„Imperium” w krótkich spodenkach. Recenzja najnowszego numeru „Polityki Narodowej”

Właściwie powinienem się cieszyć – pomimo upadku wpływów politycznych myśl narodowa kwitnie – ukazują się pisma, wrze na portalach internetowych. Sęk w tym, że czytając te pisma i śledząc dyskusje na portalach, od paru ładnych lat nie odnajduję tam myśli narodowej, takiej, jakiej nauczyli mnie seniorzy, ci w kraju, i ci zagranicą, i jaką poznałem przez ponad 30 lat studiów nad nią.  Nie odnajduję jej zarówno kiedy pisze się tam o historii, jak i tym bardziej o współczesności.

Tytuł zobowiązujący – „Polityka Narodowa”. Właśnie ukazał się numer 11. Na okładce krzyczy tytuł: „Od morza do morza”. Stare, wyświechtane i skompromitowane hasło piłsudczyków i prometeistów, lansowane w latach 80. i 90. przez tzw. obóz niepodległościowy, potem przez jakiś czas zniknęło z firmamentu, wraz z upadkiem KPN-u. I oto teraz, po latach – odgrzewają ten zjełczały kotlet „narodowcy”. Wgłębiając się w lekturę bieżącego numeru „Polityki Narodowej” przecierałem oczy ze zdumienia – jakbym czytał pożółkłe strony bibuły z lat 80. – fantasmagorie jakiś obozów ABC, KPN-owskich paszkwili na „orientację rosyjską” endecji, różnych Targalskich i innych „geniuszy” myśli. Teraz czytam to w periodyku „narodowym”, bo tamte odeszły już w siną dal. Lepszy oryginał niż kopia – mówi powiedzenie. Tak, wtedy linie podziału były jasno określone – w środowisku narodowym tamte koncepcje były odbierane jako niebezpieczna dywersja i dalszy ciąg „dziejów głupoty w Polsce”. Teraz mamy to wewnątrz, w środku środowisk określających jako nawiązujące do myśli Romana Dmowskiego. Trudno o większy dowód na upadek. Gdyby kapeenowcy wznowili swoje stare tytuły i tłukli nadal swoje teksty – nich tam. Ale nie – teraz głoszą swoje chore pomysły wewnątrz środowisk narodowych (czy uznających się za narodowe).

Ludzie ci mają jednak pewien problem – jak wmówić młodzieży, że ich koncepcje to czysta „idea narodowa”? I tu znaleźli gorliwych wykonawców – czy jak kto woli „pożytecznych idiotów”. Oni udowodnią, że Dmowski był politycznym rusofobem, chciał budować Międzymorze i na pewno pobłogosławiłby „żołnierzy wyklętych”. Przesada? No to niech każdy niedowiarek poczyta sobie główne teksty  w najnowszej „Polityce Narodowej”. Już w otwierającym tekście pt. „Międzymorze – wczoraj i jutro” znajdziemy takie kwiatki – „środowiska talmudycznie podchodzące do dziedzictwa ruchu narodowego” to takie, które mają „bezkrytyczne podejście do Rosji” i szukają „zbieżności interesów z tym krajem za wszelką cenę”. Talmud pojawia się dosyć często jako argument mający zdeprecjonować tzw. opcję rosyjską endecji. To rzeczywiście bardzo ważki argument. Ale wracając do meritum – dla „międzymorskich narodowców”, zwolenników sojuszu ze spadkobiercami Stepana Bandery – polityka narodowa polega na czymś innym – na szukaniu za wszelką cenę rozbieżności interesów z Rosją. I, trzeba przyznać, są w tym dziele bardzo „twórczy”.

Autor głównego tekstu serwuje nam informację, że Joachim Bartoszewicz, działacz ND z Kijowa, miał na wieść o utworzeniu Ukraińskiej Republiki Ludowej krzyknąć: „Niech żyje wolna Ukraina”. Ja skądinąd wiem, że w Paryżu, podczas konferencji pokojowej, mówił Dmowskiemu coś zupełnie innego. Ale niech tam, autor stara się wytworzyć odpowiednie wrażenie na czytelniku, żeby lansować ze spokojnym sumieniem swoją koncepcję – blok polsko-ukraiński jak trzon Bloku Środkowo-Europejskiego, czy szerzej Imperium na miarę tego z XVI-XVII wieku. Cholera – już to kiedyś czytałem, już to kiedyś słyszałem. Ale dla tego pana, jeśli my mówimy o konieczności historycznej ułożenia stosunków z Rosją, czy nawet o zwykłym realizmie, to jest „talmudyzm” lub „anachronizm”, a stary mesjanistyczny kotlet to jest świeża myśl na miarę epoki. Dla tego pana fakt, że Dmowski odrzucał całkowicie poparcie dążeń ukraińskich, to wynik jedynie tego, że Ukraińcy nie byli jeszcze zdolni do utworzenia swojego państwa, bo jak by byli – to rzuciłby się im w ramiona.

Autorzy tekstów często popadają w sprzeczności – raz Rosja jest dla nich wielkim zagrożeniem, neoimperialnym monstrum, a drugi raz upadającym państwem, zżeranym przez AIDS i pijaństwo. Raz trąbią o wielkim zagrożeniu, drugi raz piszą, że Rosja „z roku na rok słabnie”. Wszystko zależy od tego, jaki się chce uzyskać efekt. Generalnie Ukraińcy zachodni bardzo nas lubią i widzą w nas sojusznika w walce z Moskwą. Nic tylko wyciągać ramiona. Co tam spuścizna UPA – przecież NKWD zamordowała więcej ludzi. To, że w Rosji nikt nie gloryfikuje NKWD i nie stawia pomników Berii, a na Ukrainie roi się od obelisków największych zbrodniarzy – nie ma znaczenia, wszak mamy wspólnego wroga.

Prawdziwym „hitem” jest wywiad z dawnym działaczem KPN – Tomaszem Szczepańskim. Ten skądinąd sympatyczny gość, którego znam od wielu lat – jest niepoprawnym doktrynerem i rusofobem na cztery fajerki. Starając się „zrównoważyć” zbrodnie UPA, trochę je zrelatywizować, mówi tak oto: 

„Odnośnie kultu UPA – jest on całkowicie zrozumiały (…) Problem z UPA polega także na tym, że w gruncie rzeczy to ona repre­zentowała podczas II wojny naród ukraiński. Bo chociaż znacznie więcej Ukraińców walczyło w szeregach Armii Czerwonej, to przecież po pierw­sze byli tam z przymusowego poboru, a po drugie walczyli o cele Impe­rium Sowieckiego, sprzeczne z ich interesami narodowymi”.

 

Tak więc, idąc tokiem tego rozumowania – to naród ukraiński jest odpowiedzialny za ludobójstwo na Wołyniu i Podolu, bo UPA była jego  emanacją. To oczywisty absurd i skandaliczne stawianie sprawy – OUN jest odpowiedzialna za to, co się stało na Kresach, nie naród ukraiński. OUN nie reprezentował tego narodu, tylko siebie i swoją ludobójczą i antypolską ideologię, terrorem i mordem wymuszając posłuszeństwo. Ale rozmówca idzie jeszcze dalej:

 

„Nawiasem – ci nasi publicyści tak stawiający sprawę, że kult UPA unie­możliwia współpracę, są na ogół zwolennikami oparcia Polski o Moskwę. A przecież Armia Czerwona także dopuszczała się zbrodni wojennych (na cywilach np. Niemcach na masową skalę), a w systemie odznaczeń ZSRR poczesne miejsce zajmuje Order Suworowa, który też był zbrodniarzem wojennym. A dla Rosjan tradycja ZSRR jest ich własną, zresztą Federacja Rosyjska przejęła ją oficjalnie. Jeśli więc „Myśl Polska” nad orderem dla Bandery zgrzyta, ale Order Suworowa jej nie przeszkadza, to jest to nic innego jak moskalofilska hipokryzja, charakterystyczna dla tej redakcji”.

 

Mocne? Nie bardzo – kto tu jest hipokrytą? I w ogóle skąd Szczepański wziął ten przykład – o ile się nie mylę, to „Myśl Polska” nigdy Orderem Suworowa się nie zajmowała. Ale gdyby nawet – to tak, mniej nas razi Order Suworowa niż Order Bandery. Bo Order Suworowa był za zasługi bojowe w walce z Niemcami, a Suworow był tu jedynie symbolem triumfów wojennych, a nie rzezi Pragi. Pomijam wtręt o zbrodniach Armii Czerwonej na biednej ludności niemieckiej – to raczej żenujący argument, i kompromitujący. To samo piszą niektórzy Niemcy o Polakach i polskim wojsku w tym czasie. A co do „moskalofilskiej hipokryzji”, cóż, jeśli nasz stosunek do Rosji, wypływający z testamentu Romana Dmowskiego i działaczy głównego nurtu Narodowej Demokracji, a także z realnej oceny geopolitycznej sytuacji Polski – jest „moskalofilską hipokryzją”, to tak, jesteśmy hipokrytami.  To i tak lepsze niż hipokryzja banderowska.

A jak w takim razie nazwać pełne pogardy i ordynarnej ksenofobii poglądy Szczepańskiego na Rosję? Jak nazwać neopogańską i antychrześcijańską ocenę Aktu Pojednania między Cerkwią a Kościołem. Wedle myśliciela produkującego się na łamach „Polityki Narodowej” ten historyczny akt, wspierany z całych sił przez Stolicę Apostolską, jest „całkiem ni pricziom”. A ja uważam, że prezentowanie w piśmie odwołującym się do myśli narodowej poglądów tego typu, to jest dopiero „ni pricziom”. 

Ale cóż się dziwić, inni autorzy zupełnie poważnie wskazują na „strategicznych sojuszników” dla Wielkiego Bloku Środkowej Europy. Ponieważ werbalnie odrzucają Amerykę (choć są to koncepcje lansowane przez ośrodek neokonserwatywny) – podsuwają nam muzułmańską Turcję i Iran! Zaiste, znakomita koncepcja – pewnie politycy w tych krajach mieliby niezły ubaw. Iran, na ten przykład, to sojusznik Rosji, więc od biedy to my, „rusofile”, moglibyśmy go uznać szybciej niż „międzymorzanie”. Sam Szczepański widzi nieco innych – Indie i Chiny. Oba państwa, przypominam, są także sojusznikami Rosji.

Z kolei inny z autorów, zwolennik ideologii „żołnierzy wyklętych” i pogromca „komuny” (przed komputerem) uważa, że głoszenie obecnie haseł panslawistycznych pachnie „rasizmem”. My akurat nie głosimy panslawizmu, ale co to ma wspólnego z „rasizmem”? To zresztą kolejna niekonsekwencja autorów koncepcji sojuszu pod hasłem „Wszyscy przeciwko Rosji”. W innym tekście, inny autor przekonuje, że tylko „nacjonalizmy etniczne” go interesują, także w Rosji. Z kolei z wywiadu z działaczem jednej z serbskich partii narodowych dowiadujemy się, że potrzebna jest „prawosławno-narodowa rewolucja”. No więc jak to, prawosławie to filar „imperializmu rosyjskiego”, czy jednak coś słusznego?

Do tych wszystkich kwestii, poruszonych w publicystyce „Polityki Narodowej”, odnosił się nie będę, bo już nie raz pisałem o tym, wyjaśniając moje prawdziwe stanowisko i poglądy (np. w tekście „Młodzieńcze uproszczenia” [w:] „Wirus rusofobii”, Warszawa 2010, ss. 127-131). Tymczasem „międzymorzanie” z uporem maniaka powtarzają swoje urojone oceny i  sądy. Próbują w ten sposób udowodnić, raczej sobie niż innym, że są „prawdziwymi” spadkobiercami dziedzictwa Narodowej Demokracji, choć tak nie jest. Są jedynie nieudolnymi i żałosnymi kontynuatorami pewnego odłamu narodowo-radykalnego, który nie był nigdy głównym nurtem tego obozu i którego przedstawiciele szybko zweryfikowali swoje młodzieńcze poglądy. Powielanie tego typu poglądów, będących raczej wleczeniem się w taborach obozu Jerzego Giedroycia („Gazeta Wyborcza”), „Gazety Polskiej”, czy PiS-u w wydaniu hard – jest żenujące i smutne jednocześnie. Tym bardziej, jeśli odbywa się to przy akompaniamencie obelg rzucanych na ośrodek skupiony wokół „Myśli Polskiej” wskazujący na fałsz i kuriozalność głoszonych przez tych „narodowców” koncepcji. Tylko po jakiego licha głosić to pod szyldem narodowym? Nie lepiej zmienić tytuł pisma na „Myśl Mocarstwowa” albo „Międzynarodówka Nacjonalistyczna” i wszystko będzie w porządku – historycznie i politycznie.

Jan Engelgard

„Polityka Narodowa” , nr 11, zima 2012, ss. 298.

Najnowszy nr „Polityki Narodowej” można kupić m.in. na portalu aukcyjnym allegro.pl: http://allegro.pl/show_item.php?item=2883711689

aw

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “„Imperium” w krótkich spodenkach. Recenzja najnowszego numeru „Polityki Narodowej””

  1. „…raz Rosja jest dla nich wielkim zagrożeniem, neoimperialnym monstrum, a drugi raz upadającym państwem, zżeranym przez AIDS i pijaństwo. Raz trąbią o wielkim zagrożeniu, drugi raz piszą, że Rosja „z roku na rok słabnie”. Wszystko zależy od tego, jaki się chce uzyskać efekt. …” – nic dodać, nic ująć, klasyczny sposób argumentacji PiSu i innej żydomasonerii…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.