Mecz o wszystko

Udany montaż

Podstawą obecnego systemu jest połączenie finansowania zadań szkoleniowych (ale także m.in. zawodów mistrzowskich dla młodzieży, wspierania udziału w nich poszczególnych klubów itd.) ze środków ministerialnych oraz samorządowych na szczeblu wojewódzkim. Gminom pozostają w tym zakresie zadania wsparcia poszczególnych przedsięwzięć klubowych. System jest mocno skomplikowany i niejasny, zdaniem działaczy daje jednak efekty. Gdy np. pieniędzy z ministerstwa starczało na sześciu zawodników, a efektywność szkolenia wymagała zapewnienia łącznie dziesięciu sparingpartnerów, to dzięki montażowi ze środkami przekazywanymi przez Zarządy Województw udawało się osiągać zamierzone rezultaty. Czy zadowalające z punktu widzenia kibiców i nie kojarzące się jeśli nie z korupcją, to z marnowaniem publicznego grosza – to już rzecz jasna zupełnie inna kwestia…

Tajna reforma

Teraz jednak ma być inaczej… choć jak dokładnie – oficjalnie nie wiadomo. Jeszcze w czerwcu z założeniami nowego systemu zapoznano marszałków województw. Zaraz jednak materiały konferencji z ich udziałem zorganizowanej nad Soliną… utajniono. Udało nam się jednak do nich dotrzeć. Zarówno z przestawianego zarysu, jak i z lakonicznych informacji przekazanych samorządom pod koniec sierpnia wynika, że ciężar zadań z zakresu sportu młodzieżowego ma zostać przeniesiony na relacje: ministerstwo – polskie związki sportowe oraz samorządy województw – kluby. Stronę sportową niepokoją w tej wizji co najmniej dwie rzeczy – fakt, że zapowiedziane przez resort trzy programy – Powszechnej Nauki Pływania, „Mały Mistrz” oraz „MultiSport” dotyczą raczej sfery edukacji, a nie szkolenia sportowego, a więc zostały przygotowane nie w tym resorcie co trzeba (bo niby czemu nie zajmuje się tym MEN?), za to zostaną sfinansowane z pieniędzy, które dotąd służyły najbardziej zainteresowanym, czyli samym klubom, związkom i interdyscyplinarnym stowarzyszeniom sportowym.

Skok na kasę

Wg propozycji ministry Muchy – tylko ostatni z wymienionych programów miałby zostać przekazany do realizacji Federacjom. Co do zasady zaś – pod dyktando ministerstwa „decydować” miałyby związki: czy realizują system kadr, mistrzostw i szkoleń same, czy delegują to zadanie związkom wojewódzkim, czy po staremu obdzielają nim federacje – czy też cedują te zadania operatorom zewnętrznym, wyłonionym przez Urzędy Marszałkowskie. I tu – zdaniem krytyków – jest pies pogrzebany! Chodzić ma bowiem o pieniądze na działalność i obsługę zadań sportowych, dotąd przekazywane Federacjom. Obecny system zostanie więc zniszczony, co go zastąpi – nie jest oczywiste, a jedyne co faktycznie wiadomo, to to, że faktycznie zmniejszona zostanie ilość dostępnych środków. Np. pieniądze budżetowe dla związków teoretycznie pozostały w ubiegłym roku na tym samym nominalnie poziomie. Jednak w związku ze zmianą źródła ich pochodzenia, a więc przeniesieniem poza budżet, do Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej – o połowę z mocy ustawy ograniczono środki przeznaczone na koszty własne organizatorów. Teraz, w wyniku „reformy” ma być jeszcze trudniej. I znowu – zwolennik powie “fajnie, mnie zmarnują”. Można jednak być zupełnie spokojnym, że piszący sprawozdania sobie poradzą. Co najwyżej będą one jeszcze bardziej kreatywne…

Ucieczka do przodu – i przez płotki

Mamy więc do czynienia z typową ucieczką do przodu. Działacze zwracają uwagę, że w kuriozalnym opracowaniu, czyli sporządzonych przez resort sportu „wyjaśnieniach” porażek olimpijskich Polaków – poczesne miejsce zajęły błędy popełniane przy szkoleniu młodzieży (inne to m.in. „niespodziewane kontuzje” – jakby były jakieś spodziewane…). Niestety, jak to w Polsce bywa – tego typu niepowodzenia i wnioski skłaniają do brania spraw w swoje ręce przez polityków. „Sprawy” zaś – nieuchronnie wiążą się też z publicznymi pieniędzmi, kuszącymi tak działaczy, jak i urzędników. Dobro trenującej młodzieży i perspektywy naszego sportu – schodzą przy takim założeniu na plan dalszy. Walka z Federacjami to więc ganianie Czarnego Luda i odwracanie uwagi od braku wizji i kurczowego trzymania się politycznego sterowania sportem, a przy tym oddanie marszałkom (czyli z jednym wyjątkiem funkcjonariuszom PO-PSL) dodatkowych instrumentów propagandy i budowania poparcia akurat w roku wyborczym.

Część Federacji została już postawiona w stan likwidacji. Obie strony patrzą na siebie z narastającą nieufnością, tymczasem nikt chyba nie wie jak ma wyglądać zapowiadany nowy system. Pierwsze przekonają się o tym – albo i nie – związki sportów zimowych, które wciąż nie wiedzą choćby jak będzie wyglądać ich olimpiada młodzieży, ani nawet kto w niej będzie mógł uczestniczyć. Część związków – czy to korzystając z lepszych kontaktów z administracją, czy uznając, że kto płaci – ten wymaga, godzi się na dyktat ministerstwa, choć sceptycznie patrzy na pomysły w rodzaju powołania wielkiego ogólnopolskiego „związku związków”, co też w pewnym momencie lansowano przez nieszczęsną Muchę.

Co by tu jeszcze sp…ć?

Łatwo jest w Polsce, zwłaszcza w środowisku kibiców, wzbudzić niechęć do „działaczy – pasożytów”. Łatwo też mrugać do laików, że jak się odetnie od kasy tych, co ją dotąd dzielili – to pieniędzy przybędzie. Biurokracja sportowa faktycznie może budzić zniecierpliwienie, składa się często z zastałych kombinatorów, którym zawsze dobrze tak jak jest. Ale zastąpienie ich innymi kombinatorami, którym się spieszy i faktycznie stawiają sobie tylko krótkoterminowe cele finansowo-polityczne – może być wylaniem dziecka z kąpielą. Mówimy bowiem o dłubaniu w procesach, które winny trwać latami, a nawet dekadami, celem kształcenia całych generacji zawodników. A założenie, że politycy, którzy dotąd s….i wszystko, czego się tknęli – akurat ze sportem zrobią porządek, zakrawa nie tyle na amatorską naiwność, co na wyczynową wręcz głupotę!

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *