Geopolityka a powstanie styczniowe

23 stycznia wziąłem udział w Ojcowie w obchodach 153. rocznicy wybuchu powstania styczniowego. Ojców i jego okolice były jednym z tych nielicznych miejsc, które – obok Siemiatycz, Wąchocka, Węgrowa, lasów bolimowskich i głąbińskich – udało się opanować powstańcom w pierwszych dniach zrywu 1863 roku. Dolina Prądnika stała się wówczas bazą dla oddziału Apolinarego Kurowskiego, który został rozbity przez Rosjan 17 lutego 1863 roku w bitwie pod Miechowem. Natomiast zwycięską potyczkę z wojskami rosyjskimi w okolicach Ojcowa stoczył 5 marca 1863 roku Marian Langiewicz. Była to bitwa pod Skałą, w której zginął Ukrainiec Andrij Potebnia, oficer armii rosyjskiej walczący po stronie polskiej.

Obchody rocznicy powstania styczniowego w Ojcowie datują się na rok 1973, kiedy 110. rocznicę powstania z 1863 roku podniośle uczcił tam krakowski ZBoWiD przy udziale miejscowych władz PZPR. Odsłonięto wówczas nowy pomnik na grobie powstańców w lesie koło zamku w Pieskowej Skale. Wiele lat wcześniej, podczas apogeum stalinizmu w 1953 roku, złożono też doczesne szczątki powstańców w zbiorowej mogile u stóp wspomnianego zamku. Dla animatorów obecnej polityki historycznej fakty te stanowią bolesne zaprzeczenie ich propagandy, w świetle której PRL była jakoby sowiecką kolonią, pozbawioną tożsamości narodowej i całkowicie poddaną woli Moskwy[1].

W latach 70. i 80. XX wieku rocznicę powstania styczniowego w Ojcowie obchodziły nieregularnie różne środowiska polityczne i społeczne. Regularne obchody są organizowane od 1988 roku w trzecią sobotę stycznia przez Oddziały PTTK w Krakowie i Ojcowie, dyrekcję Ojcowskiego Parku Narodowego oraz władze miasta i gminy Skała. Biorą w nich udział także delegacje z innych Oddziałów PTTK, organizacji społecznych i kombatanckich. Uroczystości zawsze rozpoczynają się Mszą Św. w kaplicy „Na Wodzie”[2]. Następnie ma miejsce przemarsz uczestników pod budynek dawnego hotelu „Pod Łokietkiem” (obecnie Ekspozycja Przyrodnicza OPN), gdzie pod tablicą upamiętniającą pobyt oddziału Apolinarego Kurowskiego w Ojcowie składane są wieńce i kwiaty. Po odśpiewaniu „Marszu strzelców” Władysława Ludwika Anczyca i „W krwawym polu” (pieśń anonimowego autora z obozu Antoniego Jeziorańskiego, prawdopodobnie Wincentego Pola) uczestnicy przechodzą do budynku dawnego hotelu „Pod Kazimierzem” (obecnie Centrum Edukacyjno-Dydaktyczne OPN), gdzie słuchają prelekcji związanych z tematyką powstańczą. Niejednokrotnie towarzyszą temu inscenizacje przygotowane przez młodzież ze szkół w Skale, rekonstrukcje historyczne i wystawy okolicznościowe.

W ojcowskich uroczystościach upamiętniających powstanie styczniowe biorę udział rokrocznie od 2003 roku (z przerwą ze względów osobistych w roku 2014 i 2015). Nie z powodu umiłowania tradycji romantyczno-insurekcyjnej, do której odnoszę się z dystansem i nie ze względu na podziw dla inicjatorów powstania styczniowego, których w dalszej części tego artykułu poddam krytyce. Biorę w tych uroczystościach udział wyłącznie, by uczcić pamięć ofiary szeregowych uczestników powstania styczniowego, niejednokrotnie ludzi bardzo młodych i niewątpliwie gorącego serca patriotów. Szacunek dla ich poświęcenia nie może jednak odsuwać w cień refleksji nad tym, jakie skutki polityczne ono przyniosło. Cześć dla bohaterów nie zwalnia z obowiązku myślenia politycznego i to jest ten element, którego zawsze mi brakuje przy okazji obchodów rocznic powstań i wszystkich innych klęsk narodowych, tak pieczołowicie celebrowanych w ramach współczesnej polityki historycznej.

Prof. Jacek Bartyzel trafnie zauważył, że „z powstaniem styczniowym jest dokładnie ten sam problem, co z warszawskim. Z jednej strony heroizm, poświęcenie, cierpienie, symbole (…). Z drugiej strony – potworny bezsens polityczny, zaprzepaszczenie szansy na powrót przynajmniej do stanu z 1815 roku, zejście na poziom walki już tylko o przetrwanie etosu, a nie odzyskanie państwa, definitywna przegrana polskości na ziemiach zabużańskich, pozytywistyczne „zniżenie ideałów”. W gruncie rzeczy największa wina spada za to na Białych: za nierealistyczne „brać, ale nie kwitować” i program natychmiastowego wskrzeszenia Polski w granicach z 1772 roku pana Andrzeja (Zamoyskiego); za przystąpienie Białych wiosną 1863 roku do powstania i uznanie go za „narodowe” (…). Bez tego wszystkiego powstanie byłoby krótkotrwałą ruchawką wznieconą przez „Czerwieńców” i odstręczałoby wszystkich prawych ludzi ich demagogią socjalną”[3].

Tak – z powstaniem styczniowym jest dokładnie ten sam problem, co z warszawskim. Nie tylko pod względem heroizmu i symboliki, ale przede wszystkim pod względem poziomu szaleństwa. Oba te powstania są w dotychczasowej historii Polski szczytem politycznego szaleństwa, stawianiem wszystkiego na jedną kartę bez liczenia się z jakimikolwiek konsekwencjami.

Jest też z powstaniem styczniowym dokładnie ten sam problem, co z listopadowym. Zostało ono mianowicie wywołane przez jednego człowieka. W 1830 roku był to podporucznik Piotr Wysocki, wówczas 33-letni instruktor Szkoły Podchorążych Piechoty i przywódca tajnego sprzysiężenia podchorążych. W 1863 roku był to Stefan Bobrowski, 22-letni student filozofii, który razem z Jarosławem Dąbrowskim i Zygmuntem Padlewskim należał do najbardziej radykalnych działaczy stronnictwa Czerwonych. Ci, którzy w dzisiejszej Polsce uważają się za ich epigonów, a nazywają siebie „prawicą niepodległościową”, nie zauważają, a może nie wiedzą, że są epigonami lewicy stronnictwa Czerwonych i że Jarosław Dąbrowski figurował na jednym z banknotów w PRL. Powodem takiego wyróżnienia był nie tylko późniejszy udział Dąbrowskiego w Komunie Paryskiej, ale także postrzeganie przez władze PRL powstania styczniowego nie tylko w kategorii walki o niepodległość, ale w kategorii rewolucji społecznej.

Taki bowiem cel wytyczył Stefan Bobrowski w obliczu przymusowego poboru do wojska rosyjskiego, zarządzonego przez margrabiego Aleksandra Wielopolskiego i wielkiego księcia Konstantego Mikołajewicza w nadziei spacyfikowania radykalnej młodzieży. Powstanie miało być w jego koncepcji równocześnie walką o niepodległość i rewolucją społeczną, zmieniającą stosunki własnościowe na wsi. Na posiedzeniu Komitetu Centralnego Narodowego (tajny organ kierowniczy stronnictwa Czerwonych) w dniu 2 stycznia 1863 roku Bobrowski zdołał przekonać wahających się współtowarzyszy, że w odpowiedzi na brankę do wojska rosyjskiego należy wywołać powstanie z równoczesnym ogłoszeniem przez rząd powstańczy uwłaszczenia chłopów. Jego zdaniem była to jedyna szansa dla sprawy polskiej. Jeden szalony człowiek pchnął bieg historii w kierunku narodowej katastrofy.

7 tys. podobnych mu w większości młodych ludzi, którzy w nocy z 22 na 23 stycznia 1863 roku rozpoczęli powstanie, wzięło odpowiedzialność za los większości narodu, który bynajmniej nie dał im takiego upoważnienia, nawet jeżeli w dobie manifestacji patriotycznych z lat 1860-1861 darzył ich ruch sympatią. Zainicjowana przez nich walka ze stutysięczną armią rosyjską, wyposażoną w 176 dział, została dosłownie odwzorowana w słowach wspomnianej pieśni „W krwawym polu”, gdzie jest mowa, że „poszli nasi w bój bez broni”. Leon Frankowski – 20-letni komisarz lubelski Komitetu Centralnego Czerwonych i najgorliwszy obok Bobrowskiego inicjator wybuchu powstania – przedstawił w następujący sposób strategię wojskową powstańców: „pięściami zdobędziemy karabiny, a karabinami armaty”. Poza oddziałem żuawów śmierci – dowodzonym przez francuskiego wolnomularza François de Rochebrune – brakowało broni palnej. Jeśli już była na wyposażeniu niektórych oddziałów, to głównie broń myśliwska. Większość powstańców – przynajmniej w początkowej fazie powstania – była uzbrojona w znane z powstania kościuszkowskiego piki i kosy, a także drągi. Stąd wkład powstania styczniowego w rozwój sztuki wojennej polegał na wylansowaniu nowego rodzaju wojsk – drągalierów. Niestety tak uzbrojeni powstańcy – wychowani na literaturze Romantyzmu, ale bez zielonego pojęcia o prawdziwej wojnie – nie mieli najmniejszych szans w starciu z największą armią europejską.

Jeszcze bardziej katastrofalnie wyglądała rewolucja społeczna. Tylko gdzieniegdzie chłopi, zwykle pod wpływem patriotycznie nastawionego proboszcza, zgłaszali się do powstania. Częściej jednak, na terenach, gdzie wojska rosyjskie ustąpiły, występowali przeciw ziemianom, łupiąc ich dwory i oddając szlachtę w ręce władz rosyjskich. To samo chłopi czynili z pojmanymi powstańcami, a poległych obdzierali z butów i ubrań, co opisał Stefan Żeromski w opowiadaniu „Rozdziobią nas kruki, wrony”. Tak większość mas chłopskich odpowiedziała na dekret uwłaszczeniowy Rządu Narodowego, którym obwołał się wspomniany Komitet Centralny stronnictwa Czerwonych. Tak skończyły się marzenia studenta Stefana Bobrowskiego o połączeniu walki niepodległościowej z rewolucją społeczną.

„Powstanie 63 roku – pisał Aleksander Bocheński – przyszło po okresie absolutnie niedostatecznego uświadomienia narodowego, ciemnoty (80 procent analfabetów – na wsi pewnie więcej), odsunięcia od życia politycznego i od dwu lat zaledwie trwającej propagandy. Tak jak w roku 1846 w Galicji, tak w roku 1863 w Królestwie przywódcy powstania z niebywałym romantyzmem i brakiem realizmu ocenili stosunek ludu do powstania”[4].

Powstaniu było przeciwne stronnictwo Białych, które ostatecznie przyłączyło się do niego w marcu 1863 roku z zamiarem przechwycenia przywództwa. Był mu też przeciwny Romuald Traugutt, który z wielkimi rozterkami przyłączył się do walki w kwietniu 1863 roku, a w październiku 1863 roku został dyktatorem powstania. Przedłużył jego agonię o pół roku, składając na koniec dramatyczną ofiarę ze swojego życia.

Przez partyzantkę powstańczą miało przewinąć się około 200 tys. ludzi, ale jej liczebność nigdy nie przekroczyła 15-20 tys. wobec ponad 400 tys. wojsk rosyjskich w szczytowym okresie walk. Stłumienie zrywu z 1863 roku kosztowało Rosję 3636 poległych żołnierzy i 348 zaginionych. Straty strony polskiej szacuje się na około 20 tys. poległych, tysiąc straconych z wyroków sądów wojennych, kilkuset zamordowanych w więzieniach oraz około 35 tys. zesłanych na Syberię.

Nie można zrozumieć istoty powstania styczniowego bez uświadomienia sobie, że wybuchło ono nie w momencie zaostrzenia polityki prowadzonej przez Rosję wobec Polaków, ale w momencie jej liberalizacji, która została wymuszona przez porażkę Rosji w wojnie krymskiej oraz manifestacje w Królestwie Polskim z lat 1860-1861. Lewica stronnictwa Czerwonych – odrzucająca jakikolwiek kompromis z Petersburgiem – zorganizowała powstanie nie tyle przeciw Rosji, co przeciw polityce naczelnika Rządu Cywilnego Królestwa Polskiego, margrabiego Aleksandra Wielopolskiego. Polityce, która zmierzała do przywrócenia Królestwu autonomii z 1815 roku i miała poparcie części czynników rosyjskich z wielkim księciem Konstantym Mikołajewiczem na czele. Sukces polityki Wielopolskiego zepchnąłby lewicę Czerwonych w niebyt polityczny. Dlatego od czerwca 1862 roku (pierwszy plan powstania) dążyła ona do wywołania powstania. Styczniowa branka była dla Czerwonych tylko pretekstem, a nie powodem wybuchu powstania – jak to jest ciągle przedstawiane w polskiej historiografii.

Politykę margrabiego Wielopolskiego, ciągle ukazywaną przez rodzimą historiografię w negatywnym świetle, następująco podsumował Aleksander Bocheński: „On jeden krzyczał, że smuga dymu nie da ratunku, on jeden drabinę znalazł i przyłożył do okna. Mierzyć go można tylko i wyłącznie na tle Zamoyskiego czy romantycznych przywódców, którzy prostych i prawdziwych założeń jego albo nie rozumieli, albo zaślepieni niechęcią pomijali je. Potępiać go w żadnym już wypadku nie powinni ludzie, którzy byli w wieku dojrzałym, gdy wybuchło powstanie warszawskie – i wybuchowi temu nie starali się przeszkodzić”[5].

W polskiej literaturze historycznej raczej nie podkreśla się faktu, że powstanie styczniowe stanowiło nie tylko klęskę dla narodu polskiego, której wyrazem była m.in. trwająca ponad 40 lat bezwzględna rusyfikacja Królestwa Polskiego. Powstanie polskie z 1863 roku przede wszystkim uruchomiło ciąg wydarzeń, które doprowadziły do zjednoczenia Niemiec przez Prusy w 1871 roku. „Żelazny kanclerz” Prus natychmiast wyciągnął kasztany z ognia rozpalonego rękami polskimi 22 stycznia 1863 roku. Już 29 stycznia Bismarck polecił skoncentrować na granicy Prus z Królestwem Polskim cztery korpusy, czyli połowę armii Prus. Natomiast 8 lutego 1863 roku Prusy zawarły z Rosją tzw. konwencję Alvenslebena, przewidującą ścisłą współpracę wojskową w tłumieniu polskiego powstania. Rozerwanie sojuszu rosyjsko-francuskiego, w wyniku podjętej przez Napoleona III akcji dyplomatycznej na rzecz polskiego powstania oraz zbliżenia rosyjsko-niemieckiego, otworzyło Bismarckowi drogę do zjednoczenia Niemiec. Tę drogę tak naprawdę otworzyli mu jednak Stefan Bobrowski, Ignacy Chmieleński, Leon Frankowski i Zygmunt Padlewski, o których istnieniu „żelazny kanclerz” może nawet nie wiedział.

Pojawienie się na mapie Europy Cesarstwa Niemieckiego, opartego na ustroju, ideologii i mentalności Prus, było z punktu widzenia późniejszych wydarzeń katastrofą geopolityczną Europy. Dzisiaj modne jest pisanie historii alternatywnej, w czym celuje m.in. Piotr Zychowicz, autor szeregu książek o tym co by rzekomo było, gdyby doszło do współpracy polsko-niemieckiej podczas drugiej wojny światowej. Dlaczego jednak Zychowicz nie napisze książki o tym, co by było, gdyby nie nastąpił wybuch powstania z 1863 roku, gdyby polityka Wielopolskiego doprowadziła do przywrócenia autonomii Królestwa Polskiego i gdyby nie doszło do zjednoczenia Niemiec przez Prusy. Byłaby wówczas pierwsza i druga wojna światowa czy nie? Byłby wszechstronny rozwój Królestwa, w tym gospodarczy, zamiast rusyfikacji i degradacji czy nie? Byłyby wówczas rewolucje z 1905 i 1917 roku czy może stopniowa ewolucja Rosji w kierunku monarchii konstytucyjnej? Czy w drodze podobnej ewolucji Polska odzyskałaby pełną niepodległość czy nie?

Pan Zychowicz takiej książki jednak nie napisze z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że stawianie tezy, iż współpraca polsko-rosyjska mogła przynieść coś pozytywnego nie mieści się w jego horyzontach i w panującej we współczesnej Polsce mentalności. Po drugie dlatego, że ta mentalność wyklucza powiedzenie prawdy o lewicowych inicjatorach katastrofy z 1863 roku, których największa partia polskiej prawicy stawia obecnie za wzór bezkompromisowego bohaterstwa.

Znakomity polski historyk – Stefan Kieniewicz – napisał opasłe tomy o powstaniu styczniowym[6]. Nie wyjaśnił jednak kto stał za plecami sprawców jego wybuchu. Czy były to te antypolskie koła w Petersburgu, które chciały zniweczyć politykę Wielopolskiego, czy była to ręka przebiegłego kanclerza Prus Ottona von Bismarcka, czy ręka europejskiej masonerii i lewicy, symbolizowanej przez nazwiska Giuseppe Garibaldiego, Ludwika Mierosławskiego i Karola Marksa. Ten ostatni należał do wielkich entuzjastów polskiego powstania, widząc w nim zaczyn ogólnoeuropejskiej rewolucji socjalistycznej. Szerzej pisał na ten temat polski socjalista niepodległościowy Adam Ciołkosz w rozprawie „Karol Marks a powstanie styczniowe”[7]. Zresztą wielu byłych powstańców z 1863 roku i działaczy ruchu Czerwonych trafiło w 1871 roku na barykady Komuny Paryskiej. Dlatego właśnie władze PRL czciły zryw z 1863 roku, wpisując go w historię walk „o wyzwolenie narodowe i społeczne” (w innej wersji „za wolność i lud”).

Jedną z nielicznych w polskiej publicystyce historycznej trafnych ocen powstania styczniowego dał Jędrzej Giertych, który napisał:

„Nie potrzeba dodawać, jak wielką szkodę powstanie styczniowe wyrządziło nie tylko nam samym, ale także i Francji. Klęska francuska 1870/71 roku i poniżenie, w jakim się Francja po tej klęsce na okres kilku dziesięcioleci znalazła, to były pośrednie skutki powstania styczniowego (…). Kto wie, może nie byłoby doszło do rosyjskiej rewolucji, gdyby nie było w dziejach Rosji tego okresu zastoju, bezwładu, ucisku i terroru, jaki nastał po stłumieniu polskiego powstania i po wysunięciu się na czoło całego zastępu ludzi, podobnych do Murawiewa Wieszatiela. Nie ma nic paradoksalnego w powtórzonych przez francuskiego historyka słowach o tym, że Rosja została przez powstanie styczniowe zwyciężona. Klęskę poniosła w tym powstaniu nie tylko Polska. Poniosła ją także i Francja. Poniosła ją i Rosja. A nawet poniosła ją – w świecie niemieckim – Austria. Ogólne dzieje Europy potoczyły się w wyniku tego powstania w złym kierunku”[8].

Pozwoliłem sobie na krytyczne uwagi wobec inicjatorów wywołania powstania styczniowego, ponieważ duch Stefana Bobrowskiego niezmiennie unosi się nad polityką polską. Widać go w sejmowym wystąpieniu ministra Waszczykowskiego, widać go w enuncjacjach red. Ewy Stankiewicz na temat „mordu smoleńskiego” podczas rozmowy z prof. Bogusławem Wolniewiczem, zakończonej demonstracyjnym opuszczeniem przez profesora studia TV Republika, widać go w ogólnym zacietrzewieniu wielu publicystów i zwolenników obecnego obozu rządzącego oraz obecnej opozycji. Po wyborczej porażce dominującej w ostatnim 25-leciu opcji kompradorskiej zarysowała się szansa przełomu politycznego. Jednakże przełom ten, tak jak 153 lata temu, może pójść w złym kierunku. Tak jak w 1863 roku brakuje realistycznej oceny sytuacji, tak jak w 1863 roku grają wyłącznie emocje, traktuje się geopolitykę w sposób abstrakcyjny, liczy na egzotyczne sojusze i dolewa oliwy do ognia. Minister Spraw Zagranicznych twierdzi, że w interesie Polski leżą pragmatyczne stosunki z Rosją i zaraz potem wyjaśnia, że ten pragmatyzm będzie polegał na wspieraniu pomajdanowej Ukrainy oraz podnoszeniu w relacjach polsko-rosyjskich kwestii Krymu i Donbasu. Dalej pragmatyzm Waszczykowskiego zakłada „remanent” w relacjach z Niemcami, oparcie bezpieczeństwa Polski na bezpośrednim sojuszu z USA i Wielką Brytanią, instalację na terytorium Polski tzw. tarczy antyrakietowej oraz baz NATO. Czy nie rozumie on, że równoczesne prowadzenie polityki antyniemieckiej i antyrosyjskiej przyniesie skutek w postaci antypolskiej współpracy Niemiec i Rosji, tak jak było to w roku 1794, 1831, 1863 i 1939? Nie wie także tego, że polityka amerykańska jest nieprzewidywalna, że USA wielokrotnie porzucały swoich sojuszników bez oglądania się na ich dalszy los lub działały na ich szkodę?

Skoro publicysta Stanisław Michalkiewicz trafnie dostrzega na tle działań dyscyplinujących podjętych przez Unię Europejską wobec rządu Beaty Szydło i „misji ostrzegawczej” amerykańskiego dyplomaty Daniela Frieda[9], że zagrożenie dla suwerenności Polski płynie z Zachodu – w tym także z USA[10] – to dlaczego minister Macierewicz zamierza koncentrować projektowaną dopiero „gwardię narodową” przy granicy z Rosją i instalować bazy amerykańskie w Polsce? Czy prowadzi on politykę szaloną czy tylko niesuwerenną?

Duch polskiego szaleństwa – obecny m.in. w wielu polskich powstaniach i „złotej wolności” szlacheckiej – a także duch Targowicy widać także wyraźnie w działaniach dominującej do niedawna opcji politycznej, zepchniętej obecnie do opozycji, którą pozwoliłem sobie nazwać opcją kompradorską.

Ja nie pytam o racje moralne stron obecnego konfliktu politycznego w Polsce, tylko o ich realizm i liczenie się z dającymi się przewidzieć skutkami. Pytam dlaczego w polityce polskiej ciągle mamy do czynienia z brakiem odpowiedzialności, czasem graniczącym z szaleństwem. Czy dzieje się tak tylko z powodu uwikłania tej polityki w służbę niepolskim interesom? Myślę, że dzieje się tak też dlatego, ponieważ fałszywa historia jest wciąż w Polsce nauczycielką fałszywej polityki.

Bohdan Piętka


[1] Por. chociażby ostatnią publikację prof. Ryszarda Terleckiego (przewodniczącego Klubu Parlamentarnego PiS i wicemarszałka Sejmu) pt. „Polska w niewoli 1945-1989. Historia sowieckiej kolonii”, Kraków 2015.

[2] Nazwa pochodzi stąd, że kaplica została zbudowana na betonowych podporach, umieszczonych ponad potokiem Prądnik. Powodem takiego usytuowania kaplicy było zarządzenie cara Mikołaja II, będące formą kary za udział mieszkańców Ojcowa w powstaniu styczniowym, które zabraniało budowania obiektów sakralnych na ziemi ojcowskiej. W tej sytuacji mieszkańcy Ojcowa zbudowali w 1901 r. kaplicę „na wodzie”.

[3] J. Bartyzel, Powstańczy rachunek sumienia, www.konserwatyzm.pl, 22.01.2016.

[4] A. Bocheński, „Dzieje głupoty w Polsce. Pamflety dziejopisarskie”, Warszawa 1996, s. 356.

[5] Tamże, s. 354.

[6] Por. S. Kieniewicz, „Warszawa w powstaniu styczniowym”, Warszawa 1983; „Powstanie styczniowe”, Warszawa 1983.

[7] A. Ciołkosz, „Karol Marks a powstanie styczniowe”, www.lewicowo.pl (portal poświęcony tradycjom polskiej lewicy demokratycznej, patriotycznej i niekomunistycznej), dostęp 01.02.2016.

[8] J. Giertych, „Kulisy powstania styczniowego”, Kurytyba 1965 (reprint wyd. Capital), s. 50, 52.

[9] Warszawska misja ostrzegawcza Daniela Frieda. Były ambasador USA sprawdzi, co się dzieje w Polsce z rządami prawa, www.gazeta.pl, 21.01.2016.

[10] S. Michalkiewicz, Na niebezpiecznym zakręcie, www.michalkiewicz.pl, 21.01.2016; Sztrasburski pasztet w amerykańskim opakowaniu, www.michalkiewicz.pl, 24.01.2016; Daniel Fried przywraca „równowagę”?, www.michalkiewicz.pl, 29.01.2016; A. Wiejak, W Polsce realizowana jest pierwsza faza kolorowej rewolucji, www.prawy.pl, 27.01.2016.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Geopolityka a powstanie styczniowe”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *