Mieczysław Grydzewski o Robercie Brasillachu na łamach “Wiadomości” w latach 1957-1958

W związku z ukazaniem się na polskim rynku księgarskim pierwszej w języku polskim biografii francuskiego pisarza i poety Roberta Brasillacha, piόra Philippe’a D’Hugues, prezentujemy Czytelnikom dwa unikalne dokumenty pochodzące z emigracyjnego tygodnika Wiadomości”, ktόry ukazywał się w Londynie do 1981 roku. Wydawał go Mieczysław Grydzewski.

To właśnie on jest autorem obu, poniższych artykułόw.

Wszystkich Czytelników zainteresowanych twόrczością Roberta Brasillacha zachęcamy do zakupu jego biografii:

Philippe D’Hugues, „Brasillach”, Agencja Wydawniczo-Reklamowa ARTE, Biała Podlaska, 2013.

Dostępna w księgarni im. Bolesława Prusa w Warszawie , w sieci empikόw, na allegro.pl i na  www.polbook.co.uk.

Przy okazji przypominamy artykuły o Robercie Brasillachu opublikowane na naszym portalu:

https://www.konserwatyzm.pl/artykul/5296/prosba-do-czytelnikow, https://www.konserwatyzm.pl/artykul/3643/67-rocznica-smierci-roberta-brasillacha, https://www.konserwatyzm.pl/artykul/10640/pierwsza-biografia-roberta-brasillacha-juz-dostepna-w-jezyku, https://www.konserwatyzm.pl/artykul/10879/antoine-ratnik-ami-robert-deus-metet-tanme-en-flors.

Antoine Ratnik

 

Notatki francuskie. Burza w teatrze [w:] „Wiadomości” (Londyn), rok XII, nr 50 (611) z 15 grudnia 1957 r., s. 4.

 

18 listopada b.r. miała się odbyć w Paryżu premiera sztuki Roberta Brasillacha p.t. „La Reine de Césarée”. Sztuka, napisana przed 18 laty, jest nową wersją rasynowskiej „Bérénice” i nic nie ma wspólnego z polityką nawet w znaczeniu ideologicznym, ale jej autor został, po wyzwoleniu Francji, skazany wyrokiem sądu w Paryżu na śmierć za współpracę z Niemcami; rozstrzelano go 6 lutego 1945 r.

            O zamiarze wystawienia sztuki przez niewielki Théâtre des Arts wiadomo było od dawna i pozornie nikt się tym zbytnio nie przejmował, ale już na przedstawieniu dla prasy, w przeddzień premiery, cześć publiczności zaczęła głośno protestować. Związek b. uczestników ruchu oporu uznał że wystawienie utworu „zdrajcy” byłoby profanacją uczuć patriotycznych i dał sygnał do przeciwdziałania. Na ulicy przed teatrem zgromadzili się manifestanci w postawie bojowej, ale mimo wznoszonych okrzyków i wybicia kilku szyb, przedstawienie dobiegło do końca.

            Nazajutrz jednak na premierze publicznej manifestanci (pod egidą Komitetu Akcji Oporu oraz Ligi Przeciw Antysemityzmowi) wszczęli burzę. Przedstawienie musiano przerwać; wiadomo było zresztą, że zarządzeniem władz nakazano zdjęcie sztuki z afisza. Drobna, wątła Alice Cocéa, grająca główną rolę, wyszła przed kurtynę i głosem nabrzmiałym łzami oświadczyła: „Sztuka, którą mieliśmy zaszczyt grać po raz ostatni, jest sztuką Roberta Brasillacha”.

            Był w tym wyraz powagi i gest odwagi wobec roznamiętnionych okrzyków zwracających się nie tylko przeciw sztuce, ale przeciw aktorom którzy zgodzili się w niej grać, przeciw władzom które dopuściły do jej wystawienia, przeciw krytykom którzy jej bronili. Wśród aktorów tych był Raymond Hermantier, na pewno nie „faszysta” – prawdziwy kombatant, ciężko ranny na wojnie, wśród krytyków, którym wymyślano od zdrajców i sprzedawczyków, byli Robert Kemp i J.-J. Gautier, ludzie czystych rąk i o czystej karcie pod okupacją niemiecką. Doszło do tego, że „antyrasistowscy” manifestanci wypominali Cocéi jej nie francuską narodowość (jak wiadomo, jest ona Rumunką).

            W światłej opinii zaciekłość sprawców i podżegaczy manifestacji wzbudziła niesmak. „Figaro” jest bodaj jedynym z dawnych dzienników paryskich, który podczas okupacji niemieckiej zachował godną postawę i tylko on jeden dostąpił zaszczytu że po wojnie ukazuje się pod swoją – nie splamioną nazwą. Pierre Brisson, naczelny redaktor „Figara”, zabiera w nim głos tylko w okolicznościach wyjątkowych i w sprawach najdonioślejszych. Po zajściach w Théãtre des Arts napisał, że tylko wtedy mogłyby być usprawiedliwione, gdyby sztuka Brasillacha miała charakter polityczny i „o znamionach odwetu”, ale ta nie była – manifestantom chodziło o samo nazwisko Brasillacha; jest to nazwisko człowieka który nie żyje, który śmiercią okupił swój błąd. „Procesu jego – kończy Brisson – nie wolno podejmować po raz drugi. Dzieło jego należy do publiczności, a grób jego zasługuje na szacunek”.

            Recenzenci podnosili, że sztuka jego jest utworem w szlachetnym gatunku i aż nadto „literackim”. Pięcioaktowa tragedia klasyczna, napisana językiem współczesnym, ma prostą i harmonijną budowę, oznacza się spokojną jednolitością tonu i wytwornym stylem. Przepaść ras, która przyczynia się do rozstania między kochankami, ukazana została w sposób taktowny i uczciwy, pozbawiony wszelkiej jaskrawości i odcienia demagogicznego. Podkreślano, że ma znane cechy stylu Brasillacha, wyróżnia się – jak cała jego twórczość – klarownym językiem oraz mieszaniną ironii i melancholii, tak właściwą temu autorowi, a tym razem przypominającą w tonie i gatunku utwory sceniczne Giraudoux.

 

            Brasillach (1909-1945) był przed wojną krytykiem literackim „Action Française” i na tym stanowisku dał dowody błyskotliwej inteligencji. Łączył polot z ironią, poetycki wdzięk ze złośliwością. Pisał i o teatrze; odznaczył się płomienną obroną szlachetnych wysiłków scenicznych, tępił miernotę, sławił Jouveta, Dullina, Pitojewa i Baty’ego, był całą duszą po stronie słynnego „kartelu” inscenizatorów. O kinie pisał w zwykłym swym stylu – półmarzycielsko i półironicznie; on i Maurice Bardèche byli współautorami doskonałej książki o dziejach filmu. Kilka jego powieści przypomina w nastroju Alaina Fournier. Świetne zapowiedzi pisarskie zwichnęła polityka. Opętany pasją polityczną, przedstawiciel rozmarzonego wdzięku w literaturze, stał się naraz faszystą z przekonania (i zacietrzewienia) i zagorzałym szermierzem współpracy francusko-niemieckiej. Podczas okupacji, był zdecydowanym kolaborantem, podobnie jak Drieu la Rochelle. Obaj przypłacili to śmiercią: Drieu z własnej ręki, Brasillach – z ręki rodaków.

            Warto przypomnieć, że większość pisarzy francuskich o znanych i wybitnych  nazwiskach zajmowała wtedy postawę, jeśli nie służalczą, to ugodową, a w każdym razie dwuznaczną. Z głośniejszych nazwisk członkami ruchu oporu byli Malraux, Aragon i poeta René Char. Bez zarzutu zachowało się nie tak wielu. Z wielkich nazwisk literatury francuskiej okazali godność i odwagę Gide i Mauriac.

            Pod zarzutem kolaboracji stał niejeden. Sacha Guitry przesiedział kilka miesięcy w areszcie. Całkiem czystej karty nie mieli ani Mirand, ani Montherlant, ani Chardonne, ani Giono.

            Ale czas robi swoje i najbardziej nawet splamionym współpracą wybaczono ich grzechy. Céline, po ciężkich opałach, w których się znalazł gdy wrócił do Francji, pisze i wydaje. Już po wojnie wydano powieść Luciena Rebateta, skompromitowanego nie mniej niż Brasillach, i nikt nie zastosował do niej bojkotu.         

                                                                ***

Silva rerum. Paryski notatnik teatralny [w:] „Wiadomości” (Londyn), rok XIII, nr 14/15 (627/628) z 6/13 kwietnia 1958 r., s. 13

 

24 grudnia [1957 r.]

Sprawa Brasillacha

            Autor sztuki „La Reine de Césarée”, wybitny pisarz młodego pokolenia, Robert Brasillach, został rozstrzelany w r. 1945 r. za współpracę z Niemcami. Dlatego wystawieniu jego sztuki w Théâtre des Arts towarzyszyły wrogie demonstracje i awantury (por. „Notatki francuskie” w nr 611 „Wiadomości”).

            Brasillach, faszysta i antysemita jeszcze sprzed wojny, nie zaniechał swojej działalności w czasie okupacji. Od maja 1941 do kwietnia 1943 był redaktorem czarnosecinnego tygodnika „Je Suis Partout”, ale na tle różnicy poglądów z reprezentantami skrajnego kierunku germanofilskiego ustępuje ze stanowiska redaktora. W przede dniu wyzwolenia nie chce zgodzić się na wyjazd do Niemiec czy do Hiszpanii, po wyzwoleniu ukrywa się w przewidywaniu represji; wszelako po aresztowaniu matki, brata i szwagra – jako „zakładników” – dobrowolnie oddaje się w ręce władz.

            Akt oskarżenia zarzucał mu artykuły szkalujące republikę francuską („stara, dogorywająca nierządnica, dziwka zżarta od syfilisu”), przezywanie Roosevelta impresariem od wojny (barnum du bellicisme), nazywanie żołnierzy niemieckich „braćmi i towarzyszami tej samej krwi”, odwiedzanie Instytutu Niemieckiego oraz udział w zarządzie Księgarni Niemieckiej w Paryżu, no i rzecz prosta współpraca z Niemcami. Brasillach bronił się, że artykuły przeciw republice pisał już przed wojną, że nie miał powodu oszczędzania Ameryki głuchej na krzyk rozpaczy Reynaud w chwili załamania się Francji w r. 1940, że wprawdzie żołnierze niemieccy popełniali okrucieństwa, ale popełniali je również żołnierze francuscy w Indochinach, że w Instytucie Niemieckim spotykał takich pisarzy jak Duhamel i Giraudoux i że Księgarnia Niemiecka sprzedawała głównie książki francuskie, nie wyłączając poetów komunistycznych, jak Aragon i Else Triolet. Zacytował przy tym ustęp z pisanego przez siebie w tym czasie listu: „… w r. 1939 Dèat wyszydzał tych, którzy chcieli umierać za Gdańsk. Czy trzeba dziś umierać żeby Gdańsk pozostał niemiecki? Odpowiadam: nie”.

            Obrońca Brasillacha nie miał trudności w udowodnieniu, że współpraca z Niemcami była legalnie zalecona przez legalne zgromadzenie narodowe. Po ogłoszeniu wyroku śmierci ktoś na sali wykrzyknął: „To hańba”. „To zaszczyt” – odpowiedział Brasillach. W celi skazańca pracował nad szkicem o André Chénier. Gdy nałożono mu kajdany, napisał o tym czterowiersz przypominający słynne strofy „The Ballad of Reading Gaol” Oscara Wilde: „Nie miałem nigdy klejnotów ani pierścionka, ani łańcuszka na ręce. Są to rzeczy źle widziane u nas. Ale włożono mi łańcuch na nogi”.

            Prośbę o ułaskawienie podpisało wielu pisarzy: jeden który wszystko Brasillachowi zawdzięczał, odmówił.

            Generał de Gaulle przyrzekł Mauriac’owi, że Brasillach będzie ułaskawiony, ale przyrzeczenia nie dotrzymał: podobno w ostatniej chwili pokazano mu fotografię Brasillacha w mundurze Wehrmachtu. W istocie rzeczy fotografia przedstawiała Doriota.

             „La Reine de Césarée” jest jakby parafrazą rasynowskiej „Bérenice”, napisaną prozą i zaprawioną anachronizmami oraz kokieterią w stylu Giraudoux. Tylko z wielkim trudem można odnaleźć w niej jakiekolwiek aluzje polityczne. W pewnej chwili królowa żydowska Berenika mówi: „Los mojego narodu rozstrzyga się nie na polu bitwy. Ta zwyciężona zbieranina kupców, filozofów, lichwiarzy, rewolucjonistów i bankierów, którą utrzymałoby w moresie stu gwardzistów konnych i batalion Maurów, może być dość poważną pomocą dla zwycięzców. Należy nam zrobić miejsce, inaczej sami je sobie zrobimy”.

            Można ostatecznie doszukać się w tych słowach antysemityzmu, ale jest to antysemityzm bardzo wysublimowany.

            Nie było żadnego powodu do manifestacji przeciw sztuce Brasillacha, jak nie było żadnego powodu do rozstrzelania go. Wyrok śmierci nie pozostawał w żadnej proporcji do popełnionych przez niego występków i był obmierzłym mordem sądowym. Jak słusznie mówi król Ferrante w sztuce Montherlanta  „Le Reine morte”: „Zauważyłem że prawie zawsze zabija się za wcześnie. Jeszcze kilka dni a zabity nie okazałby się tak winny. Ileż zabójstw polega na nieporozumieniu!”. Gdyby Brasillach został ułaskawiony, odzyskałby w krótkim czasie wolność i nadal wzbogacałby literaturę francuską swoim piórem.

            Rolę Tytusa w „Le Reine de Césarée” grał Raymond Hermantier, który w walkach z Niemcami odniósł ciężkie obrażenia. Na premierze usiłował uspokoić wrzeszczący tłum, powoływał się na swoją kombatancką przyszłość, ukazywał swoje zniekształcone dłonie, słowem, zachował się niemal jak Winicjusz w cyrku rzymskim, który „rozdarł tunikę na piersiach, odkrył blizny pozostałe po ranach otrzymanych w wojnie armeńskiej i wyciągnął ręce do ludu”. Ale fanatycy paryscy okazali się mniej kulturalni niż Rzymianie za czasów Nerona.   

a.me.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *