Majcher: Smoleńsk – na granicy mitu politycznego

10 kwietnia 2010 r. doszło do wydarzenia, które w Polskiej polityce określamy mianem jednego z najbardziej przełomowych. Samolot z 96 przedstawicielami najwyższych organów państwowych w tym z ówczesnym prezydentem Lechem Kaczyńskim i jego żoną Marią Kaczyńską, rozbił się w okolicach Smoleńska o godzinie 8.41. Katastrofa była czymś, na co społeczeństwo zareagowało w sposób nad wyraz zjednoczony a wspólna utrata połączyła nas wtedy niezwykle mocno. Wydaje się, że wspominanie o Smoleńsku w obecnych czasach powinno się ograniczać do utrzymania pamięci o stracie bolesnej dla nas wszystkich, do utrwalenia świadomości w historii i naszym patrzeniu na świat, tego tragicznego wydarzenia jako ciężaru, który musieli ponieść wszyscy, niezależnie od przekonań politycznych. Jednakże obecność katastrofy smoleńskiej w naszym krajobrazie życia społecznego konsekwentnie się nasila i nie możemy nie widzieć tego, że to przeżywanie nie zatrzymało się na niwie pamięci o smutnej przeszłości ze względu na szacunek do ofiar. To nasilenie, widocznie nie tylko w zachowania polityków partii rządzącej, ale także reakcji mediów i części społeczeństwa, zdaje się przyjmować formę sinusoidy. To znaczy w pewnym momencie się pojawia, a później znika. Ale cały czas trwa w przestrzeni życia społecznego ujawniając się czasem w nieprzewidzianym momencie, a czasem świadomie. Klimat, wynikający z ciągłego podgrzewania tematu przez niektórych polskich polityków oraz nierozwiązanej wciąż dyskusji o przyczynę katastrofy powoduje, że tematyka Smoleńska, mimo upływ czasu, nabrała formę swego rodzaju mitu politycznego, stała się zmistyfikowaną i irracjonalną próbą uzyskania kapitału politycznego i utrzymania władzy. Jak wspomnienie Smoleńska stało się formą mitu politycznego? Dlaczego? I podstawowe pytanie – interesujące nas teraz szczególnie – jaki ma ono wpływ na współczesne polskie społeczeństwo?

Mitem, według Rolanda Barthesa, może być każde wydarzenie z przyzwoitą historią. Wszystko „obraca się w mit” w specyficznym sensie tego pojęcia. Dla Barthesa mit nie jest jakąś fundamentalną opowieścią, lecz nową jednostką sensu nadbudowaną nad zwykłymi znaczeniami. Oznacza to, że w sferze politycznej, każde wydarzenie możemy obrócić mit, poddać odpowiedniemu ładunkowi emocjonalnemu, i wtłoczyć ludziom do głowy. Mitem założycielskim III Rzeczypospolitej był mit Okrągłego Stołu, miejsca, gdzie dobro (solidarność) zwyciężyła nad złem (komuniści) i gdzie dokonało się ostatecznie zwycięstwo nad ponurą przeszłością Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Taki mit obrósł wokół Afery Dreyfusa, która nakierunkowała życie polityczne i społeczne Francji pod koniec XIX wieku. Z tych przykładów wyłania nam się charakterystyczna, nie tylko dla mitologizacji polityki, cecha mitu jaką jest konsolidacja społeczeństwa, połączenie się przy pewnym zbiorze przekonań opatrzonym irracjonalnym podłożem. Dla polityków, jest to rozwiązanie nad wyraz korzystne – w końcu, kiedy jesteśmy w stanie zjednoczyć duże masy wyborców dla zrealizowania jakiegoś konkretnego celu, to możemy łatwiej nimi sterować, nie wykorzystując żadnych masowych środków kontroli, a po prostu pewne legendy politycznej, okraszonej burzą niewyładowanych uczuć. Mit polityczny pozbawia politykę sensu, w znaczeniu w jakim widział ją Arystoteles czy wielu innych myślicieli. Nagle pole, gdzie pierwsze miejsce winna zajmować troskę o dobro wspólne a także rozsądna debata nad problemami społecznymi, ekonomicznymi czy politycznymi, staje się mityczną areną, gdzie walkę toczą ,,twoi’’ i ,,moi’’ Bo oprócz zjednanie sobie części społeczeństwa, mit pozwala także na wytworzenie w ramach życia publicznego jasnego dualizmu -my’’ i ,,wy’’. Podział na dwie wzajemnie zwalczające się strony, to już prosta droga do rządów dwupartyjnych lub dwublokowych, scementowania sceny politycznej i silnego antagonizmu społecznego. Raczej nie życzylibyśmy sobie dominacji wyłącznie dwóch partii oraz coraz bardziej zdezintegrowanego narodu. Ale przecież polityka to nie interesuje. Dla niego mit jest bardzo wygodnym narzędziem sterowania społecznymi emocjami.

Wśród cech, definiujących mit polityczny wymienia się: irracjonalność, oparcie na wierze, narzucenie przez grupę, niepodatność na weryfikację z praktyką, oparcie na autorytecie społecznym i silne oddziaływanie na życie. Czy możemy do tych elementów przyporządkować to wrażenie, jakie przyniosła nam Katastrofa Smoleńska? Z góry zaznaczam, że istota nie tkwi w samym wydarzeniu. Nigdy nie chciałbym, aby potraktowano moje rozważania jako zniewaga dla zmarłych, którzy zginęli reprezentując państwo Polskie. Chodzi raczej o to, jak sam fakt katastrofy wykorzystywano do celów politycznych. No ale czy możemy mówić o micie Smoleńska? Według definicji, mit musi być oparty na wierze irracjonalnej. Zdaje mi się, że to co przyniosła za sobą dyskusja nad przyczyną katastrofy, niesie za sobą wyżej wspomniane znamiona. Tu nigdy nie było fachowej dyskusji, opinie jednej komisji uważano za ważne, drugiej za nie ważne. Na jaw wychodziły nowe fakty a co chwile podnosiły się głosy podważające daną ocenę wydarzenia w Smoleńsku. Niedawno opublikowano Raport Komisji Macierewicza. Jak twierdzi sam przewodniczący podkomisji, pan Antoni Macierewicz: ,, Podkomisja określiła przyczynę zdarzenia lotniczego z udziałem samolotu Tu 154M 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku jako wynik aktu bezprawnej ingerencji’’ unieważniając raport nt. katastrofy z roku 2011. Problem z nierozstrzygnięciem konfliktu ,,zamach czy nie’’ wynika nie tylko z tego, że brak dostępu do wraku samolotu i jego czarnych skrzynek odbierał polskim służbom możliwość skutecznego zbadania sprawy, ale to, że sam fakt analizy przyczyny katastrofy, potraktowano bardzo emocjonalnie. Przecież minister Macierewicz nigdy nie był w tej sprawie osobą chociaż trochę obiektywną, a jego teza o zamachu była szeroko propagowana przez prezesa Kaczyńskiego. Czy powołanie go na przewodniczącego podkomisji było przypadkiem? Oczywiście, że nie. To miało przynieść za sobą kolejną falę konfliktowości, podziału na dwie grupy i wznowienia tematyki Smoleńskiej. A sama treść raportu jest nieważna. Wystarczy co powie na konferencji minister Macierewicz, a już będzie to komentowanie wszędzie i każdy zabierze w tej sprawie głos. Zresztą, zarówno stanowisko o ,,zamachu’’ jak i stanowisko o ,,wypadku’’ nie są do tej pory skonstruowane na prawidłowo pojętej argumentacji. Ale powiedzmy sobie szczerze, czy ktoś tego chcę? Przecież to by wyczerpało temat, a my musimy do niego wracać co jakiś czas, jak alkoholik z nawracającym nałogiem. Sprawę trzeba raz na zawsze wyjaśnić, a czy w obecnej sytuacji jest to możliwie? Pytanie retoryczne.

Mit Smoleńska został oparty na autorytecie społecznym Jarosława Kaczyńskiego i został w pewien sposób narzucony przez związane z nim środowisko. Oczywiście nie jest to tylko wina obozu Prawa I Sprawiedliwości, bo w cały konflikt zaangażowali się też aktywiści i politycy opozycji, na przykład awanturując się podczas miesięcznic Smoleńskich, czy robią błazeńskie akcje na pomniku ofiar katastrofy. Obecnie rządzące środowisko postsolidarnościowe, wykorzystując fakt, że tragedia była bezpośrednio związana z ich byłym przewodniczącym, czyli śp. Lechem Kaczyńskim, użyli je do walki politycznej. Niestety, nie ma w tym nic pozytywnego, ale obie strony sporu aktywnie wykorzystały sytuacje sprzed 12 lat do prowadzenie aktywności politycznej i mobilizacji za jej pomocą grup wyborców. Ktoś mógłby powiedzieć, że tak było kiedyś, że teraz sytuacja się zmieniła a niwa polityczna będąca efektem Katastrofy w Smoleńsku, już nas nie dotyczy. Nic bardziej mylnego. I dowodu wcale nie musimy szukać daleko. Jarosław Kaczyński kila dni temu, odnosząc się do raportu Komisji Macierewicza powiedział: ,,Dzisiaj wiemy, co się stało, mamy tę odpowiedź, mamy tę odpowiedź po raz pierwszy pełną, konsekwentną, odpowiadającą na wszystkie pytania, a także zweryfikowaną przez wiele różnych także będących poza Polską ośrodków.’’. W odpowiedzi opozycja mówi o ,,polityce na trumnach w pełnej krasie’’(Brzmi to trochę żałośnie w odniesieniu do ludzi, którzy wykorzystywali politycznie śmierć śp. Pawła Adamowicza). I całe koło kręci się dalej. Znowu angażujemy się w spór, który nigdy nie będzie rozwiązany, a który nas szczególnie wzburza teraz bo przecież jest związany z wątkiem napaści Rosji na Ukrainę. Więc kłócimy się znowu o to samo, mobilizujemy dwie grupy wymieniające się obelgami w Internecie. A politycy są zadowoleni. Nie tylko mogą łatwiej zdobywać głosy, bo rozszalałym tłumem łatwo jest kierować, ale do tego odrywają opinię publiczną od spraw naprawdę istotnych.

,,Myśmy wszystko zapomnieli’’ mówił Pan Młody, bohater Wesela Stanisława Wyspiańskiego, próbując odegnać od siebie przypomnienie o krwawej przeszłości związanej z Rabacją Galicyjską i rzezią szlachty przez chłopstwo. Czy my też spróbujemy zapomnieć o Smoleńsku, nie w sensie historycznym – musimy dalej trwać przy pamięci, bo to nie tylko ważna, ale też honorowe – ale w sensie politycznym? Może zakończmy w końcu temat zamachu i postarajmy się z tego wydarzenia wyciągnąć wnioski, a nie wykorzystywać Mit Smoleński do celów politycznych?  Jak już wcześniej wspomniałem i pisałem wiele razy, emocjonalne naładowanie, wpychając się do polityki, niszczy za sobą jak potop, wszelką racjonalną debatę i troskę o dobro wspólne. Zaczynają kłócić się politycy, kłócimy się my w domu, kłócimy się w Internecie. A jak tak się dłużej przyjrzymy, to dostrzeżemy, że z tego konfliktu nic nie wynika. Nie, zaraz. Coś wynika. Mianowicie tematy ważne zostają przykryte bardzo wygodną dla polityków otuliną uczuć, dzięki czemu nie trzeba się nimi zajmować, bo w końcu jak ktoś problemu nie widzi to go niema. Kiedy dzieje się tak rzadko, albo co jakiś czas, to jeszcze nie jest to poważne zagrożenie. Ale w Polsce, mamy z tym do czynienia bez przerwy. A to już jest bardzo niebezpieczne. Jak my możemy być w stanie tworzyć trwały naród, wspólnotę, która będzie śmiało szła naprzód, kiedy dalej w centrum naszej politycznej refleksji dominuje emocjoholizm i mit? Mit Smoleńska pokazuje nam dobitnie, że narodowa jedność jest bardzo krucha, że złamanie jej jest niezwykle proste i politycznie korzystne a jej odbudowa żmudna i często niewykonalna. Czy kiedy spotkamy zagrożenie dla naszej wspólnej ojczyzny, to będziemy w stanie współpracować dla jej dobra? Czy może pozabijamy się nawzajem w imię wszelkiego rodzaju antagonizmów?

Szczerze mówiąc, przyszłość nie rysuje się w kolorowych barwach. Co więc możemy zrobić? Czy jesteśmy w stanie w jakiś sposób ,,zdemitologizować’’ politykę i usunąć polityczne mity? Jak już wcześniej wspomniałem jest to bardzo trudne. Trzeba podważyć wiele dogmatów współczesnego życia politycznego, próbować rozwiązać sprawy, których nikt nie chcę rozwiązać. Być może w historii Rzeczypospolitej, w dawno zapomnianych cnotach patriotyzmu i służby dobru wspólnego odnajdziemy natchnienie pozwalające nam na zwalczenie wszelkiej maści ,,mechanizmów obrony przed prawdą’’ jak to określał Roger Scruton. Dostaniemy wtedy szanse, postawić na piedestale rdzeń jedności narodowej, który może ochronić nas przed całkowitym rozpadem. Benjamin Disraeli w drugiej połowie XIX wieku w swojej powieści Sybil pisał o antagonizmie klas społecznych: ,,Dwa narody, pomiędzy którymi nie ma związku ani sympatii; które nie znają wzajemnie swoich zwyczajów, myśli i uczuć tak, jakby były mieszkańcami dwu sfer…’’ Czy te dwa narody, jakie zdają się powstawać w ramach naszego społeczeństw, a które jeszcze bardziej rozdziela polityka posługująca się mitami, będą w stanie jeszcze kiedyś połączyć się w jedną całość?  Czy odbudujemy nasz narodowy gmach? Czas pokaże.

Dominik Majcher

Click to rate this post!
[Total: 10 Average: 4.8]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.