Krupa: Ryana wizja polityki zagranicznej

 Ryan, znany jako „fiskalny jastrząb”, którego propozycje budżetowe odzwierciedlają w znacznej mierze oczekiwania rzeczników wolnego rynku, niskich podatków i deregulacji, jest również zdecydowanym przeciwnikiem aborcji i zwolennikiem tradycyjnej definicji małżeństwa. Młody kongresmen z Wisconsin jest również praktykującym i gorliwym katolikiem. Można by rzec, konserwatysta „par excellence”. I choć wielu analityków, komentatorów i publicystów, reprezentujących nurt libertariański, zarzuca Ryanowi, że jego plan poważnych cięć w federalnym budżecie nie idzie wystarczająco daleko, chociażby dlatego, że target zrównoważonego budżetu ma być osiągnięty dopiero za 30 lat, generalna reakcja na jego nominację wyraźnie wzmocniła kampanię Romneya.

Jednak, poza jego rolą czołowego specjalisty od republikańskiego planu ograniczenia wydatków federalnych, deficytu i zadłużenia, Ryan też eksponuje program polityki zagranicznej, który paradoksalnie, jak napisał publicysta „American Prospect”, Matthew Yglesias , „pokrywa się mniej lub więcej z liberalną internacjonalistyczą wizją” leżącą u podstaw polityki zagranicznej administracji Obamy. To spostrzeżenie, szokujące zapewne dla wielu konserwatystów, świadczy o braku zasadniczych różnić pomiędzy wizją międzynarodową Romneya i Obamy, pomimo usilnych starań tego pierwszego aby ukazać prezydenta jako „słabego” przywódcę. Warto bliżej przyjrzeć się poglądom na politykę zagraniczną Paula Ryana i rozstrzygnąć na ile i czy w ogóle mamy do czynienia z programem, który wnosi coś nowego i istotnego do debaty nt. amerykańskiego zaangażowania w świecie, a na ile jest to program typowo ideologiczny.

Credo Ryana

W czerwcu 2011 r., podczas przemówienia dla Alexander Hamilton Society, Ryan dał się poznać jako gorący zwolennik lansowanej zarówno przez neokonserwatystów jak i „liberalnych jastrzębii” koncepcji „amerykańskiej wyjątkowości” jako podstawowego kryterium skuteczności polityki zagranicznej Waszyngtonu. Jak stwierdził, „Ameryka jest największą siłą ludzkiej wolności jaką świat kiedykolwiek widział”. 

Koncepcja „amerykańskiej wyjątkowości” zakłada, że Ameryka jest jedynym „uniwersalnym” narodem na świecie, gdyż jej tożsamość nie jest determinowana, jak w przypadku innych narodów, przez wspólny język, wiarę, historię, kulturę czy ziemię, lecz nade wszystko przez „ideologiczną propozycję”. Na tą propozycję składają się: wolność osobista, demokracja, pluralizm, równość wobec prawa, prawo dążenia do osobistego szczęścia. Posiadając owe „naturalne” i „uniwersalne” predyspozycje, Ameryka posiada „boski” mandat bycia rzecznikiem liberalnych i oświecenionych zasad na całym globie, spełniając swoją dziejową misję„niezbędnego narodu”, „dobroczynnego globalnego hegemona”, „nadziei całej ludzkości”. W przemówieniu dla Rady ds. Polityki Zagranicznej (Council on Foreign Relations) z 2009 r. wymieniając „Dane przez Boga prawa naturalne, równości, wolności, możliwości rozwoju i suwerenności ludu”, Ryan stwierdził, że „promocja tych zasad w innych narodach leży zawsze w interesie Stanów Zjednoczonych”. Ta specyficzna „teologia polityczna” , łącząca w sobie elementy swoistego mesjanizmu i pierwiastków filozofii społecznej kontynentalnego purytanizmu, leży u podstaw wizji polityki zagranicznej Ryana, jak również, co ciągle podkreśla on sam, Mitta Romney’a. 

Ryan uważa, że „świat bez amerykańskiego przywództwa będzie bardziej chaotycznym miejscem”. Ameryka musi być stale zaangażowana w międzynarodowe sprawy i ciągle przewodzić światowym demokracjom w rywalizacji z międzynarodowymi konkurentami, których rozwiązania ustrojowe nie są modelowane na ustroju liberalnej demokracji i które z tego tytułu mogą stanowić potencjalne zagrożenie dla amerykańskich interesów. Wg. tej koncepcji, Ameryka ma globalne interesy, gdyż sprawa szerzenia demokracji i wolności ma wymiar ogólnoświatowy. Nasuwa się w tym miejscu logiczne pytanie, stawiane ostatnio często przez licznych poza-establishmentowych ekspertów ds. polityki zagranicznej ( m.in dr Doug Bandow, prof. Stephen M. Walt, prof. Andrew Bacevich) czy w kontekście Wielkiej Recesji, poważnej erozji amerykańskiego autorytetu na świecie i po dekadzie nieudanych prób implementacji liberalnych rządów, kierujących się imperatywem „prawo-człowieczym” w Iraku i Afganistanie, nie należałoby raczej dokonać roztropnej rewizji wszystkich dotychczasowych amerykańskich zobowiązań międzynarodowych oraz merytorycznie podważyć zasadnośc interwencjonistycznej polityki zagranicznej, w ramach której coraz trudniej dostrzec sensowną realizacje jakichkolwiek istotnych amerykańskich interesów? Są to fundamentalne pytania o czynnikach stojących za realizowaną polityką zagraniczną Waszyngtonu. Czy amerykańska obecność w świecie ma służyć jako zbrojnę ramię abstrakcyjnych pojęć oświeceniowego liberalizmu, czy raczej kierować się postulatami klasycznej dyplomacji i interesownej „grand strategy”, gdzie wrogów i sojuszników określa się nie na podstawie ich wewnętrznych rozwiązań ustrojowych, historycznych sympatii bądż animozji? Ryan odpowiada negatywnie, zauważając jednocześnie, że problemy gospodarcze muszą być szybko pokonane, tak aby Ameryka mogła utrzymać swoją pozycję jedynego globalnego supermocarstwa. W nieobecności amerykańskiego unilateralizmu, Ryan widzi możliwość wypełnienia próżni przez Rosję i Chiny, których cele polityczne nie są rozpatrywane przez niego w kategoriach zwykłej gry geopolitycznej dużych państw narodowych, szukających optymalnego zabezpieczenia partykularnych interesów, ale w kategoriach etycznych, gdzie brak demokratycznego ustroju zakłada automatycznie brak moralnej legitymizacji poczynań na arenie międzynarodowej. Jest to wyraźne echo doktryny neokonserwatyzmu, będącej wyznacznikiem wszystkich najważniejszych posunięć polityki zagranicznej George W. Busha, wynikłych w następstwie ataków terrorystycznych z 11 września 2001 r. Ryan zdaje się na zauważać, że jednym z powodów kolosalnego zadłużenia Ameryki są właśnie jej posunięcia na arenie międzynarodowej, których zasadność jest przez niego broniona, a które wymagają ogromnych nakładów, vide: wojny w Iraku i Afganistanie czy też istnienie ponad 700 amerykańskich baz i instalacji wojskowych na całym globie. Jak pisze jeden z publicystów paleokonserwatywnego „The American Conservative”, Daniel Larison: „Poglądy Ryana są poglądami konwencjonalnymi, takimi, których można się spodziewać po każdym republikańskim kongresmenie, który służył w Kongresie podczas dwóch kadencji George W. Busha. Jak większość jego kolegów Republikanów z Kongresu, głosował za wojną w Iraku, poparł w 2007 r. wysłanie dodatkowych wojsk i utrzymywał swoje poparcie dla wojny do samego końca. Nie wykazuje chęci odcięcia się od swojej partii w sprawach polityki zagranicznej. Wygląda na to, że nie ma żadnych wątpliwości co do słuszności poczynań Busha w Iraku i w innych miejscach. Pomimo swojej świeżej reputacji jako zwolennika fiskalnego konserwatyzmu, opowiada się za dalszym zwiększaniem wydatków wojskowych powyżej ich już nadzwyczajnie wysokiego poziomu”. 

W warstwie ideowej, Ryana wizja polityki zagranicznej słusznie została określona jako „liberalny internacjonalizm”, gdyż przekłada on konieczność promocji oświeceniowych zasad politycznych, nad potrzebą roztropnej ochrony konkretnych amerykańskich interesów w ramach skutecznej „realpolitik”, przedmiotem której jest scena międzynarodową nie jako arena walki pomiędzy konkurującymi światopoglądami, lecz jako miejsce starć i kompromisowego równoważenia interesów państw. Jak więc Ryan przekłada swoją wizję na realny świat?

Praktyczne sprzeczności credo

Pomimo nacisku kładzionego przez Ryana na potrzebę demokratyzacji i politycznej liberalizacji państw na Bliskim Wschodzie, jego opinia nt tzw. Arabskiej Wiosny jest nacechowana wątpliwościami. Ryan zdaje się być zdziwionym, że najbardziej zorganizowane stronnictwa polityczne państw ogarniętych społecznymi tumultami w ostatnim roku, na czele z Bractwem Muzułmańskim, „odrzucają tolerancję i pluralizm”. Utopijna wiara w powszechność liberalnych zasad, pomimo diametralnie innej kultury politycznej i dziejowych doświadczeń tego niespokojnego regionu, koliduje tu wyraźnie z rzeczywistością. Zaiste, banalna obserwacja, że demokracja na Bliskim Wschodzie nie będzie zwiastunem rządów typu zachodniego, ustrojów prawnie chroniących mniejszości, szanujących prawa kobiet, wolność religijną i całego katalogu współczesnych uprawnień obywatelskich, wydaje się być trudnym do zrozumienia zaskoczeniem dla Ryana. Siłą napędową ostatnich zmian politycznych na Bliskim Wschodzie i w Północnej Afryce są motywacje nacjonalistyczne tudzież trybalistyczne w połączeniu z gorliwym islamizmem. Paradoksalnie, omawiając relacje z Arabią Saudyjską, Ryan postulował aby stosunki Waszyngtonu z Rijadem kierowały się „zdrową pokorą w stosunku do granic możliwości naszego wpływania na bieg spraw w innych regionach”. Pojawia się tu wyraźny dysonans pomiędzy programem trwałej hegemonii tj. „nowego amerykańskiego stulecia” a ograniczeniami amerykańskiej potęgi. Jednak owa „zdrowa pokora” co do możliwości amerykańskiej polityki zagranicznej zdaje się obejmować tylko politykę wobec Królestwa, gdyż w innych krajach islamskich, w których stacjonują amerykańskie wojska lub znacząca liczba pracowników Departamentu Stanu, Ryan nie widzi potrzeby pragmatycznego pogodzenia się z niezmiennymi okolicznościami w jakich przyszło działać Amerykanom, a które nie są podatne na rychłą liberalno-demokratyczną „przeróbkę”.

Dlatego Ryan postrzega wojny w Iraku i Afganistanie jako kluczowe elementy „globalnej wojny z terroryzmem”. Przestrzegał swego czasu przed polityką „ucieczki” w obliczu trudności, pomimo licznych dowodów świadczących jednoznacznie, że próby budowania scentralizowanych reżimów demokratycznych w obu tych krajach nie przynosły jak dotychczas satysfakcjonujących rezultatów. 

W stosunku do Iranu Ryan nie pozostawia wątpliwości, że zamiast instrumentów dyplomacji i ewentualnie strategii skutecznego nuklearnego odstraszania i powstrzymywania, woli oprzeć amerykańską politykę wobec Teheranu na ścisłym sojuszu z Izraelem i w ostateczności, jeśli Teheran zdoła skonstruować bombę, na rozwiązaniu militarnym. Rzecz jasna, poza zagadnieniem presji wywieranej przez lobby izraelskie, Ryan, zgodnie z przyjętym przez siebie „credo”, uzasadnia sojusz z Izraelem argumentacją aksjologiczną , gdyż państwo żydowskie będące demokracją, ceni i chroni te same wartośc co Ameryka. Niuanse związane z zasadniczym pytaniem, czy Izrael w amerykańskiej doktrynie międzynarodowej wnosi coś istotnego do szeroko rozumianego interesu USA czy może też stanowi trwałe obciążenie, będące pozostałością anty-sowieckiej strategii Waszyngtonu na Bliskim Wschodzie ponad dwie dekady po upadku ZSRR, w ogóle nie są poważnie brane pod uwagę przez Ryana.

Republikański kandydat na wiceprezydenta jest zdania, że polityka zagraniczna nie może być „moralnie ślepa”. Swego czasu określił politykę Obamy jako „nixonowską”. Wielu komentatorów było zdziwionych tym zarzutem, gdyż trudno było zrozumieć dlaczego prowadzenie polityki po linii długofalowej koncepcji strategicznej, charakterystycznej dla prezydentury Nixona, miało świadczyć negatywnie o prezydencie. Wydaje się jednak, że Ryan mógł mieć na myśli styl prowadzenia polityki zagranicznej przez Nixona, który umiejętnie i taktycznie wybierał, w zależności od okoliczności, pomiędzy postawą asertywną (np. bombardowanie Kambodży) a podejściem, którego stawką był konieczny, ale dobry kompromis (np. porozumienia SALT z Sowietami). Gdy Ryan postuluje zdecydowaną i systematyczną asertywność ze strony Stanów Zjednoczonych, łatwiej jest zrozumieć jego negatywny stosunek do strategii politycznej „kija i marchewki”. Wygląda na to, że zarówno Romney jak i Ryan, są zdecydowani doprowadzić do logicznej konkluzji hołdowaną przez siebie ideologię , gdzie pole manewru w relacjach międzynarodowych i gotowość do korzystnych kompromisów jest znacznie ograniczona.

Sęk w tym, że o ile łatwiej jest wygłaszać górnolotne stwierdzenia podczas kampanii wyborczej, zapewniając o nienaruszalnym przywiązaniu do głoszonych przez siebie idei i determinacji w ich przyszłej realizacji, o tyle trudniej wyjątkowo ambitny program „nowego amerykańskiego stulecia” będzie przekuć w czyn w świecie, gdzie wielobiegunowość staje się coraz bardziej widoczna, niezależnie od amerykańskiego pretendowania do roli głównego rozstrzygającego we wszystkich najważniejszych kwestiach polityki międzynarodowej. W realnym świecie, przy obecnej stagnacji gospodarczej w kraju oraz po wszystkich dotychczasowych przejawach nadzwyczajnego i wątpliwego strategicznie zaangażowania w świecie ze strony Waszyngtonu, wizja polityki zagranicznej młodego kongresmena z Wisconsin pozostanie najprawdopodobniej tym, czym jest teraz –polityczną fikcją i myśleniem życzeniowym.

Michał Krupa
Autor jest ekspertem ds. amerykańskiej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa międzynarodowego Centrum Analiz Fundacji Republikańskiej 

aw

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Krupa: Ryana wizja polityki zagranicznej”

  1. Ostatni numer Gazety Polskiej, który czytam z powodu wirusowego powalenia, pełwnejest smaków (w tym opowieści T. Sakiewicza o tym, jak nie ma na rachunki, ale za to pije wino w Juracie). Bardziej mnie uderzyło,że powyższy tekst Michaela Krupy ukazał sie jednocześnie u Sakiewicza i u Adama. To wymaga nieuchronnie jakiejś glossy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.