Klucz w ręku Alijewa

Już kilka miesięcy temu ruchy wojsk po obu stronach granicy wywołały obawy o eskalację konfliktu, a wzajemne wymiany ognia wydawały się przybliżać nową wojnę ormiańsko-azerską. Inaczej niż 22 lata temu, dziś byłaby to już jawnie wojna między atlantyckim, a eurazjatyckim blokiem geopolitycznym. Na szczęście sprawę wziął w swoje ręce Władymir Putin, ale to nie on, ale Ilham Alijew ma w ręku klucz do rozstrzygnięcia konfliktu i być może ustalenia nowego ładu na Zakaukaziu.

Na razie jednak sytuacja wciąż jest napięta. Atak sił azerskich w nocy z 31 lipca na 1 sierpnia. Ormianie odpowiedzieli skutecznie, choć wyrównane siły obu stron (o ile rzecz jasna po stronie Karabachu policzymy potencjał całego Hajastanu) wydają się uniemożliwiać militarnie rozstrzygnięcie bez pomocy z zewnątrz. Do zachowania spokoju wezwały zarówno dyplomacje rosyjska, jak i amerykańska, a obserwatorzy zwrócili uwagę na pozorną sprzeczność. Z jednej strony bez wątpienia stroną agresywną pozostaje Baku (tłumaczenia, że chodzi o „przywrócenie stanu prawnego” może złożyć między te same nieistotne geopolitycznie bajki, co wyjaśnienia Saakashvilego, że nie on najechał Osetię Południową, bo przecież jest ona gruzińska). Z drugiej – to przecież klan Alijewów ma najwięcej do stracenia w przypadku otwartej wojny. Azerowie – i ich główny inwestycyjny partner, British Petroleum rzucaliby na szalę ewentualne zamrożenie rozwoju dotychczasowych przedsięwzięć wydobywczych i tranzytowych. No tak, ale sęk w tym – dodają inni, że Baku już zarzuciło część projektów utopijnych i motywowanych politycznie (na czele z NABUCCO), na rzecz racjonalniejszych ekonomicznie (jak SZACH-DENIZ). Może więc i obecne działania prezydenta Azerbejdżanu nie są zwykłym awanturnictwem, tylko służą intensyfikacji – a może dywersyfikacji zysków? Na tych wszak klan Alijewów zna się wszak szczególnie dobrze.

Obie strony od tygodnia stroszą piórka. Baku podkreśliło możliwość „starcia Erewania z powierzchni ziemi”. Ormianie nie zaprzeczyli wprost sugerowanym im przez Azerów zapędom do dokonania dywersji na zaporze i elektrowni mingeczaurskiej. W walkach zginęło co najmniej 15 Azerów i 6 mieszkańców Karabachu. Teoretycznie nie wydarzyło się jeszcze nic, co mogłoby przekreślić pokojowe rozwiązanie konfliktu. A mimo to sytuację uznano na tyle poważną, by przywódcy Armenii i Azerbejdżanu zdecydowali się szukać pośrednictwa prezydenta Federacji Rosji – a następnie zasiedli wraz z nim do trójstronnego stołu rozmów. Tylko czy rzeczywiście zostali zmuszeni, czy też odegrali swoje role?

Warto sięgnąć do zarysu amerykańskich propozycji pokojowych, w istocie budowanych od 15 lat w odniesieniu do Karabachu (m.in. przez pechowego -?- kandydata na prezydenta USA, Ala Gore’a). Powtarzane ostatnio obejmują międzynarodowego uznanie niepodległości Górskiego Karabachu (wraz z Laçın). Rozstrzygnąć miałoby referendum (którego wynik obie strony z góry zgodziłyby się uznać za wiążący, zaś dla jego przeprowadzenia Ormianie opuściliby sześć uznawanych za okupowane terytoriów Azerbejdżanu, a rozgraniczenie przeprowadziłyby międzynarodowe siły pokojowe. Co ciekawe, tym razem plan – który w sposób oczywisty musiałby doprowadzić do legalizacji oddzielenia Karabachu od Azerbejdżanu nie został z góry odrzucony przez Baku, a rozmowy trwały. Tyle, że niemal zaraz potem zaczęły się walki, a prezydent Alijew zdecydował się pojechać do Soczi na rozmowy z Serżem Sarkisjanem i Władymirem Putinem.

Spotkania 9-10 sierpnia skwitowano mocno rutynowymi komunikatami. Rosja podkreśliła strategiczne znaczenie swych stosunków z Armenią, Azerbejdżan lekko zdezawuował wysiłki Grupy Mińskiej OBWE, za to zaznaczył, że liczy na udział Federacji w rozwiązaniu konfliktu itd. Czy oznacza to po prostu próbę wciągnięcia Moskwy w kolejną konfrontację, już faktycznie zbrojną – czy też uznanie, że wobec dominującej roli na obszarze post-sowieckim – Kreml jest w stanie doprowadzić do kompromisu bardziej obopólnie korzystnego, niż projekt waszyngtoński?

Obserwatorzy zachodni rzecz jasna już zdążyli załamać ręce nad prowokatorską rolą Putina i jego rzekomym dążeniem do destabilizacji na własnym dalekim pograniczu. Rosyjski przywódcy byłby więc jedynym władcą w dziejach, który uważa, że bliska wojna jest czymś z założenia korzystnym. Oczywiście czym innym jest wojna i ograniczony chaos u granic geopolitycznego przeciwnika…

Czy więc groźba nowej wojny w Karabachu to kolejna odsłona powstania w Noworosji, testowanie wojny rozproszonej, angażowanie sił rosyjskich tak, aby ostatecznie dały one pretekst do pełnowymiarowej interwencji Zachodu? Ten motyw okaże się prawdziwy, jeśli działania zbrojne rozgorzeją na dobre, a zwłaszcza, jeśli bezpośrednio zostanie wciągnięta w nie Armenia. Jeśli jednak przez jakiś czas utrzymywać się będzie tylko napięcie, a ostatecznie przyjęta zostania jakaś „mapa drogowa” (by posłużyć się tą niechlujną kalką językową) prowadząca do rozstrzygnięć pokojowych – wówczas stanie się jasne, że mieliśmy tylko do czynienia z grą Alijewa, jego kolejnym krokiem w stronę podkreślenia niezależności Azerbejdżanu tak od Wschodu, jak i Zachodu. O ile polityka energetyczna Baku oparta jest na kooperacji (ale nie pełnym uzależnieniu od Waszyngtonu i Europy), o tyle ostatni wist ma pokazać, że Alijew nie chce podyktowania sobie rozwiązania problemu karabachskiego przez administrację Obamy.

Przywódcy postsowieccy lawirujący między Moskwą a Zachodem radzili sobie dotąd różnie. Aleksander Łukaszenko trwa i nic mu chyba w realnej perspektywie nie zagrozi. Wiktor Janukowycz odszedł w niesławie. Podobnie – Kurmanbek Bakijew. Z drugiej strony perspektywy sukcesji władzy tak jednoznacznie prozachodnich władców, jak Islam Karimow (podobnie jak i przyszłość ich państw) – przedstawia się mocno niejasno, z tendencją ku zmianie. Alijew, podobnie jak Baćka liczy na stworzenie własnej jakości, choć liczne więzi zależności jego klanu, jak i całej gospodarki azebejdżańskiej od międzynarodowych partnerów czynią ową niezależność projektem mocno na wyrost.

Zobaczymy więc – „prawdziwa” wojna oznaczać będzie ustrzelenie przez Zachód dwóch wróbli: rosyjskiego i azerskiego. Prawdziwy pokój w Karabachu – będzie sukcesem i Moskwy, i Erewania, i Stepanakertu, ale w obecnej sytuacji: przede wszystkim Baku.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *