Gnoić oszołoma. Opowiadanie

   Jestem byłym miejskim sekretarzem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Od 1989 roku przez dwa lata musiałem ukrywać swoje dotychczasowe osiągnięcia, a nawet bywały dni, że czułem się wyklęty spośród innych, którzy na tamte dni przejęli władzę. Najgorszy był taki oszołom, radny z listy Komitetu Obywatelskiego „Solidarność”. Ten głupek autentycznie przejął się ich wyborczymi sloganami o dekomunizacji i naprawdę wywalał naszych z ratusza. 

      Podpuszczali go okrutnie, a on myślał, że realizuje dziejową misję. Szybko zaktywizowaliśmy swoich, co to byli razem z nim w klubie i rozpoczęliśmy konsekwentne niszczenie człowieka; ośmieszanie, wykpiwanie, oskarżanie o wszystko wymyślone. Dziennikarze z naszych „Widoków” znaleźli świetną rozrywkę. W każdym tygodniu, bo był to tygodnik, umieszczali uszczypliwe uwagi na jego temat, tak iż w końcu wszyscy w mieście odbierali go jako oszołoma. Jego „przyjaciele” odwrócili się od niego, nawet publicznie wyrzekali się z nim znajomości, a on, prawdę mówiąc, nie rozumiał ich postawy. Z dnia na dzień zaciskaliśmy wokół niego kleszcze właściwej sprawiedliwości i jedynie słusznej interpretacji historii oraz naszych sukcesów w odbudowaniu Polski. Wkrótce ochłonęliśmy, ja zaś odzyskiwałem swoje dawne pozycje i po przyjęciu odpowiedniej rekompensaty z mienia państwowego, które prywatyzowaliśmy, doszedłem do wniosku, że ustrój ten ma również swoje dobre strony.

   Słusznie mówili mi w Komitecie Wojewódzkim, że „najważniejszą cechą członka partii jest czujność, gdyż wróg wciąż działa i albo nas zniszczy, albo my jego”. Mówili mi nawet, że dla tej czujności warto sobie wymyślić wroga, aby wciąż wyostrzać wzrok potrzebny w jego wyszukiwaniu i likwidowaniu. W pełni tę prawdę zrozumiałem w 1989 roku, kiedy wrogowie w całości odsłonili swoje oblicze. Na całe szczęście w „Solidarności” mieliśmy dużo naszych. Wiedzieli doskonale jak postępować, by nas zostawili w spokoju. Podstawowym ich hasłem było zawołanie, że „tylko w PZPR są wykształceni fachowcy, którzy poprowadzą miasto bez zgrzytów prawnych”, bo przecież właśnie my tylko mieliśmy szansę na naukę zarządzania i rządziliśmy. Solidarnościuchy natomiast to tylko demagodzy i fantaści, niekiedy idealiści, a wiadomo, że po takich to trzeba tylko naprawiać.

   Następnym mocnym argumentem było nasze odwoływanie się do moralności katolickiej. Ja pierwszy zacząłem zajmować ławki z przodu kościoła. Pobożnie przyjmowałem komunię, a trzeba było to nawet na klęczkach. Sami księża zaczęli mówić, że „tylko wybaczenie buduje prawdziwe pojednanie”, że „katolik nie szuka odwetu” i tego typu inne banały. Zawsze wypominaliśmy kretynowi brak miłosierdzia i wmawialiśmy mu, że nie jest dobrym chrześcijaninem, mieliśmy nawet w tej robocie swoich księży, którzy roztaczali nad nim  kuratelę. Źle się zaczęło wtedy, gdy ten sukinkot zerwał z klechami kontakty. Pozostali tylko nam ludzie z naszego kontrwywiadu, którzy zaczęli grać rolę jego przyjaciół. Księży atakowaliśmy niemal codziennie strasznymi historiami na temat tego oszołoma. Zaczęła krążyć opinia, że jest on alkoholikiem, że okrada swoją instytucję charytatywną, że bardzo dużo pieniędzy wpłacają mu wierni, że w związku z tym na tacach w kościołach jest już coraz mniej. Tym przeciągnęliśmy klechów na naszą stronę. Stali się  obojętni w stosunku do niego, a nawet zaczęli sami walkę o przejęcie ofiarodawców wpłacających na jego towarzystwo. Nawet dziewczyna z poczty przepisywała wpłaty na jego konto  na księżowską instytucję. Nic jej się nie stało, dostała tylko ustne upomnienie. Prawdę mówiąc powinna siedzieć, no ale jak my coś organizujemy, to skutecznie i do końca. 

    Gdy nasza dziewczyna ze wsi, która była sekretarzem gminnym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, została po 1989 roku na lodzie, załatwiłem jej kursy katechetyczne przy kurii biskupiej i dzisiaj uczy dzieci religii. Zarabia pieniądze i dla potrzeby chwili odsunęła ze swojego myślenia prawdę, że „religia to opium dla mas”. Przecież to nawet ja na odprawach mówiłem jej o rzeczywistości materialistycznej, która nie uznaje Boga, no ale jeżeli trzeba się z czegoś utrzymywać, to dlaczego nie skończyć kursów katechetycznych? Ksiądz zawsze przyjmował naszych, bo przecież my mamy pieniądze, my teraz zrobiliśmy się właścicielami fabryk, tak więc proboszcz doskonale wie, że tylko na nas może liczyć chcąc na przykład dać nową blachę na dach kościoła. Pieniędzy im zawsze brakuje.

   Nawiedzony podawał przykład tej katechetki jako wyraz nieuczciwości księży, czym już zupełnie pogrzebał się u nich i wcale nie musieliśmy się starać, aby określili go jako antyklerykała. Tak więc zrobiło się wokół niego pusto, został sam. Upewnialiśmy tylko tę jego samotność atakami działaczy z prawicy, naszych, których w odpowiednim czasie wysłaliśmy na tamtą stronę. Doszło do tego, że nawet biskup dostawał gęsiej skórki , gdy słyszał jego nazwisko. Teraz mogliśmy go niszczyć, ale zawsze w prawie, tak by się nas nie czepiali.

    Przeczekaliśmy tę niby prawicową władzę i odzyskaliśmy ratusz. Gawiedź wybrała naszych i wcale nie musieliśmy się specjalnie wysilać. Prawica jadła z naszej ręki, nie mieli żadnych szans, to tylko głupcy myśleli, że obalili komunę.

Zenon Dziedzic

a.me.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Gnoić oszołoma. Opowiadanie”

  1. Ten “oszołom” zaraz mi się skojarzył z Kazimierzem Świtoniem. Ego ma potwornie rozrośnięte, to fakt, ale idiotę z niego robili wspólnie sekretarze partyjni z biskupami – włączając obecnego metropolitę katowickiego. Co ciekawe, po latach zawsze okazywało się, że to on ma rację, a nie ci “rozsądni”. Komunizm, czy jak tam zwać dawny system, upadł. Potem krzyża on bronił przed żydami, a biskupi w trosce o “wrażliwość żydów” zgodzili się go usunąć. Dzisiaj ponosimy skutki tego kunktatorstwa. Dzisiaj widać, jakim to było straszliwym błędem o historycznych wymiarach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *