Klasa średnia redivivus?

Ponad wszelką wątpliwość można stwierdzić, że w jednym red. Warzecha nie ma racji – tzn. że nawet to kulawe 500+ nie stanowi jakiejś istotnej zmiany w polityce państwa np. wobec rodzin. Jest to zmiana (choć zgadzam się, że kulawa i wymuszona własną niefrasobliwością w opozycyjnych obietnicach) sprowadzająca się bowiem do tego, że wreszcie jest jakiś konkret – a nie „wizje”, „programy” i ideologie. Rozumiem bowiem, że red. Warzecha solidaryzuje się, czy to z tymi, którzy mówią, że „500 zł niczego nie załatwi”, czy z tymi sądzącymi, że wręcz zaszkodzi. Dla tych, odrzucanych przez autora biedniaków, te pięć stów jest jednak wymierne, cokolwiek by się nie wydawało osobom zostawiającym tej wysokości rachunki w knajpach, czy też marzących o przyszłej szczęśliwości 100 procentowych odpisów podatkowych i tyleż samo wynoszącej kwoty wolnej od wszelkich danin publicznych. Jest to spostrzeżenie banalne, jednak niestety – zdaje się że wciąż trzeba jest powtarzać.

Ludzie i ich pieniądze

Wbrew też zdaniu doktrynerów doświadczenie uczy, że ludzie często o wiele rozsądniej i odpowiedzialniej gospodarują pieniędzmi, które od kogoś fizycznie dostali, niż tymi, które niezauważalnie dla siebie „zaoszczędzili” (znana reklama banku nie ma w tym punkcie zupełnie racji – zresztą ze zrozumiałych powodów). Również niezgodnie z dominującą od dawna propagandą – nie jest prawdą, że nawet te ubogie i trudno dostępne zasiłki, jakie przetrwały we współczesnej Polsce – są masowo przepijane. Spod Ośrodków Pomocy Rodzinie/Społecznej w dniu wypłaty „rodzinnego” nie rusza w stronę pobliskiego monopolowego tłum żądny jedynie zamiany go na alkohol. Nagłaśniane patologiczne przypadki świadczą jedynie, że są… wyjątkami, przeważnie spowodowanymi typowo polską nieudolnością systemu.

Żeby potwierdzić prawdziwość tej tezy – należy jechać nie na osławione już tereny po-PGR-owskie w Polsce, tylko w miejsca, do których jeżdżą Polacy, kierując się i poszukiwaniem pracy – I JEDNOCZEŚNIE możliwością uzyskania tam konkretnych świadczeń socjalnych, uzupełniających niskie zarobki i pozwalających na życie na poziomie dla większości całkowicie niedostępnym w kraju. Ja sam przyleciałem właśnie z kraju, w którym władza (tak miejscowa, socjaldemokratyczno-narodowa, jak i nawet deklaratywnie konserwatywno-liberalna w centrali) rozumie, że kwotą wolną od podatku nie zapłaci się ani czynszu, ani rachunku w sklepie – a benefitem na dziecko, wyrównawczym czy do mieszkania – już tak. I rachunek ekonomiczny jest prosty – redystrybuuje się dochody, bo to zachęca pracowników, ożywia miejscowy rynek, a w określonych przypadkach także niweluje lęk przed dzietnością. Ten sam, którym (jak zgadzam się) całkowicie demagogicznie i błędnie uzasadnia się i polskie 500+.

Problem polega bowiem na tym, że państwa dokonujące redystrybucję istnieją, a te, które się jej całkowicie wyrzekły – nie. Jej nadmierne ograniczenie, tak samo jak błędna realokacja – hamują rozwój, zamiast go wzmacniać, cokolwiek by na ten temat nie uważali zwolennicy gospodarki księżycowej (tzn. takiej, jaką opisał Robert E. Heinlein w biblii fantastów-libertarian). Innymi słowy nie ma żadnych powodów by uznać, że żaden program socjalny (niekoniecznie ten pojedynczy, niespójny wyskok PiS) nie ma „charakteru cywilizacyjnego”. Przeciwnie – właśnie cały pakiet takich programów stanowiłby w realiach polskich wręcz cywilizacyjny przełom!

Mieć i wydać

Co gorsza dla doktrynerów – również sama apoteozowana klasa średnia nie bardzo chce się zachowywać wg ich światłych instrukcji. Znam przypadek osoby dobrze sytuowanej, zarabiającej dwukrotność osławionej średniej krajowej (tej, o której marzy 80 proc. pracujących), która po sprzedaży jednego ze swych dwóch mieszkań (obu kupionych w kredycie) zamiast spłacić natychmiast swoje zadłużenie, uzyskując błogosławiony stan „Zero Długu” (tak zalecany wszystkim państwom, a nawet samorządom!), a przynajmniej zmniejszyć koszty obsługi do minimum – stwierdziła „a ja nie chcę, nie chcę dopiero jako staruszka być w pełni rozliczoną z bankiem! Bo co mi to da, satysfakcję?! Ja chcę TERAZ żyć!”. Tzn. też niekoniecznie wszystko od razu przepić – ale gdzieś pojechać, coś zobaczyć, zjeść coś ciekawego, wydawać na siebie, słowem robić to samo, co robią władze naruszając spokój umysłowy liberałów. Poniekąd zresztą w takich przypadkach mamy do czynienia ze sprzecznością w doktrynie – no bo niby z jednej strony jednostka z założenia wie lepiej co robić z kasą – ale z drugiej powinna robić z nią to, czego uczą jej światli nauczyciele!

Oczywiście, gdyby istniały kolonie księżycowe, których od początku nigdy nie zadłużyłby – mogłyby one działać w wiadomy sposób. Ba, znam nawet taki mały samorząd miejski, który faktycznie – nie miał długów, nie wpadł w konieczność ich spłacania, w związku z tym nadal utrzymuje równowagę budżetową, nie tracąc jednocześnie tempa rozwojowego, w tym inwestycyjnego. Gdyby jednak w przeszłości jakiś narwany burmistrz ponad miarę miasteczko to zadłużył – to nie miałoby sensu rzucać teraz wszystkich wysiłków na spłatę zobowiązań, zamiast obsługiwania ich, przy robieniu swojego. Nawet gdyby w końcu kosztem wyrzeczeń dług w końcu spłacono – to nie byłoby za to żadnej nagrody, no chyba, że taka, która spotkała Rumunię Ceaușescu, prowadzącą w latach 80-tych taką właśnie politykę. Fakt, że być może nawet większość w polskich realiach mają inne sytuacje, w których samorządy zadłużają się ponad miarę, możliwości i potrzeby – nie zmienia jednak samej zasady. Tym bardziej, że wprawdzie państwu ewentualną operację oddłużeniową przeprowadzić byłoby i tak łatwiej, nie mniej jednak nie w samym długu jest problem – tylko często w osobie wierzyciela, no i przeznaczeniu wydatkowanych pieniędzy.

Organiczność – oto wróg!

Klasa średnia była nudnym do wyrzygania mitem współzałożycielskim III RP. Każda powstająca w latach 90-tych partia chciała ją reprezentować (przeważnie dodając „rodzącą się klasę itd…”) – przy czym realnie udało się to bodaj jednej, czyli Samoobronie. Trzeba było odczekać ponad dwie dekady, by bajer ten chwycił ponownie. Bajer oparty na tej samej słabości ludzkiej wyobraźni, co przekonanie każdego marzącego o podróży w czasie do epoki faraonów – że to on będzie faraonem, a nie fellachem ciągnącym blok na piramidę. Klasa średnia a’la liberałowie jest więc super – dla tych, którzy marzą, by zostać jej częścią (nie zdając sobie zresztą sprawy z jej wewnętrznego zróżnicowania w państwach, w których naprawdę istnieje – marzenie dotyczy przecież upper, a nie lower middle class!). Marzący łatwo łykną wszystko, co im się podaje jako nierozłącznie związane z marzeniem. Gorzej z tymi, którzy naprawdę są w Polsce czymś w rodzaju tej mitycznej klasy. Im jednak wmawia się nawet bardziej niż nachalnie, że znajdują się w tym miejscu drabiny społecznej nie dzięki towarzyszącemu ich pracy ciągnięciu i przez „tych wyżej”, i „tych niżej”. Nie, oni też mają wierzyć, że są ewenementem ekonomicznym, któremu „ci niżej” chcą odebrać z trudem pożyczone z banku oszczędności albo podrożyć kredyty! (ciekawe, że sami jako pracownicy czy kontrahenci – przedstawiciele „białych kołnierzyków” przeistaczają się w równie roszczeniową bandę w stosunku korporacji i innych świadczących charytatywnie dobrodziejstwo pracy).

Organiczność całego systemu – podobnie jak kluczowa w nim, także redystrybucyjna rola państwa – okazuje się (pozornie wbrew logice) głównym wrogiem wszelkich takich doktryn, marzeń i wiar, przedkładanych temu biednemu, skołowanemu narodowi. W artykule red. Warzechy ciekawe nie jest więc odkrycie, że „Jarosław Kaczyński jest socjalistą” (bo nie jest – jest to polityk dla którego jedyna ideą jest on sam), ani że „Wiktor Orbán jest konserwatystą” (bo nie jest – to co najwyżej trochę sprytniejszy tzw. konserwatywny-liberał). Jak wiele innych – tekst mówi bodaj tylko o samym autorze i jego aż obraźliwej w swym fałszu recepcie na Polskę, polską politykę i gospodarkę.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *