In vitro veritas

Realizowany obecnie program ograniczonego dofinansowania przez państwo zabiegów in vitro miał w deklarowanych założeniach ukrócić panującą dotąd, zwłaszcza finansową wolną amerykankę i kreatywną sprawozdawczość prowadzoną przez ośrodki zajmujące się przygotowaniem i przeprowadzaniem zabiegów. Pomijano przy tym aspekt zasadniczy – że wprowadzanie regulacji „technicznych” bez zdefiniowania podstawowych pojęć i określenia zakresu realizowanych procedur, w tym ich prawnej dopuszczalności w ramach istniejącego systemu, jest tylko potęgowaniem chaosu i dalszym poszerzaniem szarej strefy.

Że w Polsce w sferze in vitro mamy trzeci świat – nie jest tajemnicą i wiedzą o tym wszyscy, którzy kiedykolwiek otarli się o te procedury. Spora ich część nawet bez regulacji rządowej odbywała się (i odbywa) w publicznych placówkach, zaś badania, pobieranie komórek itp. odbywają się pod pretekstem standardowych zabiegów ginekologicznych. Nie inaczej działa też podziemie (?) aborcyjne, które jeszcze na swą odpowiednio przeksięgowaną działalność otrzymuje jeszcze środki pochodzące z ubezpieczeń zdrowotnych!

Znane są też inne patologie, czy w każdym razie niedogodności obecnego stanu. Poza systemem dofinansowania – ceny procedur kształtowane są uznaniowo, płatności wyciągane od spragnionego potomstwa rodziców etapami, na zasadzie „zapłaciliście już tyle – doszliście tak daleko – więc chyba nie przerwiecie? No to jeszcze 2 tysiące…!”. Pieniądze wyciągane są też za przechowywanie zarodków (często bez żadnego medycznego uzasadnienia, niekiedy wręcz… martwych). Dalej – równie powszechny jest handel zarodkami, przy czym zakrzyczany za wspomnienie o „eksporcie” do Niemiec zarodków z Polski Jarosław Gowin dotknął tylko części problemu – bowiem również Polska jest odbiorcą tego ludzkiego surowca, głównie z Ukrainy i innych krajów post-sowieckich. Wszystko to są zjawiska niestety dobrze rozpoznane i nie raz podnoszone choćby w toku kampanii „Contra In Vitro” i w ramach innych inicjatyw obywatelskich.

Wdrożenie programu rządowego ma jednak jeszcze jedno następstwo – poza faktem, że w żaden sposób nie ukróca on wymienionych wyżej nadużyć. Otóż oprócz wpompowania 250 mln zł w 26 ośrodków (które i tak w związku z różnymi kosztami nieobjętymi – ich zdaniem – programem nadal pobierają sięgające kilku tysięcy złotych opłaty od zainteresowanych) – program stanowić ma podstawę dla wielkiej bazy danych na temat zdrowia, stanu rodzinnego, a poniekąd też seksualności Polaków. Do rejestru monitorującego „leczenie” wpisana zostaje każda para deklarująca udział w programie – nie zaś wyłącznie te ostatecznie zakwalifikowane. Służyć to ma… statystyce i lepszemu rozpoznaniu potrzeb – deklaruje resort zdrowia. W Rejestrze Medycznie Wspomaganej Prokreacji znajdą się tak dane standardowe, jak PESEL, płeć, data urodzenia, data zgłoszenia, data kwalifikacji, ale także takie informacje jak przyczyna niepłodności u pacjentów, liczba i rodzaj wykonanych w ramach programu badań, liczba i jakość pobranych gamet, rodzaj i sposób przeprowadzenia oraz przebieg procedur medycznych, dane o zarodkach oraz o powikłaniach w trakcie leczenia. Pacjenci będą zobowiązani do przekazywania właściwej klinice informacji o liczbie ciąż, ich przebiegu, datach narodzin dzieci, ich płci i stanie zdrowia. Ta mapa rozpłodności, niezależnie od deklarowanych intencji twórców – stanowić może oczywistą planszę do rozgrywania na terytorium Polski prawdziwego meczu eugenicznego. Zebrane w jednym miejscu tego typu specjalistyczne informacje to nie tylko raj dla korupcji w tej wciąż w pełni nieuregulowanej ustawowo branży medycznej, ale także potencjalnie niebezpieczny instrument dla poważniejszego typu manipulacji na w pełnym tego słowa znaczeniu żywej tkance narodu.

A wszystko to wprowadzono aktem niskiego rzędu, jak ot, kolejny program zdrowotny. Niestety, w ten sposób mści się bierność organów kontroli i nadzoru, które pod presją rozbuchanej propagandy pro-zapłodnieniowej nie reagowały na dziwaczne uroszczenia polityków samorządowych do „dokładania się” do in vitro, choć praktyka ta urąga wszelkim zasadom polityki zdrowotnej, finansów publicznych i wykracza poza zakres kompetencji gmin. Po tym teście za wydawanie pieniędzy – i pozyskiwanie informacji, czyli za dwa swe ulubione zajęcia wzięło się państwo. Podjęte działania zbędnie tylko rozgrzebują stare problemy par marzących o dziecku – szkody jednak mogą wyrządzić jak najbardziej trwałe i realne. Jak niemal zawsze, gdy politycy i państwo zabierają się na tym poziomie za „pomaganie ludziom”.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *