy najbardziej uderza w kraje strefy euro i z jakich powodów nie należy się śpieszyć z przystąpieniem do niej. Wyjaśniał, że nie wszystkie argumenty obozu eurosceptycznego się sprawdziły, ale nikt przecież nie zaprzeczy, że Polska przystępując do UE części swojej suwerenności faktycznie się wyzbyła, a ceny, choć nie w przewidywanym tempie, ale jednak wzrosły. Bezrobocie nie jest faktycznie takie jak zakładano, ale nie jest też powodem do zadowolenia drenaż i masowy niemal wyjazd młodych z kraju (z których może mniej niż połowa deklaruje powrót). Sceptycznie odnosił się również do „medialnego zachwytu” z polskiej prezydencji, podkreślając, że jest ona raczej wynikiem standardowych procedur panujących w UE, niż rzeczywistym „polskim sukcesem”. Chciałoby się sparafrazować słynne zdanie Mieczysław Rakowskiego ze spotkania ze stoczniowcami w 1983: „Gdyby nie system, to byście krówki pasali”.

P. Richardson zbyła jednak wszystko mętnym wywodem o Bosaku biegającym w „brunatnej koszuli”, który, miast uczyć się języków, planował „czystki etniczne”, po czym wraz z prowadzącą skupiły się z zapałem na temacie ślubu księcia Monako i „pupie Pippy Middleton”…

Maciej Motas



http://mercurius.myslpolska.pl/2011/07/gdyby-nie-unia-to-bysmy-krowki-pasali/


a. me.


Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Gdyby nie Unia, to byśmy krówki pasali?”

  1. Pomijając w/w dyskusję, której nie widzialem, to jednak przyznać trzeba, że brak Polski w strukturach wspólnotowych/unijnych była Polski nie byłby szczęśliwy. UE nie budzi mojego zachwytu, wiele rzeczy w funkcjonowaniu tej struktury budzi mój sprzeciw, ale „nie było alternatywy”. Przynajmniej sensownej alternatywy.

  2. E tam, Mecenas Bala nie uwazal na lekcjach. Alternatywa byla, w postaci Bialorusi. A propos programu przywolanego w tekscie, to trzeba przyznac, ze p. Bosak – ktory, jak zauwazylem, przez niektorych czlonkow KZM nie jest nazbyt lubiany – pokazal klase.

  3. Bilans członkostwa w UE jest bardzo ciekawy. Nawet Roman Giertych mówił ostatnio, że dobrze, iż w UE jesteśmy. Czyżby? Wyliczenia wolnorynkowych think-tanków dotyczące kosztów administracji obsługującej projekty unijne, pracowników zajmujących się rozliczaniem projektów w firmach, kosztów przygotowania projektów niezrealizowanych itp. już znamy. Kosztów wdrożenia pakietu klimatycznego jeszcze nie znamy, ale wraz z wartością rodzimych firm chemicznych wycofujących produkcję z Polski mówimy tu o sumach zbliżonych do kwot uzyskiwanych z dotacji. Dodajmy do tego realizację szeregu nikomu nieprzydatnych projektów edukacyjnych. Każdy kto zetknął się z projektami unijnymi wie, że pieniądze się tam „przerabia”. Przerabianie to jest zwykłą odwrotnością tego, co w ekonomii nazywamy gospodarnością. No i na koniec dodajmy psucie przez unijne programy rynku, wspieranie wg widzimisię urzędników wybranych firm i finansowanie inwestycji, które nie zostałyby sfinansowane w oparciu o rynkową kalkulację. Więc jak to naprawdę jest z bilansem ekonomicznym i finansowym członkostwa w UE? W każdym razie po przytoczeniu powyższego wyliczenia łatwiej zrozumieć, dlaczego Turcja, która korzysta z dobrodziejstw unijnego rynku, ale nie będąc członkiem UE nie korzysta z unijnych dotacji, w ciągu ostatnich 10 lat potroiła swoje PKB, w ostatnim roku miała 9 % wzrostu PKB i buduje infrastrukturę na skalę dla nas nieosiągalną. Jak się zresztą popatrzy na historię wzrostu PKB w poszczególnych krajach europejskich, łatwo zauważyć, że np. Grecja (a także Hiszpania czy Portugalia) miały wyższą dynamikę wzrostu PKB przed przystąpieniem do EWG i nigdy w całym okresie przynależności do EWG/UE takiej dynamiki już nie osiągnęły.

  4. Nie można bilansu członkostwa w UE konstruować w taki sposób, że z jednej strony stawiamy wspólny rynek, a z drugiej unijne regulacje i zaburzenia rynku. Gdyby to wyglądało w ten sposób, to z oporami, ale trzeba by przyznać rację zwolennikom UE, ponieważ po prostu polska gospodarka jest od unijnej uzależniona. Ale tych dwóch rzeczy nie można rozpatrywać jako alternatywy. Należy pamiętać, że Polska uzyskała dostęp do wspólnego rynku i zniesienie ceł w momencie, kiedy do UE jeszcze nie należeliśmy, na mocy układu stowarzyszeniowego. I nic nie stało na przeszkodzie, by taki model relacji z UE zachować. Bo wierutną bzdurą jest teza, że Bruksela w przypadku braku akcesji Polski do UE przywróciłaby cła ( co logicznie my zrewanżowalibyśmy się tym samym). Kraje UE mają dodatni bilans wymiany handlowej z Polską, a zatem to one zarabiają więcej na swoim eksporcie do Polski, niż my na naszym eksporcie do krajów UE. Kraje UE byłyby zatem tak samo zainteresowane utrzymaniem bezcłowej wymiany, jak my. Do tego dodać należy, że ogromna część polskiego eksportu na rynki unijne (w szczególności niemiecki) to tzw. dobra pośrednie czyli części i podzespoły. Ponowne wprowadzenie przez Brukselę ceł szkodziłoby firmom unijnym także w tym zakresie. Dlatego alternatywę należy widzieć tak: wspólny rynek na mocy układu stowarzyszeniowego, brak regulacji i brak funduszy z jednej strony, a członkostwo w UE, regulacje i fundusze unijne z drugiej. Dopiero dla tych wariantów należy policzyć bilanse finansowe i ekonomiczne i stwierdzić, który jest korzystniejszy.

  5. Odniosę sie tylko do Turcji. Owszem, wyniki ekonomiczne mogą się podobac, ale to naprawdę jest kraj biedny. Łatwiej zwieszyć PKP per capita w takim kraju razy pięć, niż np. w Austrii razy dwa. Widział Pan raiting Turcji? Dno. Zresztą sama Turcja od kilkudziesięciu lat czeka w poczekalni do Wspólnot/UE, i ciągle się awanturuje, że nikt jej w Brukseli nie chce przyjąć.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.