Z atmosferą i językiem używanym w polskiej debacie publicznej jest jak z telefonem do mieszkańca bloku, w trakcie którego rozmówca informuje o podłożonej bombie. Za pierwszym razem adresat wiadomości przerazi się, za piątym przestraszy. A za dziesiątym? Machnie ręką i powie, że nic się nie stało. A co jeśli wtedy naprawdę będzie bomba?
Odporność na picie wrzątku.
Przywykliśmy do „dyktatury” na śniadanie, obiad i kolację. Przywykliśmy do kreatorów propagandy, wciąż przekonanych, że wbijanie młotkiem do głowy powoduje zmianę zdania, a nie tylko ból głowy. Przywykliśmy do picia wrzątku do każdego posiłku. Jak reagujemy?
Mniej odporni ulegli całkowitemu poparzeniu – ci często naprawdę spokojni i mądrzy w swoich reakcjach na życiowe zakręty ludzie dostają dzikiego szału, gdy polityka puka w szybę. Bardziej odporni traktują wrzątek jak letnią wodę, a oburzonych aktorów widowiska, mistrzów pierwszej reakcji obydwu plemion traktują z uśmiechem jakby zapożyczonym od Mony Lisy: „Ty w to wierzysz czy liczysz, że ludzie ci uwierzą?”. Podkreślmy, cynizm nie musi być naturalną cechą zdystansowanych do wycia – on jest reakcją obronną na cynizm tych, których działania komentuje, a przy tym jeszcze jednym sposobem na to, by żyć tak, żeby nie zwariować.
I taka mnie naszła refleksja – czy zdarzenia przed Trybunałem Konstytucyjnym są jeszcze jednym spektaklem osób zawodowo dekretujących stan nadzwyczajny? Czy to po prostu jeszcze jedna sytuacja, jakich pełno na przestrzeni ostatnich lat, sytuacja, gdy plemiona skaczą sobie do gardeł, a wewnętrzna pustka idzie ramię w ramię z radykalizmem, radykalizmem adaptującym się do rzeczywistości rozbieganych oczu i jednozdaniowych przekazów?
Jedyną ciekawą, z politologicznego punktu widzenia, obserwacją jest ta dotycząca swoistego przejścia Donalda Tuska z pozycji Karla Leowensteina, twórcy pojęcia „demokracji walczącej” (a dokładnie „demokracji obwarowanej”) na stanowisko Carla Schmitta, którego decyzjonizm rzekomo praktykował Jarosław Kaczyński. Zasadnicza różnica między tymi koncepcjami polega na akceptacji dla łamania prawa w celu utrzymania ładu, jaką zawiera decyzjonizm.
Cała reszta to jakiś rodzaj nierzeczywistości.
Mam wrażenie, że w polskiej debacie publicznej doszło do dwóch tak symptomatycznych, jak niebezpiecznych rozjazdów.
Po pierwsze, świat słów żyje całkowicie odrębnie od świata zdarzeń. I tak jak Platon dowodził, że materia stanowi niedoskonałe odbicie świata idei, tak w naszym życiu publicznym wypowiedzi, dialogi, konfrontacje stanowią jakąś niewymiarową, niedopasowaną, pokraczną nakładę na dziejącą się rzeczywistość. Niemal nikomu już nie przeszkadza inflacja słów „średnich” – takich, które nie opisują świata jako złożonego z „kompromitacji” i „wybitności”, ze „zdrajców” i z „mężów stanu”.
Po drugie, mamy do czynienia z rozjazdem powodu i racjonalizacji. Czyli – argumenty bazujące na logice, związkach przyczynowych i rozumowej perswazji pełnią funkcję nakładki na sympatie i powiązania ideowo-środowiskowe.
Warto zaznaczyć, że fakty to nie to samo co prawda. I z 5 faktów ze 100 można skonstruować stuprocentowe kłamstwo. Na tym to trochę polega. Uczestnicy debaty nie chcą poznawać rzeczywistości, boją się ewoluowania w poglądach i stanowiskach – oni chcą potwierdzić to co i tak już uważają. Słuchając ekspertów, w większości przypadków wiemy, dla której strony sporu ich wypowiedź okaże się przychylna.
Jest to oczywiście postawa w pewnym sensie zrozumiała z ludzkiego punktu widzenia – zazwyczaj stosujemy filtrowanie negatywne oceniając czyny człowieka, który wcześniej kilka razy zachował się nagannie. Tylko że w myśleniu politycznym powinniśmy możliwie precyzyjnie zajmować się konkretnymi sytuacjami.
Zwykły rachunek prawdopodobieństwa dowodzi, że szansa na to, by jeden miał rację zawsze, zaś drugi nigdy jest taka jak na wygraną w Dużym Lotku. To założenie nieracjonalne, nierzeczywiste, sprzeczne z doświadczeniem, jednak takie odkrycia tylko nieznośnie podrażniają pozostających w plemiennej strefie komfortu.
Obok racjonalizacji niezwykle istotnym pojęciem służącym zrozumieniu i opisowi polskiej rzeczywistości społeczno-politycznej jest pojęcie wiary. Wiara jest milczącym wspólnikiem racjonalizacji, drugą stroną tego samego medalu. Wierzący nie tłumaczy, nie wyjaśnia, po prostu idzie za tym, którym bezwarunkowo wsparł.
Między prawem a racjonalizacją.
Ja po prostu nie ufam, że zwolennikom Prawa i Sprawiedliwości i zwolennikom tej partii chodzi o prawo, praworządność i demokrację. I ta nieufność nie wywodzi się ze słownika pojęć podobnych do wiary rozumianej tak, jak wyżej przedstawiłem. Po prostu musiałbym nie żyć w czasach rządów Prawa i Sprawiedliwości, by przyjąć narrację polityków tej partii. Przy czym warto zaznaczyć, że kwestie związane z Trybunałem Konstytucyjnym są zagmatwane, a pole gry znajduje się poza wzrokiem publiczności – stąd łatwiej tu być hipokrytą niż choćby w sprawie relacji polsko-ukraińskich.
Obywateli, którzy nie ekscytują się treścią Konstytucji RP i mają dość niewielki zapał, by stawać w jej obronie można zrozumieć – bo w jakimś sensie to tak, jakby pasjonować się treścią kodeksu drogowego. Rzecz nawet nie w tym, że polskie prawo jest tak zapisane, że sprzeczne interpretacje formułują nawet prawnicy. Chodzi o to, że łamanie przepisów, nie wsparte całym tłem ideowo-przemocowym (a takie było tu wyjątkowo wyraźne) – przywołując klasyka – nie wiedzie ludu na barykady. Lud może nawet mówić, że o prawo chodzi, lecz to jedynie racjonalizacja – często nieświadoma.
Politycy, w przeciwieństwie do ludu, powinni zdawać sobie sprawę, że mało kto uwierzy, że chodzi im o prawo – a gdy pojawiają się postulaty rozpisania nowych wyborów to już w ogóle żadna wiarygodność i żadna retoryka nie pomoże. Politycy powinni zdawać sobie sprawę, że balansują na styku prawa, lojalności, układów, idei, emocji – i nawet, jeśli któremuś z nich w istocie chodzi o prawo, to i on postrzegany będzie przez pryzmat wspomnianych czynników.
Oczywiście, można głosić narrację, że politycy opozycji przyjęli postawę państwowców, którzy wznieśli się ponad personalne antagonizmy, by bronić uniwersalnych zasad. Dlaczego jednak tych uniwersalnych zasad nie bronili przed Zbigniewem Ziobro i jego szajką? Być może, z punktu widzenia konieczności przestrzegania zasad legalizmu, powinno być bez znaczenia kto zasiada w Trybunale Konstytucyjnym – nie uwierzę jednak, że politycy nie zastanawiają się nad tym kto personalnie jest sędzią i jakie środowisko za nim stoi.
Prawica nie może umierać za ludzi Ziobry.
Nie można w tym kontekście nie odnieść się do Zbigniewa Ziobry, wszak prezes Trybunału Konstytucyjnego Bogdan Święczkowski to jego człowiek, jedna z ikon jego systemu.
Zbigniew Ziobro to jedna z najohydniejszych postaci w historii polskiej polityki – co znamienne, jest nielubiany także w swoim środowisku politycznym. Liczba obiektywnie szkodliwych zmian w prawie wprowadzonych, gdy Ziobro był ministrem sprawiedliwości, liczba ludzi niszczonych przez niego w imię prywatnej zemsty, rzeczywistość aresztowa i więzienna za jego panowania – to wszystko tworzy monstrualny obraz destrukcji praw człowieka, praw obywatelskich i państwa prawa. Tu dwie istotne uwagi.
Po pierwsze, kuriozalna autokreacja szeryfa, wpasowującego się w intuicje części elektoratu twardego wojownika o sprawiedliwość, nie wahającego się działać na granicy prawa dla dobra ludu to nie tyle zasłona dymna, co poza bazująca na fikcji. Ziobro nie ma zasług w staraniach o skuteczniejsze ściganie przestępców – istotą działania Ziobry nie było też dążenie do poprawy sytuacji osób poszkodowanych. Jakąkolwiek ideę czy etos odłóżmy w tym przypadku na półkę z bajkami dla grzecznych dzieci.
Ziobro chciał się mścić, a także chciał mieć przychylność prokuratorów i funkcjonariuszy Służby Więziennej – dlatego za jego czasów dwukrotnie wzrosła liczba stosowanych aresztów, dlatego wprowadzono przepis pozwalający przeprowadzić rozprawę bez udziału oskarżonego, dlatego zlikwidowano przepis nakazujący prokuratorowi umorzenie śledztwa po cofnięciu wniosku o ściganie podejrzanego, dlatego normą uczyniono polowanie na ludzi, czyli zatrzymywanie skazanych bez wysłania im wezwania do stawiennictwa w zakładzie karnym (co ciekawe, właśnie w oparciu o ten przepis policja zatrzymała Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika). Można by napisać na ten temat książkę.
Perfidny spryt Ziobry polega na tym, że nie formułował wypowiedzi, którymi wystawiał się na ostrzał, tak jak Waldemar Żurek mówiący o prokuratorach zajmujących się ściganiem przestępstw wymierzonych w Ukraińców (oczywiście, wypowiedź skandaliczna). Skutki działań Ziobry najczęściej widoczne były w przestrzeni zasłoniętej kurtyną, z kartką: „tylko nie mów nikomu”.
Po drugie, błędem jest prezentowanie na pierwszym planie złodziejstwa Ziobry i jego ludzi. Ludzie w znacznej części uważają, że wszyscy politycy kradną, a wielu z nich gotowa jest usprawiedliwić „swoich”, zwłaszcza jeśli przekazują przywłaszczone pieniądze na cele społecznie ważne. Unikalność Ziobry nie tkwi w ilości przywłaszczonych pieniędzy. Ja bym nawet nie podejrzewał, że on w ogóle kradł – jego psychika jest tak skoncentrowana na zemście i represji, że wszystko inne wydaje się sprawiać mu mniejszą satysfakcję.
Ziobro i jego ludzie walczący o „praworządność” i „demokrację” to nie jest jeszcze jedno kuriozum polskiego życia publicznego – to bardzo ponura kpina z ludzi, którzy za czasów tego osobnika byli katowani w więzieniach i pomawiani przez tzw. małych świadków koronnych. Jeśli ktoś uważa inaczej czy kreśli analogię między Ziobrą a innymi ministrami sprawiedliwości, powinien bardziej zainteresować się praktykami jego i jego ludzi. Mariusz Gosek czy Mariusz Kałużny straszący „reżimem” czy „dyktaturą” nie budzą rozbawienia a oburzenie – i jest to oburzenie prawdziwe, nie to rodem z promocji, którym posługują się politycy. Co ważne, to nie jest jeszcze jedna sprawa z niejasnymi zarzutami i wojną polityczną w tle – ci ludzie narobili bardzo konkretne, możliwe do precyzyjnego opisania szkody.
I tak zyska PO-PiS
Sprzeciw wobec pozaprawnych praktyk Donalda Tuska i jego rządu nie powinien przesłonić politykom zdystansowanym wobec duopolu zarówno realnych skutków wpisania się w narrację Prawa i Sprawiedliwości, jak i rzeczywistego charakteru wymiaru sprawiedliwości pod rządami tej formacji. Jeśli politycy ci nie dostrzegają, że na takiej konfrontacji, jak na tysiącu podobnych zyskuje PO i PiS, jeśli naprawdę sądzą, że ludzie uwierzą, iż na ulice zaciągnął ich szacunek do praworządności i postawa państwowca – to może naprawdę nie nadają się do sprawowania władzy.
Jacek Tomczak


