Mesjasz truciciel (2)

Współczesne natrętnie rozpowszechniane przesądy opierają się na szalonych personifikacjach i uwzniośleniu martwych, neutralnych bytów lub pochodnych, demonicznych pojęć -kluczy. Jak dawni pogańscy idole nominalnie pochodzenia nadprzyrodzonego, tak dzisiejsze zrodzone z materii demony, ustami swych kaznodziejów domagają się uznania swej zbawczej misji, wymagają czci i ofiar, potępienia idei nieczystych, spełniania misteriów, konsekracji swych fetyszy. Sabat sztucznie uduchowionych bzdur ze swą metafizyczną pustką karmi świadomość treściami, które w każdych innych czasach zostałyby uznane za bełkot.

Świat”: w latach 80-tych krajowe media głosiły, że „cały postępowy świat obchodzi Święto Pracy”, dziś głoszą np., że „świat potępia łamanie praw człowieka”. Prezydent USA potępia kogoś w imieniu „świata”, prasa głównego nurtu ocenia kogoś w imieniu „świata”. Najwyraźniej w ich rozumowaniu totalnym, w pojmowaniu swej misji politycznej totalnie, nie wystarczy stworzenie wrażenia masowości, trzeba jeszcze werbalnie wykluczyć przeciwników ze „świata”, postawić poza „światem”. Przy okazji słyszymy, że ten „świat” może „iść” w jakimś kierunku, kogoś „oceniać”, „sprzeciwić się”, „niepokoić”.

Sformułowanie „społeczność międzynarodowa” czasem używane zamiennie ze słowem „świat” brzmi znacznie lepiej niż pojęcie „wyalienowane elity”. Politycy euroatlantyckiej sfery chcą przecież być postrzegani jako reprezentanci mas, prawdziwa trybuna ludu. Kto by się odważył sprzeciwić społeczności międzynarodowej? Któż by chciał być wykluczony ze społeczności międzynarodowej? Czy taka społeczność może się mylić? Czy „społeczność międzynarodowa” waląc bombami w Irak i stopniowo doprowadzając ten kraj do ruiny mogła kierować się czymś innym, niż tylko dobrem Irakijczyków?

Głoszą też, że „Historia” posiada kierunek, w którym np. „biegnie”. Najczęściej oczywiście jest to „przód” (historia „prze do przodu”). Mówią, że może „zwolnić”, „przyspieszyć”, nawet „zatoczyć koło”, że „lubi się powtarzać”, że można „stanąć przed historią”, „odpowiadać przed historią”, a nawet przed nią „zdać egzamin”, że historia może na kogoś „patrzeć”, kogoś „osądzić”, na kogoś „wydać wyrok”.

W rzeczywistości historia i świat nie mają żadnych „kierunków” do zaliczenia, na nikogo nie „patrzą”, i nie „oceniają”. To podnieconym intelektualistom i małpującym ich politykom wydaje się, że wypowiadając się za „historię” i „świat” dodają sobie powagi, a swym tezom głębi, że w ten sposób sami prą do „przodu” lub nawet kogoś tam pchają.

„Przyszłość” to tajemniczy byt gloryfikowany przez ewolucjonistów ducha przy pomocy sloganów, których związek z rzeczywistością jest co najmniej luźny. Przyszłości nie znamy, ale podobno możemy ją „wybrać”, „patrzeć” w nią lub się ku niej „zwrócić”. Czy mamy się zwrócić do wróżek, by podpowiedziały na co konkretnie mamy „patrzeć”, aby nie patrzeć w próżnię?

„Duch czasów donikąd nie idzie”- pisał Chesterton. Jeżeli współczesne zmiany społeczne, które ktoś stale próbuje uduchowić i uwznioślić, dokądś prowadzą, to raczej mamy do czynienia, jak z kolei pisał Evola, ze „spiralnym opadaniem właściwym naturalistycznym formom społecznym”. Dokąd można dojść gdy heroizm i kontemplację zastąpiły próżność, materializm i konsumpcja? – zapytałby.

Czym są tzw. znaki czasu skoro czas nie wysyła żadnych „znaków”, podobnie jak żadnych znaków nie wysyła kawał asfaltu? To znów grupy intelektualistów pobudzonych własną oceną jakiegoś zjawiska ogłaszają raz po raz pojawienie się „znaku czasu”, domagając się jego odczytania i zrozumienia.

Dość łatwym do odczytania i zrozumienia tzw. znakiem czasu jest przewalająca się przez Europę tendencja do seksualizacji dzieci przy pomocy publicznej edukacji, o mediach nie wspominając. Byłoby nielogiczne i niekonsekwentne, gdyby w ogrodach zamienionych przez liberałów w szambo ostała się jakaś strefa dzieciństwa, jakiś niezabrudzony zagon, na którym mogą jeszcze wyrosnąć lilie i róże.

Podział na „prawicę” i „lewicę” wyrastający z czasów reakcji doktrynalnej na rewolucję francuską (skoro nie wymyślono go wcześniej, widocznie nie był wart tego, żeby istnieć) doczekał się niezliczonej liczby odmian i mutacji w zależności od kraju i czasu. U niektórych rodzi on złudne nadzieje, że poprzez działanie w szeregach „prawicy”, ewentualnie „lewicy”, możliwe jest jakieś uzdrowienie, jakaś naprawa cywilizacji, jakby dało się odświeżyć zgniły owoc obracając go na zmianę w prawo i w lewo.

Wreszcie, „demokracja”,podstawowe zaklęcie namaszczonej nowomowy, oznacza dziś nie tyle system, co podstawowy byt suwerenny, nadprzyrodzoną doskonałość poza którą nie ma zbawienia jeno płacz i zgrzytanie zębów. Depozytariusze tajemnicy najwyraźniej wierzą, że nieznany prorokom mesjasz, któremu tak profesjonalnie dogadzają, prowadzi gdzieś dalej niż tylko w maliny, skoro ideę demokracji sytuują ponad ideą Boga jakkolwiek rozumianego (idei wtórnej), a dla jej „umocnienia” organizują międzykontynentalne pancerne krucjaty, bo jak widać organizacja wyborów, tj. misterium, którego „wierzącym i praktykującym” demokratom opuszczać się nie godzi, to stanowczo za mało.

Pamiętajmy, że każdy kolejny system polityczny miał swoją własną terminologię, własne pustosłowie i zbiór słów-kluczy, które dzień po dniu tłukł ludziom do głów. Pamiętajmy, że w ciągu ostatnich stu lat na naszych ziemiach system zmienił się kilka razy, a obecny też z pewnością nie jest ostatnim. Dlatego nie traktujmy z przesadną czcią aparatu pojęciowego, który przemijające elity uświęciły na wyrost.  

Miłosz Szuba

/ame/

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *