Wątpliwa spójność koalicji antysyryjskiej

Zapoczątkowane policyjną interwencją z 31 maja przeciwko demonstrantom okupującym park przy placu Taksim w Stambule, a ogarniające następnie cały kraj masowe wystąpienia przeciwko premierowi Recepowi Tayyipowi Erdoğanowi i jego Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) każą postawić pytanie o dalszą rolę Turcji w koalicji antysyryjskiej.

Złudzenia „neoosmanizmu”

W przypadku ustąpienia rządu, być może zarzucona zostałaby polityka „neoosmanizmu”, w ramach której obecne władze Turcji dążą do obalenia rządu w Damaszku. Polityka ta jest kolejną odsłoną mocarstwowych aspiracji Ankary, które już na początku lat 90-tych starali się realizować prezydent Turgut Özal i premier Süleyman Demirel pod hasłami „panturanizmu”.

Polityka ta cieszy się obecnie poparciem między innymi radykalnie nacjonalistycznej tajnej organizacji „Ergenokon”, starającej się od 2007 r. infiltrować instytucje państwowe i forsować politykę łączącą program mocarstwowy oraz proamerykanizm. To również „Ergenokon”odpowiada za liczne w Turcji po przejęciu władzy przez AKP aresztowania oskarżanych o próbę zorganizowania politycznego przewrotu dziennikarzy, wojskowych i polityków. Niezadowolenie ostatnim rozwojem wypadków wyraża zaś między innymi armia, grożąca odsunięciem od władzy rządu Erdoğana w przypadku powtarzania się ataków policji na demonstrantów. Byłaby to kolejna już ingerencja tureckich sił zbrojnych w życie polityczne tego kraju po zamachach wojskowych z maja 1960 roku, z marca 1971 roku i z września 1980 roku.

Znaczenie czynnika kurdyjskiego

Nie zawsze jednak kierunek prozachodni był dla obecnych AKP-owskich elit tureckich kierunkiem oczywistym: po objęciu fotela premiera w 2003 r. przez Erdoğana, turecki Medżlis zablokował udział armii tego kraju w agresji na Irak, a także możliwość skorzystania dla celu takiego ataku z terytorium Turcji przez siły zbrojne Stanów Zjednoczonych – Amerykanie musieli w wyniku tej decyzji operować z Kuwejtu. Zaniepokojenie w Ankarze wywoływała wówczas przychylność władz amerykańskich dla kurdyjskich separatystów w Iraku. Liczba kurdyjskich mieszkańców Iraku sięga 5 mln. Południową granicą zajmowanego przez nich terytorium jest region roponośnych miast Kirkuk i Mosul. Secesjonistyczne aspiracje irackich Kurdów wyrażają Patriotyczna Unia Kurdystanu (PUK) pod przewodnictwem Dżalala Talabaniego oraz Demokratyczna Partia Kurdystanu (DPK) zorganizowana wokół klanu Barzanich.

Kurdowie w liczbie 15 mln. mieszkają też jednak na terenie Turcji – przede wszystkim na południowym wschodzie, ale od zakończenia II wojny światowej również w ośrodkach miejskich zachodniej Turcji. Tureccy Kurdowie nie uznali zniesienia przez Kemala Paszę kalifatu w 1924 r. i prowadzonej przez rząd republikański polityki laicyzacji, wzniecając serię powstań z których pierwsze wybuchło pod hasłami obrony islamu już w 1925 r. Kurdowie powoływali się na postanowienia podpisanego 10 sierpnia 1920 r. przez Ententę z rządem sułtana Mehmeda VI (1918-1922) traktatu pokojowego w Sèvres przyznającego Kurdystanowi autonomię. W kolejnym jednak traktacie, podpisanym 24 lipca 1923 r. w Lozannie, tym razem już z rządem republikańskim, zrewidowano postanowienia z Sèvres, między innymi znosząc autonomię kurdyjską. Do 2002 r. publiczne posługiwanie się językiem kurdyjskim (mającym tradycję sięgającą ok. 3 tys. lat i należącym w przeciwieństwie do języka tureckiego do grupy języków indoeuropejskich) było prawnie zabronione, zaś władze tureckie do dziś nie uznają odrębności narodu kurdyjskiego, mówiąc o Kurdach jako o „górskich Turkach”.

Hasła separatyzmu kurdyjskiego podniosła na nowo w Turcji założona w 1977 r. i kierowana przez Abdullaha Öcalana marksistowska Partia Pracujących Kurdystanu (PKK). Od 1984 r. prowadziła ona przeciwko Turcji działania partyzanckie i terrorystyczne, korzystając przy tym ze wsparcia finansowego między innymi Grecji (skonfliktowanej z Turcją o zajętą przez Ankarę w 1974 r. północną część Cypru), Syrii (zgłaszającej roszczenia wobec przekazanego Turcji w 1939 r. przez francuskie władze mandatowe dawnego osmańskiego sandżaku Aleksandretty), jak również Iranu. Licząca sobie około 20 tys. ludzi partyzantka PKK przeprowadzała na terytorium tureckie wypady między innymi z terenów północnej Syrii i północnego Iraku, w tym ostatnim przypadku prowokując odwetowe rajdy armii tureckiej. Wreszcie w 1998 roku, mające w granicach swego państwa 1 mln. mniejszości kurdyjskiej i znalazłszy się pod silną presją groźby tureckiej interwencji wojskowej, władze Syrii wydaliły ze swych granic Öcalana, który w lutym następnego roku został pojmany w Kenii przy współpracy służb tureckich, amerykańskich i izraelskich. Rewolta kurdyjska uległa wytłumieniu, zaś władzom w Ankarze nie zależało na powstaniu warunków do jej wznowienia, stąd też ich niechętny stosunek do agresji amerykańskiej na Irak i planów powołania tam kurdyjskiej autonomii.

Po wyeliminowaniu konfliktogennego czynnika kurdyjskiego pojawiły się warunki dla poprawy relacji turecko-syryjskich. Przed wybuchem zamieszek w Syrii w marcu 2011 r. obydwa państwa współpracowały w ramach umowy o wolnym handlu i umowy o ruchu bezwizowym, organizowały dwustronne wzajemne wizyty na szczeblu państwowym, zaś w 2009 r. zorganizowały nawet wspólne manewry wojskowe na granicy syryjsko-tureckiej.

Podstawy stabilności sytuacji w Kurdystanie są jednak niepewne, gdyż rząd Erdoğana zwleka z przyjęciem będących warunkiem i podstawą porozumienia z PKK zmian w konstytucji, ponadto zaś obydwie strony pamiętają o 3 tys. padłych w ostatnich latach w konflikcie ofiar. Erdoğan po wybuchu syryjskiej wojny domowej próbował przekierować kurdyjski separatyzm przeciwko Syrii, były to jednak działania skazane na niepowodzenie, ponieważ połowa Kurdów to alawici dzielący wiarę z obecną elitą rządzącą Syrii, ponadto zaś, o ile irackie partie kurdyjskie PUK i DPK są proamerykańskie, o tyle turecka PKK zajmuje stanowisko niechętne Waszyngtonowi, pamiętając że jej działania tłumione były w latach trwania wojny partyzanckiej z użyciem sprzętu wojskowego dostarczanego przez USA, między innymi śmigłowców uderzeniowych „Apache”.

Znaczenie czynnika energetycznego

Najświeższe sprzeczności między Damaszkiem a Ankarą wiążą się z kwestią przesyłu ropy naftowej. Dla Turcji bardzo istotne znaczenie ma otwarty w 2006 r. ropociąg Baku-Tbilisi-Ceyhan i biegnący wzdłuż niego Gazociąg Południowokaukaski. Ich powstanie wpisywało się w starania Turcji o zdobycie pozycji podstawowego kraju tranzytowego w przesyle węglowodorów ze złóż bliskowschodnich i kaspijskich do Europy. W 2009 r. jednak Baszar al-Assad ogłosił „strategię czterech mórz” mającą uczynić z Syrii korytarz tranzytowy ropy i gazu, połączony rurociągami z basenami Morza Czarnego, Morza Kaspijskiego, wschodniej części Morza Śródziemnego, a także z basenem Zatoki Perskiej. Z kolei w lipcu 2011 roku, tak więc już w trzy miesiące po rozpoczęciu zamieszek w Syrii, sfinalizowane porozumieniem zostały prowadzone od roku rozmowy pomiędzy władzami w Damaszku, w Bagdadzie i w Teheranie. Umowa dotyczyła budowy wartego 10 mld. dolarów rurociągu (zwanego „rurociągiem przyjaźni”) łączącego największe na świecie złoża ropy w Południowym Pars w jego irańskiej części, ze śródziemnomorskimi portami Syrii i Libanu, przez terytorium irackie. Wojna domowa w Syrii i ewentualne obalenie rządu w Damaszku znacznie utrudniłoby i opóźniło, jeśli w ogóle nie uniemożliwiło realizację tego projektu, toteż Turcja zaangażowała się we wsparcie dla rebeliantów. Zyskała w tym poparcie Waszyngtonu i zwasalizowanych przez niego państw europejskich, dążących poprzez nakładanie kolejnych sankcji do gospodarczego izolowania Iranu (co zresztą pogłębiło kryzys finansowy w Grecji w 2010 roku, odcinając temu państwu źródła 1/3 zaopatrzenia w ropę, a także przyniosło straty Włochom, utrudniając zwrot inwestycji dokonanych w Iranie przez włoski koncern naftowy ENI).

Wobec niepowodzenia planów uczynienia z Turcji węzła energetycznego wiążącego Azję, Europę, Afrykę, Bliski Wschód i obszar posowiecki (tzn. złoża kurdyjskie i kaspijskie ze światowymi odbiorcami wydobywanej w nich ropy), Ankara podjęła plany rozbudowy sektora energetyki jądrowej. Do 2023 r. planuje się uruchomienie trzech reaktorów jądrowych – jeden z nich wybudowany zostanie przez kapitał francusko-japoński, drugi natomiast powstanie w prowincji Mersin nad Zatoką Iskenderun z pomocą kapitału rosyjskiego. W ramach zbliżenia ekonomicznego z Rosją premier Erdoğan uzyskał też dla Turcji 7 czerwca 2012 r. na pekińskim szczycie Szanghajskiej Organizacji Współpracy status „partnera w dialogu” tej organizacji (o ratyfikacji stosownych porozumień przez turecki Medżlis minister spraw zagranicznych tego państwa Ahmed Davutoglu poinformował w wywiadzie udzielonym 28 kwietnia 2013 r.). Erdoğan oświadczył przy tej okazji, że rozważa podjęcie starań o pełną integrację Ankary w ramach SzOW w miejsce zakończonych de facto niepowodzeniem starań o dołączenie do Unii Europejskiej. Zainteresowanie Turcji SzOW może być zarówno pustą demonstracją mającą pomóc Ankarze uzyskać korzystne ustępstwa ze strony Waszyngtonu i Brukseli, próbą zdezorganizowania SzOW od wewnątrz podobnie jak od lat dezorganizuje Unię Europejską spełniające tam rolę „konia trojańskiego Ameryki” Zjednoczone Królestwo, jak i krokiem w kierunku zmiany tożsamości geopolitycznej przez Turcję. Leonid Sawin pisze „(…) nowa platforma wzajemnych stosunków z SzOW będzie oznaczała nie tylko uczestnictwo w tym sojuszu, który wielu charakteryzuje jako potencjalną przeciwwagę dla NATO, ale także wzajemne stosunki ekonomiczne z jego uczestnikami, które mogłyby uzdrowić turecką gospodarkę”.

Katar i Arabia Saudyjska włączają się do gry

Polityka destabilizacji Syrii cieszyła się też poparciem Kataru. Oferta kontraktu naftowego przedstawiona przez Doha, zakładająca zaś przeprowadzenie rurociągu z katarskiego Złoża Północnego przez Arabię Saudyjską, Jordanię, Syrię i Turcję do Europy Zachodniej została bowiem wcześniej odrzucona przez Damaszek na korzyść projektu wspomnianego „rurociągu przyjaźni”. Zaangażowany w finansowe wsparcie dla Bractwa Muzułmańskiego we wszystkich niemal krajach arabskich emirat udzielił zatem wraz z Turcją poparcia rebeliantom zwalczającym rząd Baszara Al-Asada.

Z inspiracji Doha reorientacji geopolitycznej dokonał między innymi palestyński Hamas, początkowo po usunięciu go z Jordanii od 1999 r. działający w Syrii za zgodną władz tego państwa i przy wsparciu finansowym Iranu, zaś od 2011 r. systematycznie przenoszący się do Kataru. W lutym 2012 r. opuścił Syrię udając się do Kataru stojący na czele ugrupowania Chaled Meszal, zaś 1 czerwca br. wysoko postawiony członek Hamasu Ghazi Hamad przyznał, że Iran radykalnie ograniczył wsparcie finansowe dla jego organizacji. Materialnym dowodem na przeorientowanie Hamasu jest między innymi udział w walkach w Syrii po stronie rebeliantów uważanej za zbrojne ramię tej organizacji brygady Izzedin al-Kassam.

Ekspansją wpływów politycznych dynastii as-Sani niezwykle zaniepokojony jest panujący w Arabii dom Saudów. Rijad zaangażował się podczas Arabskiej Wiosny we wsparcie najbardziej radykalnych elementów salafickich, podczas gdy Katar popierał bardziej umiarkowanych Braci Muzułmanów. Ci ostatni w wyniku rewolucji zajęli dominującą pozycję w krajobrazie politycznym Tunezji, Egiptu i Libii, podczas gdy bardziej radykalni faworyci Arabii Saudyjskiej ulegli marginalizacji. Wśród państw muzułmańskich zaangażowanych we wspieranie działalności terrorystycznej w Syrii wyróżnić zatem da się dwa coraz bardziej skonfliktowane ze sobą bloki: pierwszy z nich tworzą popierające salafickich radykałów i Al-Kaidę Arabia Saudyjska wraz z Jordanią i Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, drugi natomiast popierające bardziej umiarkowane Bractwo Muzułmańskie Katar i Turcja.

Walka buldogów pod dywanem”

Poszlaką wskazującą na toczenie się brutalnej „walki buldogów pod dywanem” był zamach samobójczy na katarski konwój w Mogadiszu przeprowadzony 5 maja z użyciem ciężarówek wypełnionych materiałami wybuchowymi. Członkiem katarskiej delegacji był wtedy między innymi minister spraw wewnętrznych tego państwa, który jednak feralnego dnia nie jechał w konwoju i w związku z tym nie ucierpiał w zamachu. Jednak według niepotwierdzonych informacji libańskiego dziennika „Ad-Diyar” zginąć w zamachu miał szef katarskiego wywiadu Ahmed Nasser bin Quassim al-Thani. Był on odpowiedzialny między innymi za przerzut do Syrii jemeńskich dżihadystów, przed trafieniem na front szkolonych w Katarze przez instruktorów z Sił Specjalnych USA. Według „Ad-Diyar” al-Thani w listopadzie 2012 r. uczestniczył wraz z premierem i ministrem spraw zagranicznych Kataru szejkiem Hamadem ibn Dżasimem ibn Dżabr Al Sanim w spotkaniu z izraelskim premierem Beniaminem Netanjahu i szefem wywiadu tego państwa Tamirem Pardo. Podczas spotkania dyskutować miano między innymi kwestię zamordowania Baszara al-Asada, a Netanjahu zażądał uznania Izraela przez Radę Współpracy Państw Zatoki Perskiej (GCC) w zamian za wyeliminowanie syryjskiego przywódcy. Nie jest do dziś jasne, czy al-Thani rzeczywiście zginął w zamachu w Mogadiszu, jako najbardziej prawdopodobnych jego autorów wskazuje się jednak uznawaną za lokalną odrośl Al-Kaidy islamistyczną organizację Al-Szebaab.

Płynność układów polityczno-wojskowych

Rywalizacja saudyjsko-katarska jest również uważana za jeden z ważniejszych powodów utraty przez Al-Kaidę 5 czerwca obleganego od 19 maja przez syryjskie siły rządowe i Hezbollah miasta Al-Kusajr . Spowodowane to było między innymi odcięciem tamtejszym siłom rebelianckim dostaw broni z Turcji. Rebelianci walczący w Al-Kusajr należeli do popieranej przez Saudów i wywodzącej się z Homs brygady Al-Faruk oraz do operującej z okupowanych przez rebeliantów dzielnic Aleppo brygady Al-Tawhid. Rijad zaprzestał tymczasem dostaw broni przez Turcję, przenosząc swoje szlaki zaopatrzeniowe do północnej Jordanii.

To właśnie z Jordanii i do niedawna z Turcji w ręce islamistów z Dżebhat al-Nusra trafiały będące podstawowym wyposażeniem jej członków kupowane przez Saudów w Chorwacji karabiny M60. Sytuacja na polu walki jest jednak bardzo złożona i dynamiczna ze względu na swobodny przepływ broni i ludzi pomiędzy poszczególnymi formacjami. Wkrótce po dostarczeniu karabinów M60 na ręce Dżebhat al-Nusra znalazły się one w użyciu także przez bliżej związaną z Turcją i z Zachodem niż z Saudami Wolną Armię Syryjską.

Kontrolowanie kierunków transferów broni wśród syryjskich rebeliantów jest w zasadzie niemożliwe, co każe zadać jeszcze raz pytanie o skutki wymuszonego przez Londyn i Paryż zniesienia 1 czerwca embargo Unii Europejskiej na sprzedaż broni do tego kraju. Europejska broń łatwo wpaść może w ręce islamistów i zostać następnie użyta przeciwko państwom zachodnim. Zapewnienia zwolenników zniesienia embargo, że trafiać ona będzie tylko do formacji umiarkowanych i prozachodnich, brzmią zupełnie niewiarygodnie w kontekście doniesień między innymi brytyjskiego „The Guardian”, że prozachodnia Wolna Armia Syryjska traci zwolenników i znaczenie na rzecz Dżebhat al-Nusra. Lider tej ostatniej Abu Mohamed al-Golani 10 kwietnia zadeklarował publicznie swoją lojalność wobec Ajmana Al-Zawahiriego i przyznał, że jego organizacja jest syryjską gałęzią irackich struktur Al-Kaidy. Na pograniczu z Irakiem zresztą Dżebhat al-Nusra przede wszystkim działa, umocniwszy się w regionie Dair as-Zaur.

Kolejną poszlaką wskazującą na umocnienie się pozycji Rijadu wobec tandemu Doha-Ankara jest wizyta 12 członków Syryjskiej Rady Narodowej w stolicy królestwa Saudów. Wśród wizytujących znalazł się członek Rady i zarazem wysoko postawiony członek syryjskiej struktury Bractwa Muzułmańskiego Mohammad Faruq Tayfur. Miał on porozumieć się z Saudyjczykami co do usunięcia innego działacza Bractwa – mającego obywatelstwo amerykańskie premiera opozycyjnego rządu tymczasowego Gassana Hitto. Zaproszenie członków Rady do Rijadu wskazuje na ambicję Saudów, by przejąć wpływy w tym gremium z rąk Kataru i Turcji. Dotychczas, za pośrednictwem Bractwa Muzułmańskiego to właśnie te dwa państwa, poprzez nie zaś Waszyngton, w sposób decydujący wpływały na Radę.

Będąca jej poszerzoną formułą Narodowa Koalicja Opozycyjnych i Rewolucyjnych Sił Syrii (NCSROF) została powołana w listopadzie 2011 r. w Katarze przy bezpośrednim udziale USA. Jej pierwszym przewodniczącym był członek Bractwa Muzułmańskiego Moaz al-Khatib. Złożył on dymisję 24 marca 2013 r. skarżąc się na niedostateczną pomoc mocarstw wobec rebeliantów i oskarżając państwa zaangażowane w poparcie dla rebelii o rozgrywanie własnych interesów. 22 kwietnia jako tymczasowo pełniący obowiązki przewodniczącego zastąpił go chrześcijanin i przewodniczący Syryjskiej Rady Narodowej George Sabra. Sekretarzem generalnym NCSROF pozostaje jednak inny członek Bractwa Muzułmańskiego Mostafa Al-Sabbagh. Dotychczas zachowujący dystans wobec Braci Muzułmanów Saudowie próbują zatem najwyraźniej rozciągnąć na nich swoje wpływy. Amerykanom przedstawiają swoje działania jako mające służyć powściągnięciu w szeregach opozycji elementów terrorystycznych i najbardziej skrajnych.

Tajemniczy zamach w Reyhanli

W rzeczywistości, istnieją jednak uzasadnione podejrzenia o powiązania Saudyjczyków z grupami najbardziej agresywnymi i uwikłanymi w zamachy terrorystyczne. Jak już wspomnieliśmy, za samobójczy atak na katarski konwój w Mogadiszu 5 maja odpowiada najprawdopodobniej somalijska organizacja Al-Szebaab, powiązana z mającą poparcie Rijadu Al-Kaidą. Wiele pytań rodzi też zamach terrorystyczny w Reyhanli 11 maja. Władze Turcji o sprawstwo oskarżyły natychmiast Syrię, do dziś jednak nie przedstawiając żadnych dowodów, z czasem zaś wyciszając aferę. Amerykański sekretarz stanu John Kerry w swoich kondolencjach wyraził jedynie solidarność z Turkami, nie zawarł jednak w swojej wypowiedzi słów wyraźnego potępienia sprawców, odmiennie niż na przykład w przypadku zamachów w Londynie w 2005 roku, odmiennie także niż postąpiły władze tureckie składając kondolencje w związku z zamachem w Bostonie z 13 kwietnia. Tureccy dziennikarze Alper Birdal i Yigit Gunay uważają, że masakra w Reyhanli była podobnego rodzaju sygnałem ostrzegawczym wobec Turcji, jakim wobec Kataru był atak w Mogadiszu. Z enigmatycznych komentarzy padłych po zamachu z ust szefa dyplomacji amerykańskiej obydwaj dziennikarze wnioskują, że Waszyngton może zdawać sobie sprawę z rzeczywistego stanu rzeczy. Innymi słowy, sugerują oni, że sekretarz stanu Kerry nie potępił sprawców masakry w Reyhanli, gdyż wiedział o ich związkach z monarchią saudyjską. Podejrzenia snute przez tureckich dziennikarzy zdaje się potwierdzać zatrzymanie 30 maja na terenie na terenie Turcji, w mieście Adana położonym 100 km. na północ od granicy syryjsko-tureckiej 12 członków powiązanej z Al-Kaidą i walczącej po stronie syryjskich rebeliantów organizacji „Dżebhat al-Nusra”. Przy zatrzymanych znaleziono broń palną i dwukilogramowy cylinder wypełniony paraliżującym system nerwowy gazem sarin. Z kolei 2 czerwca na syryjskim przejściu granicznym w Bab al-Hawa zatrzymano jadący do Turcji samochód, w którym znaleziono 400 kg. materiałów wybuchowych. Według agencji Haber Turk, materiały znalezione na terytorium okupowanym przez syryjskich rebeliantów mogły być przeznaczone do użycia w zamachach terrorystycznych w granicach Turcji.

Trudne klejenie koalicji

Gdyby Birdal i Gunay mieli rację, w nowym świetle widzieć by należało wizyty złożone w ostatnich tygodniach w Waszyngtonie przez króla Jordanii Abdullaha II, następcę tronu emiratu Abu Zabi Muhammada ibn Zaida an-Nahajana, a także ministra spraw zagranicznych Arabii Saudyjskiej Sauda Al Faisala. Wszyscy oni zabiegali o większe zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w koordynację działań sił rebelianckich. Można się domyślać, że chcieli zapobiec wzrostowi napięcia pomiędzy dwoma głównymi blokami politycznymi wewnątrz opozycji, lub przeciągnąć Amerykanów na stronę swojego własnego bloku.

Próba takiej koordynacji ze strony Waszyngtonu być może miała miejsce w formie wysiłków na rzecz powołania „pierścienia umiarkowanych państw islamskich”, mającego obejmować Turcję, Arabię Saudyjską, Katar i Zjednoczone Emiraty Arabskie, z możliwością ewentualnego rozciągnięcia go również na Izrael. O istnieniu takich planów poinformował 5 maja „Sunday Times”, specyfikując również że w ramach porozumienia Rijad i Abu Zabi mogłyby korzystać z informacji pozyskanych przez izraelski system wczesnego ostrzegania i zakupić od Tel Awiwu system przeciwrakietowy „Iron Dome”, w zamian udostępniając Izraelczykom swoje stacje radarowe. Dostawy uzbrojenia dla państw arabskich mają też napłynąć ze Stanów Zjednoczonych. Z okazji mających się wkrótce odbyć w Jordanii dorocznych manewrów wojskowych „Zapalczywy Lew”, do kraju mają zostać dostarczone amerykańskie systemy przeciwrakietowe „Patriot” i myśliwce F-16, które już po zakończeniu ćwiczeń będą mogły być pozostawione do dyspozycji królestwa Haszymidów. Systemy te będą skoordynowane z podobnymi sobie instalacjami w Turcji z izraelskim systemem „Arrow II” oraz z amerykańskim systemem obrony przeciwrakietowej „Aegis”, którego elementy znajdują się na okrętach VI Floty operującej we wschodniej części Morza Śródziemnego. Stany Zjednoczone wyraźnie starają się strategicznie i funkcjonalnie zbliżyć do siebie nawzajem popierające Waszyngton państwa bliskowschodnie, jednak zadanie to nie jest wcale łatwe. Izrael nie utrzymuje przykładowo stosunków dyplomatycznych z Arabią Saudyjską ani ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, zaś planowana na listopad wizyta w Izraelu katarskiego emira Hamada ibn Chalifa as-Saniego będzie pierwszą w historii wizytą przywódcy Kataru w państwie żydowskim.

Również tradycyjnie dobre stosunki pomiędzy Izraelem a Turcją uległy po zdobyciu władzy przez AKP stopniowej degradacji. W latach 70-tych, wobec obecności sowieckich doradców wojskowych w sąsiadujących od południa z Turcją państwach arabskich, zacieśnieniu uległy relacje Ankary z Tel Awiwem. Izraelskie lotnictwo uzyskało możliwość odbywania ćwiczeń w tureckiej przestrzeni powietrznej. Aktywność założonej przez ormiańską diasporę w Libanie i blisko współpracującej z palestyńskimi organizacjami niepodległościowymi Tajnej Ormiańskiej Armii dla Wyzwolenia Armenii (ASALA), która przeprowadzała zamachy terrorystyczne na tureckich dyplomatów, tylko utwierdziła wojskowych z tego państwa w przekonaniu o zasadności współpracy z Izraelem.

Dla sympatyzującej z Bractwem Muzułmańskim AKP, która doszła do władzy w Turcji w 2002 roku, kontynuowanie dawnego kursu stało się mniej oczywiste. Relacje turecko-izraelskie stan najgłębszego kryzysu osiągnęły po ataku izraelskich komandosów na konwój z pomocą humanitarną dla Gazy („Flotyllę Wolności”), kiedy to Izraelczycy zamordowali 10 aktywistów humanitarnych, w tym ośmiu obywateli tureckich. Izrael przeprosił za ten incydent dopiero w 2013 roku, po wizycie amerykańskiego sekretarza stanu Kerry’ego. Nie bez znaczenia dla tej decyzji było odkrycie na należącym do Izraela szelfie kontynentalnym złóż ropy naftowej. Pierwotnie jej eksportem do Europy zajmować się miało wspólne izraelsko-cypryjsko-greckie konsorcjum naftowe, wobec napiętych relacji wszystkich swoich uczestników z Turcją, stawiające sobie za cel ominięcie tego kraju jako szlaku tranzytowego. Jednak kryzys zadłużeniowy, który po 2010 r. zrujnował gospodarki Aten i Nikozji, przekreślił te plany. Wtedy właśnie Turcję i Izrael odwiedził John Kerry tłumacząc izraelskiemu premierowi Beniaminowi Netanjahu, że „USA, Turcja i Izrael mają wspólne interesy na Bliskim Wschodzie”. Reakcją były wspomniane przeprosiny ze strony Tel Awiwu i stopniowa poprawa stosunków między obydwoma państwami. Amerykańskie starania na rzecz zbliżenia prozachodnich państw Bliskiego Wschodu napotykać więc będą na duże przeszkody i mogą się wręcz zakończyć niepowodzeniem. Przy czym ewentualne ograniczenie aktywności Kataru i Turcji – w tym drugim przypadku zaś, trwające na ulicach stolicy Turcji protesty mogą doprowadzić do obalenia rządu i zerwania ciągłości polityki zagranicznej tego państwa – na polu wspierania syryjskiej rebelii mogłoby wpłynąć na wynik wojny domowej w Syrii, przechylając ostatecznie szalę zwycięstwa na stronę Asada.

Czy Erdoğan będzie ofiarą koalicji?

Według M. K. Bhadrakumara, ambasadora Indii w Turcji w latach 1998-2001 możliwe jest jeszcze inne wyjaśnienie kryzysu nad Bosforem związanego z wystąpieniami przeciwko Erdoğanowi. Bhadrakumar zwraca uwagę na wzajemnie niespójne wypowiedzi tureckiego premiera i jego zastępcy Bulenta Arinca. W czasie trwania oficjalnej wizyty premiera w państwach Maghrebu, wicepremier 4 czerwca spotkał się z prezydentem Abdullahem Gülem, który po rozpoczęciu protestów przedterminowo zakończył oficjalną wizytę w Turkmenistanie i wrócił do kraju. Arinc po tym spotkaniu przeprosił uczestników protestów za brutalne działania policji, przyznał że ich wystąpienia były uzasadnione oraz obiecał spotkać się z ich przedstawicielami następnego dnia. Również 4 czerwca prezydent Gül spotkał się z kierownictwem ostro krytykowanej przez Erdoğana opozycyjnej kemalistowskiej Republikańskiej Partii Ludowej. Prozachodnio usposobieni kemaliści i liberałowie chwalą Güla za bycie bardziej koncyliacyjnym, bardziej prozachodnim i za okazywanie większego przywiązania do zasad demokracji liberalnej, niż czyni to Erdoğan. Gül skrytykował premiera między innymi za przedstawioną przez niego, a niewłaściwą zdaniem prezydenta, interpretację demokracji: Erdoğan uważa że trzykrotne zwycięstwo wyborcze jego Partii Sprawiedliwości i Rozwoju oraz dwukrotne zwycięstwo w referendum dają mu mandat do rządzenia wedle własnej woli, gdy tymczasem Gül w swojej wypowiedzi stwierdził, że demokracja to nie tylko procedury wyborcze, dając tym samym do zrozumienia, że uznaje racje protestujących.

Erdoğan, Gül i Arinc uważani są za przywódców i współzałożycieli AKP. Wszyscy trzej stali się przedmiotem uwagi powiązanej z sufickimi środowiskami islamskimi gazety „Zeman”, na czele której stoi Fetullah Gulen. Gulen wspiera politycznie partię rządzącą, ale jego stosunki z Erdoğanem są oziębłe. Pozostaje natomiast w bardzo ożywionych relacjach z wicepremierem. Gulen w 1999 r. musiał opuścić Turcję oskarżony o przygotowywanie zamachu stanu mającego obalić laicki rząd. Złożył wniosek o przyznanie „zielonej karty” w USA i otrzymał ją po rozmowach z oficerem CIA uznawanym za eksperta w zakresie politycznego islamu, Arabskiej Wiosny i problematyki bliskowschodniej. Na łamach „Zemanu” zaczęto wówczas atakować Erdoğana, faworyzując w to miejsce Güla i Arinca. Turecki prezydent jest przy tym uznawany za zwolennika zbliżenia z Arabią Saudyjską, tymczasem premier nawiązał bliską współpracę z Katarem i z popieranym przez niego Bractwem Muzułmańskim. Zdaniem Bhadrakumara, wypowiedź Erdoğana na konferencji prasowej na stambulskim lotnisku, w której przypisał inspirację zamieszek „elementom ekstremistycznym”, należy interpretować w kontekście zaangażowania Saudyjczyków. Wstrzemięźliwa postawa władz w Damaszku, w Teheranie i w Bagdadzie które wbrew przewidywaniom nie wyraziły entuzjazmu z powodu trwających w Turcji wystąpień, należy wedle indyjskiego dyplomaty łączyć z kwestią odczytania tych protestów jako elementu rozgrywki Rijadu przeciwko współpracy Doha z Ankarą. Celem Rijadu, być może popieranego w swych zamiarach przez zaniepokojonych aktywnością tureckiego premiera Amerykanów, byłoby nie zwycięstwo ulicznej rewolucji i odsunięcie od władzy rządzącej w Turcji AKP, ale przewrót pałacowy we władzach partii i zastąpienie Erdoğana przez prezydenta Güla, cieszącego się poparciem powiązanego z wywiadami saudyjskim i amerykańskim Gulena oraz jego gazety „Zeman”.

Ronald Lasecki

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *