Kto wygrał referendum warszawskie?

Lider PiS uzyskał więc 100-procentową skuteczność swej wiele razy już sprawdzanej taktyki, zakładającej, że nie liczy się uzyskiwanie celów politycznych, a jedynie powtarzalne deklarowanie własnego stanowiska. Tej linii Jarosław Kaczyński wierny jest od 24 lat swej obecności w politycznym establishmencie III RP i niezależnie od tego, czy dzięki niej wygrywa wybory (raz – podwójnie), czy przegrywa (we wszystkich pozostałych przypadkach) – uważa ją za słuszną. W technice tej nie ma miejsca na odczytywanie nastrojów wyborców, na odpowiadanie na ich żywotne potrzeby, na faktyczny – czyli skuteczny marketing polityczny. Kaczyński uważa, że należy powtarzać stale to samo w oczekiwaniu innych wyników. I o ile postawa taka nie dziwiłaby w przypadku przywódcy formacji prawdziwie ideowej, o tyle u stanowiącego jedynie patologię techniki politycznej Kaczyńskiego mamy do czynienia z błędem „Matrixa”. Szef Prawa i Sprawiedliwości chce być jak ów najmądrzejszy z bohaterów thrillera s-f „Cube”, który wie, że wystarczy poczekać w tym samym kawałku kostki – aż w końcu podjedzie kolejny sześcian oferujący wyjście. Sęk w tym, że Kaczyński chyba wybrał niewłaściwy kwadracik.

Referendum warszawskie dowiodło, że wyborcy nie chcą głosować przeciw PO, jeśli miałoby to się wiązać ze zwycięstwem PiS. Oczywiście, dla sporej części z nich to wyraz rozczarowania obu partiami, które w żaden sposób nie musi przerodzić się w poparcie jakieś trzeciej formacji, a nie całkowitą alienację i trwałą absencję wyborczą. Rzecz jasna Warszawa jest miejscem specyficznym, jednak umówmy się – podobne tendencje występują (choćby naśladowczo) w wielu większych miastach Polski (czy nawet tych mniejszych ośrodkach, których mieszkańcy słabiej odczuwają kryzys ekonomiczny). To zaś podpowiada spin-doctorom Platformy, że straszenie oczami Macierewicza i przyrodzeniem Hofmana może dać wymierny efekt w przyszłorocznych wyścigach po mandaty.

W tej sytuacji rację ma kol. Paweł Bała, że referendum wygrał też Jarosław Gowin i jego nieistniejąca jeszcze partia. To ona bowiem ma stanowić alternatywę dla wyborców, którzy chętnie już pożegnaliby PO, ale powrotu PiS nie chcą równie mocno. W kampanii środowisko to było zarówno „za” (Gowin), jak i „przeciw” (Wipler), głosowanie 13 X zweryfikowało obie te postawy, choć przesadą byłoby twierdzić, że w obrębie tego wewnętrznie bardzo zróżnicowanego rodzącego się ruchu Republikanie jakoś nadzwyczajnie osłabli. Gdyby bowiem HGW odwołano – z pewnością wszyscy śmialiby się ze stwierdzenia, że stało się tak dzięki zaangażowaniu Republikanów, tak więc nie ma też powodów sądzić, że negatywny wynik referendum ma jakiś związek z aktywnością (?) tego środowiska. Na posła Wiplera nikt tradycyjnie nie zwraca po prostu uwagi. Oczywiście jednak na wyniki głosowania zwraca uwagę sam Gowin, który wiernie stara się naśladować Palikota sprawdzając które hasła, postawy oraz nazwiska mogą przysporzyć wyborców. Podstawowy problem Gowina polega jednak zdaje się na tym, że tak jak lubi gromadzić wiedzę – tak chyba nie bardzo wie co z nią potem robić. Nie wiadomo więc, czy „bitwa warszawska” poza pomnożeniem bagażu doświadczeń fontaziowych konserwatystów przyniesie im na przyszłość jakieś profity.

Wreszcie trzecim wygranym referendum jest bez wątpienia Leszek Miller. SLD zagrał va banque, nie angażując się w kampanię przeciw HGW, a jednocześnie pilnując, by nie wypaść jako partia targująca się znowu o stołeczki w stołecznym Ratuszu (z czego wcześniej warszawscy postkomuniści słynęli). Miller zagrał na nucie pragmatyzmu i efektywności politycznej, czyli elementach stanowiących słabe punkty konkurencji z Twojego Ruchu. Zagrał – i wygrał, śmiało może więc sięgać na przyszłość po argument „niemarnowania głosu” i wzywać wahających się między oboma partiami centrolewicy do poparcia sprytniejszego z dwóch ugrupowań.

No dobrze, zapyta ktoś – ale czy zwycięzcami nie są HGW i Donald Tusk? Ta pierwsza niekoniecznie, a w każdym razie tylko doraźnie. W wyborach terminowych najważniejsze bowiem będzie to, że ludzie będą mieć… wybór. Tzn nie staną między Platformą a PiS-em, tylko otrzymają szanse wyrażenia swoich poglądów nie tylko przez absencję. A to może – choć nie musi – stać się końcem kariery pani prezydent. A czy wygrał premier, który wezwał do bojkotu aktu demokratycznego? Jako przedstawiciel establishmentu zabawnie opowiedział się za odwróceniem dominujących tendencji społeczno-politycznych – czyli chodzeniem do urn niezadowolonych, a pozostawaniem w domach usatysfakcjonowanych sytuacją bieżącą. Paradoksalnie, ale utrwalenie takiego stanu rzeczy zbliżyłoby polską demokrację do standardów… zachodnich, gdzie znaczna część zadowolonej większości głosować nie chodzi…

Oczywiście, optymistyczne dla premiera – jak już wspomniano – jest potwierdzenie dalszego istnienia straszaka PiS. Jednak w czwórboju wyborczym 2014-15 Kaczyński nie będzie już jedynym sparingpartnerem Tuska. A w walce z pozostałymi lekcja warszawska wiele nie pomoże, może poza uświadomieniem faktu, że bitwa o Polskę może i tak zostać przez PO przegrana. Bo przecież w wyborach samorządowych, prezydenckich czy parlamentarnych premier do bojkotu na swoją korzyść już nie wezwie.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *