Moralizatorstwo oderwane od rzeczywistości

Każdy krok w kierunku zdrowego rozsądku

 jest krokiem w kierunku katolicyzmu[1]

 

Gilbert K. Chesterton

 

 

 

W sierpniowym numerze miesięcznika „Zawsze Wierni” (8/2012) ukazał się artykuł p. Ryszarda Mozgola zatytułowany Kilka uwag na marginesie artykułu Przyjaciele domu. Z treści tekstu p. Mozgola, pomyślanego jako polemika z artykułem p. Ewy Polak-Pałkiewicz opublikowanym w numerze majowym „Zawsze Wierni”, możemy dowiedzieć się m.in., że roztropność polskiej młodzieży gimnazjalnej w obchodzeniu ciemiężących uczniów, sprzecznych z dobrem wspólnym i niesprawiedliwych przepisów pozytywnego prawa stanowionego przez rosyjskiego zaborcę była czynem moralnie haniebnym, godnym surowego napiętnowania. Polemistę rozgniewał fakt, że polska młodzież w XIX wieku, zamiast ślepo i bezmyślnie przyswajać całkowicie zbędną „wiedzę”, narzuconą jako materiał obowiązkowy na egzamin dojrzałości, wybierała zdrowy rozsądek – przekupywała rosyjskiego kuratora, a następnie, wykazując nieprzeciętną zaradność, w sposób zorganizowany udostępniała zdobyte tematy egzaminów innym placówkom oświatowym w kraju. Zamiast romantycznego cierpiętnictwa czy melancholijnej bezradności wdrożono działania, które w całkowicie przeżartym przez korupcję imperium rosyjskim okazywały się nie tylko roztropne, ale i skuteczne.

Obciążanie młodzieży brzemionami nad siły było świadomym i celowym postępowaniem zaborcy, mającym na celu utrudnienie Polakom wstępu na wyższe uczelnie. Polemista odrzuca jednak wzgląd na wszelkie dystynkcje, naturalnie narzucające się przy omawianym zagadnieniu. Warto więc nieco pochylić się nad napiętnowanym przez p. Mozgola kazusem z przeszłości i przedstawić go naszym czytelnikom w świetle zdrowych zasad katolickich.

Porządek cnót

Aby należycie wyartykułować źródła błędnej koncepcji p. Mozgola, należy tytułem wstępu przedstawić kilka zasad katolickiej teologii moralnej dotyczących istoty i podziału cnót oraz wyciągnąć z tej nauki wnioski praktyczne.

Cnoty dzielimy zasadniczo na teologiczne i moralne. Cnoty teologiczne (inaczej boskie) to wiara, nadzieja, miłość. Ich głównym motywem jest sam Bóg. Wiara, nadzieja i miłość to cnoty, w rozwoju których nie możemy przesadzić, stanowią bowiem nieosiągalne i nigdy niezdobyte szczyty. Święty Tomasz z Akwinu uczył, że „człowiek nie może nigdy miłować Boga tak, jak On powinien być miłowany[2]. Nikt nie może powiedzieć, że zbytnio miłuje Pana Boga, że nadmiernie Mu ufa i przesadnie w Niego wierzy. Cechą charakterystyczną cnót boskich jest więc brak umiaru, a ideałem – dążenie do nieskończoności. Ksiądz Adolf Tanquerey SI napisał, że „cnoty Boskie same w sobie nie polegają na zachowaniu właściwego środka, skoro, jak powiada św. Bernard, miarą miłości Boga jest miłowanie Go bez miary[3].

Zupełnie inaczej rzecz się przedstawia w przypadku cnót, które nazywamy moralnymi. Ich istota polega na zachowaniu złotego środka. Cnota moralna znajduje się między dwiema niecnotami: nadmiarem i niedomiarem. Na przykład cnota odwagi polega na właściwej równowadze między przesadą, czyli brawurą, a niedomiarem, czyli tchórzostwem. Święty Tomasz w swych rozważaniach etycznych z charakterystyczną dla siebie jasnością i precyzją zawsze dodatkowo starał się wskazać, która strona uchybienia względem złotego środka jest mimo wszystko bliższa samej cnocie. Na przykład wada rozrzutności, czyli przesada albo też nieumiarkowanie w stosunku do cnoty hojności, jest mimo wszystko bliższa złotego środka hojności niż jej przeciwieństwo – niedomiar, czyli skąpstwo, gdyż to ostatnie wynika z większego braku miłości.

Jeżeli więc mówimy o cnotach moralnych, zawsze musimy mieć na względzie równowagę, która nie ma nic wspólnego z letniością czy obojętnością. Jeden z największych teologów XX wieku, o. Reginald Garrigou-Lagrange OP, przestrzegał bardzo stanowczo przed protestanckim błędem, który polega na pomieszaniu dwóch światów – świata cnót teologicznych i świata cnót moralnych, gdyż jest to prosta droga do ruiny życia duchowego na skutek obłąkańczego skrupulanctwa z jednej strony i oziębłości w miłości pod pozorem umiarkowania z drugiej. W przypadku cnót moralnych „nie należy zapominać, jak to czynią epikurejczycy, że złoty środek rozumny jest już szczytem, i twierdzić, że cnoty teologiczne z istoty swej polegają na złotym środku, tak jak cnoty moralne. Taki pogląd jest właściwy tym, którzy przeciętność lub letniość podnoszą pod pozorem umiarkowania do godności systemu. Przeciętność jest czymś pośrednim między dobrem a złem i bliższa jest nawet zła niż dobra; złoty środek rozumny jest już szczytem, dobrem moralnym; przedmiotem zaś cnót teologicznych jest Prawda i Dobro Najwyższe[4].

Przy okazji warto podkreślić, że protestanci, którzy przez wzgląd na trwanie w herezji nie mają ani nadprzyrodzonej wiary, ani nadziei, ani miłości, nader często stosują miarę cnót teologicznych względem cnót moralnych, które starają się mimo wszystko praktykować w swym sekciarskim życiu religijnym. Nie chodzi tu o jakieś pojedyncze spostrzeżenia zaczerpnięte z obserwacji protestanckiego świata, ale o dominujące reguły organizacji życia zbiorowego państw protestanckich. Przyczyny takiego stanu rzeczy są trojakie.

Pierwszy powód wypływa z tęsknot i pragnień natury ludzkiej, która ze swej istoty jest skierowana na Boga. Ludzie, którzy podeptali najważniejsze prawa Boże, pragną otępić swoje sumienie. Znajdują więc jakiś substytut prawowierności i zachowując pozory praworządności, wyrażają swą tęsknotę za prawdą przez hołdowanie moralnym ersatzom. Z pomocą przychodzi im prawo pozytywne protestanckiego państwa, które sprawia, że wydaje im się, iż gdy tylko trzymają się zawsze litery nawet najgłupszych i sprzecznych ze zdrowym rozumem przepisów prawa pozytywnego, są tym samym szlachetnymi i praworządnymi obywatelami. Stąd bierze się na przykład chorobliwa skrupulatność obywateli krajów protestanckich w zakresie przestrzegania przepisów ruchu drogowego i zarazem fanatyczny rygoryzm organów policji w karaniu nawet najdrobniejszych uchybień.

Druga przyczyna tkwi w samym sekciarskim duchu protestanckich społeczności, pragnących radykalizmu i bezkompromisowości tam, gdzie nie ma dla nich miejsca, gdyż szczyt cnót moralnych zawsze polega na złotym środku, a nie na skrajnościach. Protestanci absolutyzują więc cnoty moralne, stosując do nich porządek właściwy dla cnót boskich. Zamiast szukać złotego środka i umiaru, doszukują się szczytów moralnych w całkowitych zakazach i represjach, w najbardziej skrajnych rozwiązaniach. I tak na przykład zamiast postulować umiar w kwestii palenia tytoniu, bezwzględnie tępią palaczy, a tytoń obkładają drakońskimi podatkami. Zamiast głosić umiarkowanie w spożywaniu napojów alkoholowych – zarządzają prohibicję etc.

Trzecia przyczyna bierze się z cechy charakterystycznej wszystkich sekciarzy, czyli awersji i pogardy dla zdrowego rozsądku. System protestancki jest z zasady aprioryczny. Protestanckich wierzeń nie sposób oprzeć na intelekcie, gdyż są niedorzeczne. Z tego właśnie względu Luter zalecał zagłuszać intelekt, jak się dosłownie wyrażał, „topić rozum w wychodku”. Wiara protestanta nie jest przyjęciem Objawienia Bożego, ale ludzkim wymysłem niezbyt rozgarniętego księdza z zakonu augustianów, stąd pełno w niej bzdur, wzajemnie wykluczających się twierdzeń, wyolbrzymionych i przesadzonych opinii etc. Przykładów można podać tysiąc. Dom Prosper Gueranger ujmował to następująco: „Cechą, wynikającą z samej natury heretyckiego umysłu, jest wrodzona sprzeczność sekciarskich treści. Musi tak być, aby byli oni zawstydzeni w owym wielkim dniu, który prędzej czy później zaświta, gdy Bóg ujawni ich nagość przed oczyma tych, których zwiedli”.

Zdrowy rozsądek podpowiada, by ignorować szkodliwe i niesprawiedliwe przepisy prawa. Tam jednak, gdzie nie ma miejsca dla rozumu, pozostaje tylko ślepe posłuszeństwo. Mentalność protestanckiego społeczeństwa zbudowana jest w oparciu o represyjne, zaślepione, odczłowieczone i bezrozumne egzekwowanie przepisów prawa stanowionego. W tym właśnie duchu wychowuje się młodzież. Nic dziwnego, że protestantyzm przygotował znakomity grunt pod totalitarne i irracjonalne systemy polityczne, naginając ludzką wolę do przyjmowania niedorzecznych, obrażających rozum twierdzeń.

Niestety, echo ukazanych tu pobieżnie protestanckich błędów odnośnie do cnót odnajdujemy w argumentacji p. Ryszarda Mozgola. Wymóg bezwzględnego posłuszeństwa przepisom prawa stanowionego nie ma nic wspólnego z katolicką teologią moralną. Jest on raczej przejawem syntezy heglistowskiej nauki o państwie oraz kalwińskiego moralizatorstwa, a protoplastów tej syntezy znajdziemy już wśród żydowskich faryzeuszy. Złamanie przepisów prawa stanowionego – o ile rzecz jasna nie łamie się w ten sposób obiektywnego porządku moralnego – nie tylko nie jest samo w sobie złem, ale niekiedy może nawet być wymogiem miłości bliźniego i zwykłym wyrazem zdrowego rozsądku. Posłuszeństwo, które jest cnotą moralną, a nie teologiczną, polega przecież na złotym środku. Święty Tomasz pisał: „Posłuszeństwo jest złotym środkiem między nadmiarem a niedomiarem. Ów zaś nadmiar zależy nie od ilości, ale od innych okoliczności. A mianowicie zachodzi wówczas, gdy ktoś jest posłuszny albo temu, komu nie powinien być posłuszny, albo w czymś, w czym nie wolno być posłusznym.[5]

Najpewniejszym probierzem złotego środka w cnotach moralnych jest miłość, czyli akt upodobania naszej woli w Bogu, a w dalszej konsekwencji w bliźnim ze względu na Pana Boga: „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy”. Miłość w cnotach moralnych określa właściwe granice postępowania. Czym większa miłość w cnotach teologicznych, tym bardziej precyzyjne obranie złotego środka w cnotach moralnych. Gdy mówimy więc na przykład, że cel nie uświęca środków, mamy na myśli to, że nie uświęca tylko środków złych, a więc nie wolno nam dla zyskania jakiegoś dobra gwałcić integralnie pojętej miłości Boga i bliźniego. Cel jednak uświęca środki dobre i moralnie obojętne. Jeżeli wybrane środki postępowania do celu nie naruszają prawa Bożego naturalnego i pozytywnego, czyli (ujmując rzecz w skrócie) miłości Boga i bliźniego, nie powinny nas powstrzymywać od działania żaden wzgląd na niesprawiedliwe przepisy prawa stanowionego.

Dlatego przekupienie urzędnika czy strażnika może być nawet niekiedy moralnie nakazane. I tak na przykład przekupienie strażnika więziennego w celu dostarczenia bliźniemu lekarstwa do celi byłoby aktem prawdziwej miłości. Takim aktem było również obejście niesprawiedliwych przepisów w przytoczonym na wstępie przykładzie. Zaborca starał się utrudnić rozwój kulturalny i ekonomiczny naszego narodu, ograniczając możliwość kształcenia się polskich elit na wyższych uczelniach. Ojciec Jacek Woroniecki OP pisał, że „z różnych względów prawa ludzkie bywają niesprawiedliwe. Najpierw mogą być one narzucone przez nieprawowitą władzę, jak to bywa w czasie okupacji wojennej, w czasie rewolucji, lub po jakimś zamachu stanu. Nim ta władza zostanie uprawniona w ten lub inny sposób, może żądać posłuszeństwa w sumieniu tylko dla takich praw, które są oczywiście dla dobra wspólnego społeczeństwa wydawane i które każda władza prawowita tak samo by wydał, np. zarządzenia sanitarne (…). Ale i prawa wydane przez prawowitą władzę mogą być niesprawiedliwe, najpierw gdy nie mają na celu dobra ogółu[6]. Prawa oświatowe zaborcy godziły w dobro wspólne, a nawet w sam byt narodowy, który dla natury ludzkiej jest stanem koniecznym do poprawnego rozwoju, gdyż jak nauczał o. Woroniecki, „obie społeczności naczelne, państwo i naród, są pod wpływem przyrodzonej konieczności naszej natury; są one tymi najpotężniejszymi środkami, mającymi zapewnić każdej jednostce możność osiągnięcia pełnego rozwoju, jaki w danym stadium cywilizacji jest możliwy. Zastąpić ich niczym nie można, a tym bardziej jedna z nich nie może zająć miejsca drugiej i uczynić tamtej zbyteczną”. Zamach na edukację narodu dokonywany przez zaborcę uderzał więc w sam porządek prawa naturalnego.

 

Katolicka odpowiedź

Posłuszeństwo prawu stanowionemu ma granice przede wszystkim w przykazaniach Bożych, prawach Kościoła oraz w samym prawie naturalnym. To stała nauka Kościoła odnośnie do obowiązków obywatelskich katolika. W zaproponowanym przez p. Mozgola rozwiązaniu opisanego na wstępie kazusu odnajdujemy przede wszystkich zamach na porządek wypływający z zasad zdrowego rozumu. Przepis prawa sprzeczny ze zdrowym rozsądkiem i godzący w dobro wspólne nie może wiązać w sumieniu, gdyż jak celnie podkreśla bp Ryszard Williamson, „natura pochodzi od Boga, a zdrowy rozsądek jest dla człowieka najbardziej naturalny. Zatem sprzeciwiając się zdrowemu rozsądkowi, człowiek sprzeciwia się Bogu”. Pan Mozgol, głosząc ślepe posłuszeństwo prawu stanowionemu, wykazuje brak zrozumienia także dla cnoty epikei, czyli nadprawości, która wymaga czasem, aby wprost złamać literę prawa celem zachowania jego ducha. Istotą zaś prawa jest norma i miara ludzkiego postępowania, a tę odnajdujemy w pierwszej kolejności w zdrowym rozumie, gdyż jak uczy św. Tomasz „normą i miarą ludzkich postępków jest rozum, który jest pierwszym początkiem ludzkich postępków[7]. Zawsze przy omawianiu zagadnień moralnych trzeba najpierw uchwycić okoliczności decydujące o naturze samego aktu. Doktor Anielski tłumaczy nam zasady epikei na następującym przykładzie: Mówiąc o prawie, stwierdziliśmy, że czyny ludzkie, do których odnoszą się prawa, są jednostkowe oraz przygodne i dlatego mogą być wykonane według niezliczonych sposobów. Nie jest więc możliwe ustanowić takie przepisy prawa, które by w żadnym wypadku nie zawodziły. Toteż uchwalając je prawodawcy biorą pod uwagę to, co bywa zazwyczaj, chociaż w niektórych wypadkach przestrzeganie tych przepisów sprzeciwiałoby się sprawiedliwości i dobru ogółu, które jest celem prawa. Na przykład prawo stanowi, że należy oddać rzeczy dane do przechowania, gdyż zwykle jest to słuszne. Niekiedy jednak jest szkodliwe, np. gdy wariat żąda oddania miecza, który dał do przechowania, gdyż chce walczyć przeciw własnej Ojczyźnie. W takich więc wypadkach spełnienie przepisów prawa byłoby złe. Natomiast pomijające literę prawa, ale zgodne z duchem sprawiedliwości i pożytkiem ogółu postępowanie jest w takich wypadkach dobre. Otóż takie właśnie postępowanie jest zadaniem cnoty epikei, czyli nadprawności[8].

Reasumując – tekst p. Ryszarda Mozgola zawiera istotne błędy godzące w porządek cnót moralnych. Obawiam się, że osoby spoza środowisk Tradycji katolickiej mogą sobie na tej podstawie wyrobić niewłaściwy sąd co do stanowiska tradycyjnych katolików, a mianowicie że obcy jest nam zdrowy rozsądek w stosunku do prawa pozytywnego. Z drugiej zaś strony osoby o usposobieniu skłonnym do skrupulanctwa związane z apostolatem FSSPX omawiany tekst może wpędzić w jeszcze większe skrupuły wynikające z konieczności poruszania się w oparach absurdów prawnych III Rzeczypospolitej.

Warto na koniec dodać, że gdybyśmy błędne rozumowanie p. Mozgola przenieśli w porządek władzy duchowej, tym samym podcięlibyśmy słuszne teologicznie podstawy oporu Bractwa względem obecnych władz kościelnych. Logiczne wnioski z moralizatorstwa Ryszarda Mozgola umieszczają dzisiejszy opór katolickiej Tradycji względem niesprawiedliwych, szkodliwych dla dusz i godzących w dobro wspólne działań hierarchii w obozie „romantycznego liberum conspiro, wyrastającego z zainfekowania śmiertelnym jadem rewolucji i demokratyzmu”.

 

Łukasz Kluska


[1] G.Chesterton, Kościół katolicki i konwersja, Sandomierz 2012, s.102.

[2] S.Th. I-II q. 64 a.4

[3] A.Tanquerey SI, Zarys teologii ascetycznej i mistycznej, Warszawa 2003, t.I, s.231.

[4] Reginald Garrigou-Lagrange OP, Trzy okresy życia wewnętrznego, Niepokalanów 2001, s.182

[5] S.Th. II-II q.104 a.2

[6] Jacek Woroniecki OP, Katolicka Etyka Wychowawcza, Lublin 1986 t. I, s.237.

[7] S.Th. I-II q.90 a1

[8] S.Th. II-IIq.120 a1

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Moralizatorstwo oderwane od rzeczywistości”

  1. Całe szczęście, że przez kilkaset lat nie trzeba było podawać linku do artykułu, bo zablokowałoby to jakąkolwiek możliwość pisania polemik.

  2. „Mamusiu, czy ja sie musze uczyc na ciezki egzamin?“ „Nie, kochanie, to skrajnosc.“ „Wiec moge dac lapowke i szwabic?“ „O tak, Esterko, to zloty srodek.“ „A mamo, co to jest chucpe?“ „Przeczytaj sobie artykol pana Kluski.“

  3. @ Antoine Ratnik: czytał Pan ten tekst? śmiem twierdzić, że nie, albo czytał między wierszami 🙂 bo na samym początku pisze: „W sierpniowym numerze miesięcznika „Zawsze Wierni” (8/2012) ukazał się artykuł p. Ryszarda Mozgola zatytułowany Kilka uwag na marginesie artykułu Przyjaciele domu. Z treści tekstu p. Mozgola, pomyślanego jako polemika z artykułem p. Ewy Polak-Pałkiewicz opublikowanym w numerze majowym „Zawsze Wierni”,(…)”

  4. @ Antoine Ratnik: 🙁 niestety nie ma żadnego on-line. Może warto napisać do Redakcji ZW, żeby te dwa artykuły udostępnili on-line. Ja artykuły znam, obydwa czytałam i do artykułu p. Mozgola też mam swoje uwagi, np. ta krytyka roli rodziny w wychowaniu. W pierwszych szpaltach artykułu, zarzuca brak katolickich celów, co jest nieprawdą! W artykule p. Pałkiewicz, możemy przeczytać co było priorytetem w wychowaniu w polskich rodzinach, że katolickie wychowanie, żeby dzieci wychować na dobrych Polaków i katolików. Pisze, że podążano nieomylnie śladami św. Jana Bosko. Wiele daje przykładów poszczególnych rodzin jak to w nich było z tą edukacją i wychowaniem, o atmosferze domu rodzinnego w którym dzieci dorastały. Matki były pierwszymi katechetkami swoich dzieci, wieczorami czytały żywoty świętych, etc … można dużo pisać i wiele cytować o katolickości w oparciu o ten artykuł p. Pałkiewicz. Nasuwa mi się pytanie, to czego trzeba więcej jak się o takim wychowaniu czyta? Następnie autor polemiki powołuje się na encyklikę Piusa XI „Divini Illius Magistri” i na wstępie swych uwag cytuje ją dwa razy. Nie wiem, co autor chciał zarzucić p. Pałkiewicz tymi dwoma cytatami z tej encykliki. Sięgłam do tej encykliki, on-line jest tu: http://www.nonpossumus.pl/encykliki/Pius_XI/divini_illius_magistri/wstep.php Encyklika jest piękna, ale uważam, że te dwa cytaty jakie podał p. Mozgol zaraz na wstępie i prowadzi swoją polemikę, to są całkiem oderwane od całości tej encykliki, gdyż czytając dalej tę encyklikę czytamy np. „Pierwszym, naturalnym i koniecznym środowiskiem jest rodzina, właśnie do tego przez Stwórcę przeznaczona. Stąd normalnie najskuteczniejsze i najtrwalsze wychowanie jest to, które się otrzymuje w dobrze urządzonej i karnej rodzinie chrześcijańskiej, tym bardziej skuteczne, im jaśniej i trwalej przyświeca tam dobry przykład, przede wszystkim rodziców i innych domowników.” Jeszcze jest wątek historyczny, nie będę się rozwodzić nad tym wątkiem historycznym, bo nie jestem historykiem, ale wspomnę jeszcze tylko krótką wzmiankę p. Pałkiewicz o ks. Hugo Kołłątaju, ***którego wypowiedź zacytowała za p. Kaliną Bartnicką***. Natomiast Pan Mozgol poświęca temu całe cztery i pół szpalty swego tekstu. Być może nie jest to postać do naśladowania, ale i „draniom” którzy wówczas byli w Kościele i dziś również są, zdarzało się coś mądrego też powiedzieć i nie widzę tu jakiegoś nadużycia ze strony p. Pałkiewicz, która własnie ten malutki fragment zacytowała za p. Kaliną Bartnicką. Artykuł p. Mozgola uważam za krzywdzący i niesprawiedliwy i uważam, że p. Mozgol wprost skrzywdził autorkę tekstu, tj. p. Ewę Polak-Pałkiewicz.

  5. @Teresa Serdecznie dziekuje za streszczenie.Lipcowy numer cbyba mam.Sierpniowy pewnie dostane za tydzien. Nie moge sie niestety wypowiedziec , bo na razie nie znam artykulow.Natomiast sa rozne modele rodziny, bo np. rodzina Sw.Teresy od Dzieciatka Jezus funkcjonowala zupelnie inaczej niz rodzina Sw.Stanislawa Kostki, a inaczej jeszcze niz Sw.Augustyna.Jak bede mial oba artykuly to zobacze.Nie sadze zeby Kosciol mial tylko jeden model rodziny.Problem w tym, ze caly czas jedziemy na modelu XIX-to wiecznym, bo od 1958 roku Magisterium kuleje.

  6. @Teresa. Niestety artykul pana Mozgola to wyraz jego chamskiej, prywatnej wojenki z panią Polak-Pałkiewicz. Szkoda tylko, ze do tej wojenki prowadzonej na zasadzie byle na ślepo uderzyc Mozgol zabiera sie za pomocą protestantyzowania zasad teologii moralnej (kazus omawiany w artykule na konserwatyzm.pl) albo co juz monstrualna bzdura „dowodzi” ze wychowanie w rodzinie, edukacja domowa to naturalizm. A co ta jego szkola w Jozefowie to niby „nadprzyrodzoność”? @ Martin Cejka. Qui distinguit, intelligit – inteligencja polega na umiejętności rozróżniania czego o Pana wpisie niestety powiedziec nie można. Tyle w temacie.

  7. @ Antoine Ratnik napisał: „Nie moge sie niestety wypowiedziec , bo na razie nie znam artykulow.” W tej chwili jest to najodpowiedniejsza Pana odpowiedz 🙂

  8. Wracam do tych spornych artykułów w ZW i się zastanawiam, po co wcześniej był ten cały cyrk z ZW, artykuł Pana Mozgola, że nauczanie domowe, zarzuty Pani E-PP, publiczne obrażanie ludzi, etc … jak teraz na pierwszej stronie wisi ogłoszenie: http://www.piusx.org.pl/ … o nauczaniu domowym! I co? teraz sam reklamuje Edukację domową? O co chodziło? o jakąś prawdę czy dobro szkół? Wręcz przeciwnie, teraz widać, że nie chodziło, o żadną prawdę ani dobro szkół, a jakieś prywatne wojenki, jak tu ktoś napisał. Oj! biada, ale Pan Bóg zna szczerość takich poczynań.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.