Giedroyc, Możejki i droższa benzyna

W 2006 roku, a więc w czasach największej prosperity IV RP, podjęta została decyzja o zakupie przez rodzimy Orlen litewskiej rafinerii w Możejkach. Sprzedającym był rosyjski Jukos, posiadający ponad połowę akcji tej spółki. Po drodze płocki koncern skupił jeszcze akcje od rządu litewskiego, drobnych akcjonariuszy i ostatecznie stał się 100 proc. właścicielem Możejek. Jeśli dołożyć do tego przeprowadzone przez Orlen inwestycje w litewską spółkę zależną, to łącznie spółka-matka zainwestowała grubo ponad 12 mld złotych. W polityczno-ekonomiczną studnię bez dna.

 Po ośmiu latach od transakcji nie mającej nic wspólnego z chłodną kalkulacją ekonomiczną, a będącej jednym z wielu nieracjonalnych pomysłów piłsudczykowskich romantyków od Giedroycia, cierpliwość akcjonariuszy Orlenu dobiegła kresu. W środę 23 lipca akcje płockiego giganta spadły na warszawskiej giełdzie o 6 proc. Spółka podała bowiem w komunikacie, że w I kwartale tego roku poniosła skonsolidowaną stratę w wysokości 5 mld złotych. Orlen ograniczył do minimum (60 proc.) przerób i produkcję, restrukturyzuje litewską firmę. A tak na dobrą sprawę władze spółki pozbyłyby się pewnie za symboliczną złotówkę, czy euro tego „gorącego kartofla”. Tyle tylko, że litewskiego badziewia nikt nie chce kupić. Bo po co miałby brać firmę, do której ropa dostarczana jest tankowcami lub cysternami kolejowymi. W dodatku przewóz tych ostatnich jest bardzo drogi skutkiem narzucenia absurdalnych cen przez koleje litewskie. Tak oto, kosztem wyższych cen na stacjach Orlen w Polsce, rodzimi kierowcy ratują kondycję litewskiego przewoźnika.

Co gorsza fakt ten nie budził i nie budzi sprzeciwu żadnej ekipy zasiadającej w Alejach Ujazdowskich w Warszawie. Czy to z PiS, czy z PO. Co dowodzi, że w obu partiach mamy do czynienia z inflacją miłośników oderwanych od rzeczywistości intelektualnych wyziewów Giedroycia i jego tęczowych przyjaciół z Maison Laffitte. Zgodnie z ich założeniami my w roli środkowoeuropejskiej potęgi mieliśmy i mamy ciągle pchać się do łóżka władz w Wilnie czy  Kijowie z pieniędzmi i wielorakim wsparciem. Owa niestety jednostronna fraternizacja, miał być sposobem na uchronienie przed wielkorosyjskimi zapędami Moskwy w naszej części Europy. Bez oglądania się na koszty, a nade wszystko oczekiwania na jakiekolwiek zyski. Bo co ma Orlen z inwestycji w Możejki? Cytując klasyka „ch…, dupa i kamieni kupa”. Z dzisiejszej perspektywy wiemy już też, że z każdego litra tankowanego w Polsce paliwa, my kierowcy dokładamy od 2006 roku do politycznej transakcji, do której zmuszony został biorąc pod uwagę udział skarbu państwa, płocki koncern. Kilka groszy dla przyjaciół Litwinów.

Zapytajmy więc Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska, dwóch premierów za kadencji których „charytatywne” zaangażowanie Orlenu w Możejki miało miejsce, co dostaliśmy w zamian? Czy jakakolwiek z całej listy postulatów Polaków na Wileńszczyźnie, sprawa została pozytywnie dla nas załatwiona? Dwujęzyczne tablice zgodnie ze standardami UE w Solecznikach? Reprywatyzacja w Wilnie i okolicach? A może chociaż neutralne podejście władz w Wilnie do polskiego szkolnictwa na kresach północno-wschodnich? Nic z tych rzeczy. Co gorsza dla ratowania trupa w Możejkach Orlen podbije zapewne niebawem o kolejne kilka groszy ceny swoich produktów na stacjach benzynowych. Po przecież giedroyciowy sen o wskrzeszeniu jagiellońskiej Polski musi trwać. Tylko dlaczego kosztem nas – kierowców nad Wisłą?

Marcin Palade

Za: http://www.palade.pl/

/ame/

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *