Ksiądz Florian

Nie pamiętam już, o czym było to kazanie. Ale dobrze zapadło mi w pamięć, że następnego dnia jedna z lokalnych gazet napisała, jak to kazanie wygłosił na tym wydarzeniu jakiś lokalny fundamentalista. Bardzo się z tego wszyscy śmialiśmy. Dlaczego? Śmialiśmy się, bo różne rzeczy można było o popularnym Florku powiedzieć, ale nie to, że można było by go wiązać z jakimkolwiek fundamentalizmem. Co jak co, ale Florian żadnym fundamentalistą nie był. Chyba w żadnym aspekcie swojego życia. Także swojego kapłaństwa.

Nie pamiętam, kiedy go poznałem. Bo znałem go po prostu przez całe życie. Od dziecka mnie dziwiło, że zawsze chodził raczej „po cywilnemu”. W sutannie tak naprawdę pamiętam go raz – na pogrzebie mojej babci, Wandy Libickiej. Przez te prawie 40 lat, kiedy go znałem, a spotykaliśmy się przecież setki razy, koloratka była czymś, co było dość rzadko widziane podczas naszych spotkań. Najpierw się temu trochę dziwiłem, potem – gdy w okolicach 20 roku życia poznałem Mszę trydencką – drażniło mnie to.

Ksiądz Florian był zaprzeczeniem tego jasnego, prostego świata świeżego tradycjonalisty. Często się o to spieraliśmy. Ja sam najpierw atakowałem ostro, potem – z biegiem lat – nasza, a w zasadzie moja ostrość polemiki słabła. Moja słabła, bo On był zawsze taki sam: spokojny, z uśmiechem, choć polemiczny i zaczepny. Nazywał mnie zawsze żartobliwie „bratem odłączonym”. I zawsze robił to równie pogodnie, nawet jeśli, w jakimś zapędzie, zdarzało mi się przekroczyć dopuszczalną granicę krytyki – starszego bądź co bądź księdza. Dla księdza Floriana zawsze byłem bratem odłączonym. To prawda, w ostatnich latach sam go tak nazywałem, gdy po zgodzie Benedykta XVI na szersze celebrowanie Mszy trydenckiej mówiłem mu, że to on jest odłączony. Że to on nie za darzą.

Od jakiegoś czasu znacznie zmieniłem zdanie, chociaż nigdy Mu tego nie powiedziałem. Zmieniłem, bo poznałem wiele osób, które po wielu latach, przez kontakt właśnie z nim, poszły po raz pierwszy do spowiedzi. I pewnie wiele z nich do tej spowiedzi by nie poszło, gdyby po drugiej stronie siedział ktoś za kratką. W sutannie. Poszli, bo mniej się bali. Bo szli do kogoś, kto nie stwarzał dystansu. Kto tego, pierwszego po latach sakramentu udzielał na spacerze, a czasem przy stoliku z kawą. I choć jest to dalekie od moich wyobrażeń czy przyzwyczajeń, to jednak Ci ludzie wrócili właśnie przez niego. Może tylko przez niego.

Jako dziecko pamiętam Go też z okresu paryskiego. Z okresu, gdy przyjaźnił się z Czesławem Miłoszem. Gdzie, jako posługujący w tutejszym pallotyńskim ośrodku, znał całą ówczesną polską opozycję demokratyczną. Do ostatniego czasu, do ostatniego naszego spotkania, nie było w zasadzie osoby, o której by się nie powiedziało, a której zacny pallotyn by nie znał. Albo kogoś gościł, albo z nim rozmawiał, albo pił z nim wino, albo go spowiadał. Albo po prostu robił coś, co tylko on mógł zrobić. Co? A choćby i szmuglował bibułę w czasach komuny.

No i właśnie. Mógł mieć swoje słabości. Mógł być „zbyt” towarzyski. Ale w jednej sprawie był twardy jak skała. Nie uległ SBecji. Był po prostu niezłomny. Mówił o tym w kazaniu na Mszy pogrzebowej jego przełożony prowincjonalny ksiądz Adrian Galbas. I właśnie w tym wyrażał się chyba cała wielkość skromnego i dobrego księdza Floriana Kniotka.

I wreszcie na koniec rzecz ostatnia. Rzecz, o której dowiedziałem się na jego pogrzebie. O której nigdy z nim nie rozmawiałem. Nie rozmawiałem z nim o tym, jak długo był Pallotynem. Że wstąpił do Zgromadzenia jako siedemnastoletni chłopak. I że przeżył w nim lat ponad sześćdziesiąt. Że to cały kawał kościelnej historii. Kiedy w krótkim, zaprezentowanym przed pogrzebowym biogramie zmarłego usłyszałem, że wyświęcił go biskup Zygmunt Choromański, to się zwyczajnie zdziwiłem. Zdziwiłem się, bo widziałem tego biskupa na starych filmach z Prymasem Wyszyńskim. To mi powiedziało, jak długo ksiądz Florian był Pallotynem.

W jednym z przemówień na pogrzebie siostra Pallotynka mówiła mniej więcej tak: jeśli jest dziś jakiś odcinek, który dzieli cię od Pana Boga to zapewniamy, że będziemy się modlić, aby zniknął jak najszybciej. Ja też o tym zapewniam. I także dlatego zamówiłem Mszę za księdza Floriana. Mszę Trydencką. Mszę, która zostanie odprawiona w najbliższy piątek, 16 listopada. Na pewno się z tego ucieszy. Chociaż zamawiając Mszę świętą w dawnym rycie – myślę sobie, że tam gdzieś po drugiej stronie ksiądz Florian kiwa z taką swoją udawaną troską głową i z uśmiechem powtarza to swoje: oj bracie odłączony

Jan Filip Libicki

aw

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.