Motłoch, który zerwał się z łańcucha

W trakcie jednej z licznych dyskusji portalowych profesor Adam Wielomski tak właśnie scharakteryzował jeden z aspektów współczesnej rzeczywistości społecznej. Charakterystyka ta ukazuje tylko jeden z aspektów obecnego chaosu, ale powyższe słowa potwierdzają się dosłownie na każdym kroku. Tak przynajmniej jest w moim regionie.

Z biblioteką miejską w Le Havre „zawarłem znajomość” 20 lat temu. Pamiętam bardzo dobrze moją pierwszą wizytę w tej szacownej instytucji, dokładniej mówiąc, w czytelni naukowej. Czytelnia mieściła się na pierwszym piętrze. Naprzeciw głównego wejścia bibliotekarze z oddaną uprzejmością przyjmowali wnioski o wydanie książek do czytania na miejscu i pospiesznie znikali w archiwach w ich poszukiwaniu. Po lewej i po prawej stronie masywne katalogi z fiszkami na pożółkłym papierze przenosiły mnie natychmiast o kilkadziesiąt lat wcześniej, do wyimaginowanego cesarsko-królewskiego świata, którego nigdy nie znałem, a szkoda.

Pani bibliotekarka dała mi wreszcie książki, o które prosiłem. Było to łacińskie tłumaczenie jednego z pism logicznych Arystotelesa (nie znam Greki). Co do „Świata jako wola i wyobrażenie” Schopenhauera, wytłumaczyła mi prawie ze łzami w oczach, że ma tylko drugi tom.

W czytelni, w sali gdzie się znajdowały stoły, na których można było swobodnie rozłożyć cały swój „materiał”, panowała grobowa cisza. Czytaliśmy wszyscy w zupełnym milczeniu, robiliśmy notatki, a starszawy urzędnik biblioteki w mundurze (sic!) przechadzał się niczym Szwajcar w kościele i pilnował bezpieczeństwa powierzonych czytelnikom dzieł. Przy okazji innej mojej wizyty kontrolował szczególnie mnie, bo czytałem dokument z XVII wieku. Pamiętam jakiegoś szesnastolatka, któremu… zagroził porządnym laniem od ojca, jeżeli nie przestanie rozmawiać (wnioskuję z tego, że znał jego ojca).

Idylla nie trwała długo. Coraz częściej do biblioteki przybywać zaczynała młodzież licealna, prawdopodobnie nieumiejąca płynnie czytać. Dziewczęta i chłopcy ubrani w łachmany z najdroższych sklepów (to efekt mody, nie nędzy) rozwiązywali wspólnie zadania z algebry, przygotowywali ściągawki. Było to mniej więcej w latach 1995-1997, a łączyło się prawdopodobnie z nowym wystrojem biblioteki, ze stopniowym udostępnianiem dla publiczności książek na coraz niższym poziomie, z organizowaniem wystaw.

W roku 2000 bibliotekę zamknięto z powodu remontu i przewidzianej informatyzacji całego księgozbioru. Po ponownym otwarciu po kilku miesiącach była już nie do poznania. Przestała być sanktuarium, oddana została ponownie do użytku jako jakaś świetlica, rodzaj miejsca zabaw dla dorosłych i dla młodzieży, gdzie można długo stać, dyskutując nawet o problemach systemu emerytalnego, o ucisku Murzynów w USA i o innych tego typu palących problemach. Na balkonie loży na drugim piętrze jeden z pracowników biblioteki wywiesił czerwony sztandar.

Sale, gdzie dotąd można było spokojnie czytać, zagracone zostały regałami z książkami na poziomie, powiedzmy to, słabym, np. książkami dotyczącymi sportu. Można więc odtąd w tej bibliotece znaleźć takie curiosa jak podręcznik pływania (nie wiedziałem, że można się nauczyć pływać za pomocą podręcznika) czy podręcznik piłki nożnej. O jakiejkolwiek poważnej pracy nie było już mowy, nawet jeżeli się zatkało uszy woskowymi zatyczkami. Biblioteka stała się miejscem „upowszechniania wartości demokratycznych”, gdzie półanalfabeci dyskutują z półgłówkami o prezerwatywach i o walce ze „skrajną prawicą”.

Przeniosłem się na stałe do biblioteki uniwersyteckiej. W Le Havre istnieje bowiem coś, co nosi nazwę uniwersytetu, choć w rzeczywistości jest to poczekalnia agencji pośrednictwa pracy dla przyszłych bezrobotnych. Praca w tej czytelni była trudna, ale możliwa, jeżeli się silnie zatkało uszy woskowymi zatyczkami. Nie dochodziło jakoś do bójek między „studentami”. Od samego początku zauważyłem bardzo silną agitację ze strony studentów skrajnej lewicy. Łatwo było ich rozpoznać po niestarannym ubraniu i po braku sprawności fizycznej (toczyli się, nie chodzili – w kroku nie było sprężystości).

W kilka lat później w całej Francji uniwersytety zaczęły być przez ten element okupowane i blokady trwały tak długo, że sparaliżowało to cały system „ludowego” szkolnictwa wyższego we Francji, o wstępie do bibliotek nie było mowy, tyle tylko że blokady i okupacje nie sparaliżowały produkcji elit intelektualnych kraju, gdyż na szczęście wszystko co wartościowe uczy się i studiuje we Francji w systemie szkolnictwa prywatnego (tak średniego, jak i wyższego) lub w systemie szkolnictwa, który wprawdzie podlega państwu, ale który akceptuje wyłącznie elementy najlepsze, zainteresowane nauka i studiami, a ci nie sabotują pracy swych własnych uczelni.

Było tylko chwilowo gorąco, gdy skrajna lewica podała do publicznej wiadomości, iż planuje napady na „szkoły burżuazyjne”. Doszło do kilku takich napadów, ale żaden uczeń nie został ani ranny, ani zabity. Napady miały bardzo ograniczony wymiar.

Musiałem więc wrócić do znanej już czytelnikom biblioteki miejskiej. Zostawało mi wypożyczanie książek do domu, choć jest to poważny problem w przypadku dzieł, które są chronione prawem i które można konsultować tylko na miejscu. W tak zwanym międzyczasie ponownie otwarto rzekomy „uniwersytet” w Le Havre, ale za to rozpoczęto w nim różne prace remontowe. Biblioteka uniwersytecka znajduje sie obecnie w nowym, bardzo brzydkim i brudnym budynku, gdzie „studenci” absolutnie niezainteresowani studiami mogą czytać przemówienia Malcolma X.

Jedynym ratunkiem stała się więc dla mnie biblioteka miejska w Rouen, stolicy Normandii, oddalonym o 45 minut drogi ode mnie. Warunki pracy są tam komfortowe, cywilizowani studenci z mieszczańskich rodzin pochyleni nad książkami w prawie zupełnej ciszy pochłaniają wiadomości, a dla badaczy istnieje osobna sala, tylko dla nich zarezerwowana. Nie wolno do niej wnosić nawet długopisów, bibliotekarka pożycza każdemu nieobgryziony ołówek, chętnie wskazując wolne miejsca zwykłym czytelnikom, zaznaczając jednak, że mogą zostać wyproszeni w każdej chwili, jeżeli tylko zabraknie miejsc dla badaczy. Miedzy ławkami przechadza się despotyczna (na szczęście!) urzędniczka i upomina rozmawiających.

Obawiam się, że ta sytuacja nie potrwa długo. Jest bardzo możliwe, że czytelnia wyposażona zostanie w urządzenia multimedialne i że już niedługo w tym jedynym w całym Rouen sanktuarium wiedzy, pod pozorem potrzeby modernizacji, urządzona zostanie sala agitkowa dla skrajnej lewicy.

                                                                                 ***

Motłoch, który się urwał z łańcucha, jest realnym problemem społecznym. Ludzie ubrani (nie z braku pieniędzy, z upodobania) w łachmany, mający podstawowe trudności z obudzeniem się rano, z goleniem się, opanowali całą naszą przestrzeń cywilizacyjną. Czują się doskonale w bałaganie, wtedy kiedy jest rozróba, nie mają żadnych problemów życiowych, gdyż nie zdają sobie sprawy ani z tego, że w ogóle żyją, ani z czegokolwiek w ogóle.

Nie znam dobrze współczesnej Polski, ale podczas moich corocznych pobytów w Warszawie nie zauważyłem nigdy aż takiego stopnia upadku, choć klaskanie w ręce na widok trumny tragicznie zmarłego prezydenta (w innym mieście) w trakcie Jego pogrzebu czy wrzaski podczas mszy organizowanych przez toruńska rozgłośnię są chyba polską odmianą tego zjawiska.

Motłoch nie stawia sobie żadnych celów, nie pragnie ani jeść ani pić (i – de facto – je bardzo mało). Pragnie głównie telefonować, używając w tym celu telefonów komórkowych. Nie są mu potrzebne ani pieniądze, ani ziemskie dobra. Powtarzam: nie dąży do pieniędzy!

Do jego głównych zainteresowań, oprócz telefonowania, należą natomiast: opieka nad zwierzętami, (nad kotami i psami, żeby być dokładnym), palenie papierosów, miotanie przekleństw i obmowy. Jest to we Francji bardzo poważny i ciężki problem dla przedsiębiorców. Motłoch ten jest bowiem w stanie, i w istocie to robi, skutecznie sabotować wszelką działalność gospodarczą dowolnego przedsiębiorstwa. Ci ludzie zawsze wygrają, ich sukces jest zawsze murowany, podkopią każdego zwierzchnika w każdej pracy. Podkreślam, w ich postawie nie ma żadnego celu. Czy jest jakikolwiek cel w procesie rozkładu trupa?

Demokracja liberalna czy jakakolwiek inna nie jest w stanie tego problemu rozwiązać. Jedynym wyjściem wydaje się być wprowadzenie we Francji bardzo silnej dyktatury, która by ten kraj wyprowadziła z UE i posługując się siłą, wprowadziła szereg reform, w tym przymusowe osadzenie motłochu na roli wraz z nakazem jej uprawy, zakaz pracy dla kobiet w mieście, abolicję dotychczasowego systemu umów o pracę między pracodawcami a pracownikami i zastąpienie umów kontraktami czyniącymi obie strony jakby wspólnikami (co by spowodowało natychmiastowy wzrost zysków), a wreszcie zmiany godzin pracy z absurdalnego rozkładu 9:00-18:00 z długą przerwą w południe, na system ośmiogodzinny z rozkładem 7:00-15:00, co, po odpowiednim przystosowaniu do tego nowego sytemu rozkładu zajęć w szkołach, pozwoliłoby rodzinom przebywać razem po południu, gdyż rozłąka dzieci i rodziców przez cały właściwie dzień jest niezwykle uciążliwa, zresztą rykoszetem paraliżuje również przedsiębiorstwa, powodując absencje.

Pytanie, czy wprowadzenie takiej ostrej dyktatury jest możliwe. Myślę, że nie jest ono wykluczone, oczywiście na pewien czas. Dyktatura nigdy nie jest celem, jest zawsze środkiem do celu. Rządzące elity boją się zbytniego rozprężenia. Jest faktem, że Pan Prezydent Nicolas Sarkozy nie zrobił absolutnie nic, aby zrealizować absurdalne zadania lewicy domagającej się stale niszczenia elitarnego szkolnictwa.

Nie jest wykluczone, że przestraszona klasa polityczna pozwoli komuś na wyjęcie bata, przynajmniej na pewien czas. Bo ten problem można rozwiązać tylko batem. To jest bowiem bunt, rebelia, a na to jest tylko jedna odpowiedź. Warunkiem zrealizowania takiego programu jest zaś uzyskanie przez klasę polityczną we Francji odpowiedniego zezwolenia u prawdziwych władców świata. To nie jest absolutnie wykluczone.

Antoine Ratnik

a. me.

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Motłoch, który zerwał się z łańcucha”

  1. dobry tekst. i nawet obyło się bez ujadania na protestantów. przynajmniej na tę chwilę. a jeśli chodzi o młodzież, to jest ona taka sama we francji jak i w polsce, i pewnie w całej europie. tutaj nie ma większych różnic. takie nieciekawe czasy.

  2. Tekst rzeczywiście ciekawy. Chociaż nierozumiem tego fragmentu: „…cywilizowani studenci z mieszczańskich rodzin…”. Czyżby motłoch pochodził ze wsi? Raczej tego nie da się zdefiniować w ten sposób. Kiedy ja uczęszczałem do szkoły, to właśnie dzieci wiejskie były bardziej grzeczne, posłuszne i zaangażowane. Po prostu bardziej im zależało na nauce. Swoją drogą kończyłem kilka lat temu wydział rolniczy („motłoch” :)) i nie przypominam sobie jakiekokolwiek hałasu w czytelnii.

  3. @przemyslaw_stokowski Polska mlodziez sie ogolnie rzecz biorac lepiej trzyma w porownaniu z francuska. ( powtarzam: w ogolnosci).To jest naprawde tylko ogolnik, bo to nie jest prosto wytlumaczyc.

  4. pewnie, że są różne aspekty zepsucia dzisiejszej młodzieży. ta we francji, jak pan wspomniał chodzi w markowych łachmanach, jest nieogolona, zajmuje się dysputami o socjaldemokratyzmie etc. ja z kolei mieszkam w centrum jednego z większych miast w polsce i codziennie mam do czynienia z cechami swoistymi dla polskiej młodzieży. np. kiepsko się tutaj sypia, bo noc w noc tzw. studenci (chyba bardziej studentki) ryczą mi do świtu pod oknami. kiedy wychodzę do pracy, to niektórych mogę jeszcze zastać jak leżą w wymiocinach, niektórzy obsikują mi drzwi. raz zwróciłem takiemu uwage i do dzisiaj mam bliznę na uchu. mają oczywiście kilka zalet – nie prowadzą lewackich dywagacji, pewnie z braku w ogóle pojęcia o jakichkolwiek ideach różnych od picia piwa i palenia marychy. ech te dzieci i ich hobby… 😉

  5. @przemyslaw_stokowski Tylko, ze moj tekst nie jest o mlodziezy.Jest o tym, ze motłoch zerwał się z łańcucha.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.