Media a Rosja

Słowem, jeśli odpowiedni długo będzie się zaklinać rzeczywistość, to ona ostatecznie dopasuje się do narzucanego kierunku. O ile taktyka ta niejednokrotnie sprawdziła się w kwestiach wewnątrzkrajowych, o tyle można się zastanawiać czemu z takim uporem jest stosowana wobec sytuacji zagranicą, a dokładniej w Rosji i na Białorusi.

Zaprawdę pomysł, że w którymś z tych państwo dojdzie do „demokratycznej rewolucji” tylko dlatego, że namawiają do tego TVN i „GW” nawet chyba fanom tych przekaziorów musi wydawać się nieco odjechany. Mamy więc do czynienia raczej z zyskami pośrednimi propagandy demoliberalnej, a więc po pierwsze utrwalaniem poglądu, że tylko zachodni model demokracji jest słuszny i pożądany, a po drugie, że jakiekolwiek myślenie o normalizacji stosunków ze Wschodem jest herezją wobec politpoprawności. Zwłaszcza ten ostatni wątek musi się wydawać ważny eksponentom polityki unijnej w Polsce, bowiem to właśnie idea kontynentalnego mostu w jakiejś swej uwspółcześnionej wersji staje się obecnie najpoważniejszą alternatywą dla rozpadającej się UE. Propaganda musi więc każdą myśl o Wschodzie zohydzić w zarodku.

Że propaganda ta jest wyjątkowo prymitywna, wystarczy jeden rzut oka na telewizyjne wiadomości z Rosji. Już przed laty ukształtował się styl, którego czołowym reprezentantem był niesławnej pamięci Waldemar Milewicz: podawania wszelkich informacji ze Wschodu na nieustannej nucie agresji, bez jakiekolwiek rozdzielania choćby cienia informacji od komentarzy i zawsze negatywnych podsumowań. Obecnie tonu tego używa się podczas relacjonowania rachitycznych pikiet opozycyjnych w Moskwie. Gładko przechodzi się przy tym do porządku dziennego nad faktem, że w kilkunastomilionowej Moskwie gromadzą one ledwie nieco ponad tysiąc zawodowych demokratów. Eksponuje się za to skutki pewnej istotnej różnicy w ochronie bezpieczeństwa publicznego. Oto w Rosji i Białorusi za jego oczywiste naruszenie stosuje się sądy doraźne, orzekane z marszu, a orzekające od kilku, do kilkunastu dni aresztu. W Polsce, przyzwyczajonej do wielomiesięcznych postępowań o najbłahszą nawet sprawę, może to istotnie wywoływać wrażenie strasznego zamordyzmu. Dowcip polega jednak na tym, że do najbardziej oburzonych takimi praktykami należą u nas te same środowiska, które wykazywały się największym entuzjazmem dla pomysłu sądów 24-godzinnych…

Drugi ton używany w relacjach medialnych z Rosji i Białorusi ma być w założeniu prześmiewczy. „Premier Władymir Putin odbył rytualną wizytę w hipermarkecie, gdzie zwrócił uwagę na zbyt wysokie ceny szynki, nakazał więc ich natychmiastowe obniżenie, takie obrazki serwuje się ogłupiałym Rosjanom” słyszymy w tej samej telewizji, która nagle traci całe poczucie humoru, gdy premier Tusk nawiedza fabrykę traktorów, a prezes Kaczyński fascynuje się uprawą papryki. Co ważne, takich newsów do zrywania boków nie serwuje nam się z USA, co jest o tyle zabawne, że właśnie tamtejsi prezydenci system „wizyt gospodarskich” mają wręcz wkomponowany w obowiązujący styl sprawowania urzędu.

Takich różnic w traktowaniu sytuacji w Polsce i na Wschodzie jest zresztą mnóstwo. Z jednym z ciekawszych mieliśmy do czynienia przy tegorocznych wyborach w Polsce. Oto bowiem kiedy w Rosji zdarza się niezarejestrowanie kandydata, odmowa rejestracji komitetu wyborczego, czy kwestionowanie popierających go podpisów, to zdaniem polskich (?) mediów i analityków, jest to widomy dowód na fasadowość tamtejszej demokracji. A kiedy w Polsce za pomocą kruczków prawnych wyeliminowano niemal całą opozycję pozaparlamentarną, z KNP i Prawicą na czele, to był to dowód bezwzględnego poszanowania dla twardych, ale sprawiedliwych reguł demokratycznych! Podobnie rzecz się ma z wyborami w Rosji: 49,54 proc. na Jedną Rosję, przy 60– procentowej frekwencji – to dowód na “odwracanie się Rosjan od Putina” i zasadnicza porażka tej formacji, podczas gdy 39,18 proc. głosów na PO przy frekwencji 48 proc. – to bezwzględny triumf Donalda Tuska i symbol niekwestionowanego poparcia, jakim premier cieszy się w narodzie polskim… Nie sposób natomiast z natłoku newsów dowiedzieć się jak wybory w Rosji mogą jednocześnie być na 100 proc. sfałszowane i dowodzić jakichkolwiek tendencji występujących wśród wyborców? Jeśli to było fałszerstwo, to wyszło dokładnie tyle, ile miało wyjść, a więc Putin sobie poradził. Jeśli poparcie dla Jednej Rosji faktycznie nieco spadło, to wybory były uczciwe. Jak można podawać jako jedną prawdę do wierzenia dwa twierdzenia ze sobą sprzeczne? Ano, jak widać można…

Nb. analizują nieco poważniej wyniki rosyjskich wyborów należy zauważyć, że są one faktycznie korzystne dla Władymira Putina, który przecież już w marcu 2012r. zostanie ponownie prezydentem, a więc zbędna mu jest nadmierna siła własnej partii, skoro znowu w sposób oczywisty stanie się przywódcą całej Rosji. Trudno więc wynik parlamentarny Jednej Rosji traktować w kategoriach „osobistej porażki” byłego i przyszłego prezydenta, gdy sytuacja jest przecież dokładnie odwrotna. Innym błędem jest też pomijanie w komentarzach wyniku wyborczego Sprawiedliwej Rosji, błędnie nazywanej „koncesjonowaną socjalistyczną opozycją”. SR jest bowiem formacją nie tyle koncesjonowaną, co jawnie prorządową, a więc plan Putina dywersyfikacji poparcia społecznego na dwie partie zakończył się sukcesem. Warto przy okazji nadmienić, że na start z list Jednej Rosji zdecydowało się ostatecznie szereg środowisk imperialistycznych i nacjonalistycznych generalnie dość sceptycznych wobec obozu władzy, jak niewcielona do SR część „Ojczyzny”, Wielka Rosja czy Kongres Wspólnot Rosyjskich. Niekwestionowany lider tego obozu i jeden z najciekawszych polityków rosyjskich ostatnich lata, Dymitr Rogozin tłumaczył ten krok prostą pragmatyką, związaną m.in. z koniecznością utrzymywania suwerennej linii wobec rywali zagranicznych Rosji, jak i koniecznością wzmacniania wspólnego wewnętrznego frontu przeciw demokratom, zainteresowanym destabilizacją sytuacji w państwie.

Oczywiście, że hucpa 1.000 demokratów w jakimś moskiewskim zaułku nie obali władzy Putina, tak jak nie uczyni tego głupszy od komputera żydowski arcymistrz Kasparow, nawet wsparty przez siedzącego u jego boku Marka Migalskiego. Faktem jest też jednak, niestety, że pokazywane w polskojęzycznych mediach obrazki dają wymierne efekty. W tzw. „powszechnym odczuciu” Rosja to nie tylko zaprzysięgły wróg Polski, ale także barbarzyńska dzicz, z punktu widzenia rodzimego ćwierćinteligenta w dodatku niedemokratyczna. Takie postrzeganie naszego wschodniego sąsiada (abstrahując już od swej płytkości) jest obecnie wyjątkowo anachroniczne. Nawet ze swymi dysproporcjami społeczno-ekonomicznymi, trudnościami demograficznymi i długimi jeszcze latami cywilizacyjnej odbudowy – nikt już (poza Polską) nie kwestionuje rosnącej roli międzynarodowej Rosji, w tym zwłaszcza jej oddziaływania na przyszłość Europy. Zrywając dziś boki z relacji z Moskwy uśmiejemy się więc dopiero, gdy jak zwykle okażemy się ostatnim krajem ignorującym pozycję tak potężnego sąsiada.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *