Moment pokoleniowy?

W świecie politycznym istnieje raczej konsensus, iż z taktycznego punktu widzenia wist Przemysława Wiplera z mijającego tygodnia był falstartem. Za wcześnie. Czemu Wipler zdecydował się na stanowcze zagranie można spekulować. Wcale niekoniecznie musiał zadecydować błąd w politycznych rachunkach. Czasem są inne motywacje skłaniające do wydania walki nie w optymalnym czasie i miejscu. To jednak zagadnienie z dziedziny jak najbardziej bieżących rozgrywek i nie będziemy się tym tu zajmować.

Wipler jawił się dotychczas jako zawodnik raczej cyniczny. Jeżeli dobrze rozumiem jego przygodę w PiS, to przebiegała ona mniej więcej tak. Najpierw roił sobie, że zostanie usynowiony przez Jarosława Kaczyńskiego. Potem chociaż ubratowiony przez Adama Hofmana. Aby sobie zbudować szczeble awansu, gotów był zakładać jakieś Ruchy 10 Kwietnia, opowiadać o Beacie Szydło jako mężu stanu. Innymi słowy, był gotów na wszystko. Na koniec zrozumiał, że w PiS kariery nie zrobi. Siedzenie w ostatnim rzędzie obok Selina i Ujazdowskiego chyba go nie interesowało. Może po prostu sejmowa pensja nie jest dla niego wystarczającą zachętą, by spędzać życie jako mupet Prezesa. Pozwalam sobie analizować Przemysława Wiplera tylko po to, by absolutnie jasne było, iż z całą pewnością mamy do czynienia z człowiekiem, któremu uprawianie polityki przez świadome sprzedawanie ludzikom bajdur bynajmniej nie jest obce.

Typowy dylemat współczesnego konserwatyzmu to kwestia, czy warto uczestniczyć w bieżącej polityce, skoro w demokracji, zwłaszcza liberalnej jest ona tylko konkursem okłamywania wyborców. Prawdziwe cele, nieważne małe czy wielkie, realizuje się co najwyżej przy okazji, większość czasu poświęcając na budowanie fikcyjnych narracji. Wipler występuje z PiS i przedstawia zbiór postulatów, które nie przyniosą łatwej popularności, ale są agendą faktycznych potrzeb, tego, co trzeba zrobić, by doprowadzić do wzmocnienia kraju. Nawet gdyby wymagało to wyrzeczeń. Jest to powiedzenie wyborcom wprost: nie jestem po to, żeby mówić wam przyjemne rzeczy, a o tym, co dla wspólnego dobra niezbędne.

Nie jest tak, że każdy polityk pokazujący realne cele skazany jest na porażkę. Ludzie lubią słuchać wyborczych obietnic, ale tak naprawdę gardzą politykami, których aktywność publiczna ogranicza się do tej metody. Ponieważ w Polsce obecnie nie ma innych, tu należy poszukiwać przyczyn bardzo niskiego poważania społecznego dla polityków.

Instytucją, która najlepiej pokazuje, że popularność, a tym bardziej autorytet mają bardzo niewiele wspólnego z mówieniem ludziom tego, co chcą usłyszeć, jest oczywiście Kościół. W XX wieku widocznym było, iż w tych krajach, gdzie Kościół dla przypodobania się niskim zachciankom wiernych relatywizował swoje nauczanie, szczególnie moralne, pustoszał w tempie zastraszającym. Nie jest przypadkiem, że prawdziwy konserwatyzm to ten katolicki. Dziś w Polsce bardzo trudno uprawiać politykę ambitnych celów między innymi dlatego, że sam Kościół, głównie za sprawą Radio Maryja, oddaje się orgii demokratycznej nieodpowiedzialności, nurzając się w odmętach najbardziej obrzydliwych ekskrementów rewolucyjnego patriotyzmu a la Antoni Macierewicz, popierając każdy populizm, czy wręcz zbójeckie grupy interesów w rodzaju PKP z ich związkami zawodowymi i hersztem senatorem Stanisławem Kogutem.

Wracając do Przemysława Wiplera. Chyba na skutek całkowitego zdegustowania praktykami politycznymi PiS przynajmniej przez chwilę uznał on, że marnowanie życia na uprawianie polityki w ten sposób zwyczajnie nie ma sensu. Desperacko rzucił się w polityczną przepaść głoszenia postulatów realnych, a nie tylko propagandowych. Żeby uprawiać politykę demoliberalną, wystarczy być cwanym politykierem. By dźwignąć konserwatywną polityczną odpowiedzialność, potrzeba prawdziwego męża stanu. Czy Wipler nim jest, to oczywiście oceniać za wcześnie. W każdym razie w polskiej polityce powstała sytuacja ciekawa. Moment pokoleniowy. Determinujący być może kierunek na przyszłość widzianą nie tylko w perspektywie jednej kadencji. Taka chwila, w której okaże się, czy ci, co przyjdą po Prezesie, będą uprawiać politykę prawdziwą, czy nadal tylko tworzyć legendy partyjne mające na celu przede wszystkim pobieranie corocznej wysokiej dotacji.

Moment pokoleniowy widoczny jest tym bardziej, iż dosłownie kilka dni później przedstawiono przedsięwzięcie idące w dokładnie przeciwnym kierunku. Tzw. „Ruch Narodowy” to wizja, iż optymalnym programem jest podawanie Polakom jeszcze mocniejszych dawek politycznych emocji. W ich budowaniu najlepiej odwoływać się do wydarzeń historycznych: żołnierzy wyklętych, obrzucać się z PiS wyzwiskami, kto bardziej jest stronnikiem okrągłego stołu, kto agentem, itp. Odnoszenie pryncypiów światopoglądowych do obecnych realiów jest widziane niemiło. Naprowadza w niebezpieczny obszar problemów realnych, które do snucia propagandowych nadają się bardzo słabo. Pewnie właśnie dlatego chyba jedyny, który podczas Kongresu próbował to robić, Krzysztof Bosak, został potraktowany dość niegrzecznie, a na portalach społecznościowych sami „narodowcy” przesyłali sobie memy zohydzające go jako nudziarza, opowiadającego nie wiadomo o czym, zamiast drzeć się, że „Wielka Polska”.

Być może Przemysław Wipler przeleci po prostu jak kometa po politycznym polskim niebie, płonąc swoim zniechęceniem do tego, co zobaczył w PiS, gdy przyjrzał się tej bandzie aparatczyków i karierowiczów z bliska. Na razie żyjmy nadzieją, iż jest symptomem nowej jakości, która wyłoni się przy okazji zbliżającego się czwórboju wyborczego. 

Ludwik Skurzak

a.me.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Moment pokoleniowy?”

  1. Przemysław Wipler to kolejny polityk tzw. prawicy, który w interesie USA i Niemiec podjudza Polaków na Rosję i Rosjan. Różnica między nim, a jego starszymi kolegami z POPiS-u jest taka, że on jest młodszy od nich, ale jego polityka zajeżdża tą samą rusofobiczną stęchlizną. Po co takie coś nam w polityce?

  2. Myślałem, że może poseł Wipler odcina się od poglądów Macierewicza na katastrofę Smoleńską – ale ostatnio w “Jeden na jeden” powiedział wyraźnie, że to nie jest powodem i zgadza się z Macierewiczem w tej kwestii. Więc pod tym względem nie różni się od PiS.

  3. Jak trzeba byc slepym i ograniczonym historycznie zeby dalej sie ludzic jakims sojuszem z rosja? Historia uczy nas ze rosja nas nienawidzi a my jestesmy jakimis smiesznymi durnymi polaczkami ktorzy wierza w jakiegos rimskiego pape… moskwa nas nienawidzi nienawiscia czysta i namietna.. Niech ktos poda jakis najmniejszy przyklad z historii gdzie moskwa uczynila dla nas cos dobrego??? To ja wole USA i niemcy.. ci przynajmniej udaja przyjaciol 🙂

  4. “…Historia uczy nas ze rosja nas nienawidzi…” – historia, czy histEria, 🙂 ? Fakt, lichwiarzy, żydomasonerii i jankesom-jaj-lizania Rosja nienawidzi, a że PiS’owi z takim łajnem po drodze to już ich, pisiarczyków, prabljema.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *