Liberum conspiro

Poniżej prezentujemy fragment książki “Był bal” Stanisława Cata-Mackiewicza opublikowanej przez Wydawnictwo Universitas: http://www.universitas.com.pl/szukaj?t=by%B3+bal&szukaj=1&simple_search=1&a=1%2C+19%2C+20%2C+21&szukaj=szukaj

(…)

Odczuwamy noc listopadową i powstanie poprzez naszą wielką, wspaniałą poezję rodzimą, poprzez Kordiana Słowackiego i Noc listopadową Wyspiańskiego. Dziwny jest w tych utworach, jak w całej tradycji polskiej, stosunek do osoby Wielkiego Księcia Konstantego, w którym – o dziwo! – błąka się zawsze jakiś cień sympatii. Przecież powstanie zaczęło się okrzykiem „śmierć tyranowi”, który strwożył sen mieszkańców pałacu belwederskiego, przecież dziwactwa, gwałty i awantury Konstantego były głównym motorem, który pchał ludzi do spisku, do planowania powstania, który solidaryzował ludzi od rozumnego, chłodnego organizatora gospodarki narodowej ks. Lubeckiego aż do przywódcy podchorążych Piotra Wysockiego. Maurycy Mochnacki jako student miał wytrąconą fajkę z ust na ulicy przez oficera policji i zareagował na to spoliczkowaniem tego oficera. Odstawiono go przed oblicze Wielkiego Księcia i ten osobiście darł na nim mundur studencki, krzyczał i wymyślał, skazał później na upokarzające roboty. Zdawałoby się, że wypełnianie podobnych czynności nie powinno obciążać namiestnika, wielkorządcy kraju, naczelnego wodza i brata cesarza. A jednak Wielki Książę nie tylko w ten sposób osobiście i własnoręcznie karał studentów lub żołnierzy, lecz nawet prostytutki uliczne. Jakieś zamiłowania oprawcy z amatorstwa. I tym dziwniejsze, że tenże Mochnacki pisze w swej historii, że „Konstanty miał dobre serce”. Cóż za wyznanie nadzwyczajne, cóż za przedziwna wskazówka zza grobu dla zrozumienia tamtych czasów!

Ale tenże Mochnacki na stronie 150 tomu I swej historii powstania charakteryzuje Wielkiego Księcia w sposób następujący:

„To straszydło żaków, Żydów i wszetecznic, którym kazał głowy golić; ten szpieg niespokojny, trwożny, tysiącznym podsłuchujący uchem ciche szemranie kraju, głośne narzekania i pokątne zmowy; ten kat polskich żołnierzy, którym jeden guzik nie w swoim miejscu przyszyty, jedno wykrzywienie stopy, tornister źle przymocowany albo rdza na bagnecie odejmowały honor, wolność i życie; ten dozorca i architekt, więzień stanu, szafarz rózg i pałek; ta różnorodna, różnokształtna mieszanina złożona z atomów Iwana Groźnego, Pawła, Galby i Metternicha; ten punkt w hierarchii jestest w średni, wątpliwy i niepewny, między dwoma kończynami u kresu, gdzie ustaje plemię zwierząt a ród ludzki się zaczyna – połowa małpy, połowa człowieka, którego azjatyckiej fizjonomii, rysy Kałmuka, zamiast brwi szczecina, nos poddarty w górę i spłaszczony, akcent chropowaty, zakrztuszony, walczyły z wyrazem europejskiej twarzy, z postawą wytoczoną i kształtną; to uosobnienie dzikiej Moskwy, jaka się na potomne czasy rozwnuczyła pod jarzmem Mongołów, to wcielenie ducha tej Moskwy, jej instytucji, obyczajów, historii – władało Polską przez lat piętnaście. Los swej ironii względem nas dalej pomknąć nie chciał – może też i nie śmiał”.

Zresztą Mochnacki czasami przesadza. Warszawę za jego czasów rozbudowywali Polacy, a nie bynajmniej Rosjanie, tymczasem on pisze (Powstanie narodu polskiego, t. I, s. 165):

„Moskale nie bez przyczyny zwykli w każdym zabranym kraju jak najśpieszniej przystrajać stolicę: przez to chcą oni tylko dać poznać, że łupu nigdy nie ustąpią. Zachody koło upiększenia Warszawy były wielkie, azjatyckie: ale czyimże to kosztem stawiano owe gmachy, to kulawe i powykrzywiane, to jakby chińskie pagody, jedne podparte opasłymi słupami na kształt dud w organach, jak Okołow się wyrażał, drugie w kształcie parawana lub meczetu w ogrodzie. Kto, jeżeli nie sami Polacy, przepłacali te dziwotwory gustu moskiewskiego, obok których dawna klasyczna budowa stolicy naszej tylko wyraźniej jaśniała”.

Wróćmy do Konstantego, a raczej do polskiej zagadki Konstantego.

Zaraz po traktacie wiedeńskim mianowany został przez starszego swego brata namiestnikiem Królestwa, naczelnym wodzem wojsk polskich; był mianowany jednocześnie wodzem tych wojsk rosyjskich, które stacjonowały na Litwie i Rusi z wyłączeniem tylko miasta Kijowa. Władza wojskowa Konstantego była jedyną władzą, która jednoczyła ziemie przedrozbiorowej Polski.

W dniu 14 stycznia 1822 roku Konstanty w akcie tajnym zrzeka się praw do tronu na rzecz młodszego brata Mikołaja i w kilka miesięcy później 24 maja 1822 roku żeni się morganatycznie z Polką, Joanną Grudzińską, która od cesarza otrzymuje tytuł księżnej łowickiej[1].

Poza swoimi awanturami, poza tym uprawianiem z amatorstwa czynności oprawcy, Konstanty kocha armię polską, którą zarządza i musztruje. W czasie powstania Konstanty był w szeregach wojska rosyjskiego, które walczyło z nami, i – jak twierdzą nawet historycy rosyjscy – cieszył się, gdy zwyciężali Polacy, smucił się, gdy zwyciężali Rosjanie. Chlubi się, że to właśnie on to znakomite wojsko wykształcił i zdaje się… że tu miał rację. Wojsko powstania listopadowego było doskonałe i zasługa tego przypada nie tylko generałom ze świetnej szkoły napoleońskiej, lecz także temu dzikiemu Wielkiemu Księciu.

Po nocy listopadowej Konstanty zachowuje się tak, jakby nam dobrze życzył. „Niech Polacy załatwią to między sobą, ja się do tego nie mieszam” – tak mówi i tak działa. Słowa te jak najbardziej odpowiadają polskim ugodowcom, jak Lubecki, Chłopicki, Czartoryski. Między tymi, których spisek błagał o przyjęcie władzy, a znienawidzonym satrapą zachodzi dziwna zbieżność postępowania, jakby wszyscy chcieli jednego i tego samego.

Przypomnijmy teraz, że w ówczesnej Rosji jeszcze wszystkie przewroty działały imieniem jakiegoś cara, mniej czy więcej samozwańczego. Jednego cara obalało się imieniem innego cara. Taka była tradycja wieku XVIII, tradycja dojścia do korony Elżbiety i Katarzyny II, samozwańca Pugaczowa, który się ogłosił za cara Piotra III, a wreszcie nawet najpostępowsi konstytucjonaliści, dekabryści, organizowali swój zamach stanu głosząc, że prawdziwym cesarzem jest nie Mikołaj I, lecz Konstanty.

Jakże ułatwioną sytuację polityczną mieliby Polacy, gdyby działali nie przeciw Konstantemu, lecz właśnie w zmowie z nim. Wtedy gra Mikołaja przeciwko Polsce byłaby bardzo utrudniona. Polska miałaby pod swoją komendą nie tylko litewski korpus wojskowy obsadzony Polakami, lecz rozporządzałaby możliwością szantażowania Mikołaja w sposób nader dla cesarza niebezpieczny.

Ale ta myśl nie przychodziła do głowy Konstantemu, przynajmniej tak by wynikało z tego, że jako namiestnik w królestwie zwalczał gorliwie tych wszystkich, od których się obawiał zamiarów oderwania królestwa od cesarstwa. Czy nie myślała jednak o tym księżna Łowicka, kobieta myśląca samodzielnie, o tym nie wiemy, albo ściślej powiem, że o tym także nigdzie nic autentycznego nie czytałem, prócz domysłów i plotek.

Nie myślał o tym także ks. Lubecki, najbardziej obrotny polityk ówczesny. Przeciwnie, cała polityka Lubeckiego polegała na wygrywaniu Petersburga przeciwko Warszawie, wygrywaniu Aleksandra, a później Mikołaja przeciw Konstantemu i Nowosilcowowi. Lubecki zwalczał Nowosilcowa, łamał w Petersburgu jego wrogie wobec nas plany, a Nowosilcow był doradcą i natchnieniem Konstantego.

A przecież myśl taka istniała i wypowiadał ją właśnie ten sam, najradykalniejszy z radykałów, Maurycy Mochnacki.

W jego wciąż przeze mnie cytowanej historii powstania (t. II, s. 253) czytamy o jego rozmowie z Lubeckim:

„Gdy mu wspomniałem, że powinniśmy byli Konstantego zatrzymać, ogłosić go carem w Warszawie i z jego odezwami ruszyć do Litwy, natenczas odstąpił o kilka kroków ode mnie. Był to zawsze minister – i tylko minister Mikołaja, człowiek niepospolity, ale i nie Polak”.

(…)

Stanisław Cat-Mackiewicz
a.me.


[1] Konstanty poślubił Joannę Grudzińską 24 maja 1820.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *