Niemcy – nowy światowy żandarm?

Jeszcze w czerwcu Henry Kissinger – jeden z głównych architektów amerykańskiej polityki zagranicznej od lat 70-tych do dnia dzisiejszego, dyplomata, polityk i laureat Pokojowej Nagrody Nobla o pochodzeniu żydowsko-niemieckim – podczas spotkania z niemiecką minister obrony Ursulą von der Leyen przekonywał, że międzynarodowa, globalna rola Niemiec – polityczna i gospodarcza – wzrasta z każdym dziesięcioleciem. I sugerował, że coraz mocniejsza pozycja Niemiec nie może ograniczać się jedynie do dyplomacji i finansów: za nimi powinna iść także rola militarna. Uczynienie z Niemiec nowego światowego żandarma – może nie na równi z USA, ale pełniącego wobec nich funkcji pomocniczej – byłoby dla Ameryki bardzo wygodne. A Niemcy pod rządami kanclerz Merkel zdają się ostatecznie przezwyciężać swój „kompleks II wojny światowej”, czyli hamujące ich ambicje poczucie winy i odpowiedzialności.

            „Niemcy są skazane na odgrywanie znaczącej roli” – powiedział Kissinger. I faktycznie: czy to w Egipcie, Iraku czy na Ukrainie – Niemcy odgrywają coraz większą rolę w konfliktach na całym świecie. Nowy rząd kanclerz Merkel od początku swej kadencji w 2013 roku zapowiadał, że zamierza zwiększyć swoje zaangażowanie w światowej polityce, także w łagodzeniu międzynarodowych kryzysów i konfliktów. I to ostatnie możemy teraz obserwować na własne oczy.

Broń dla Iraku

W połowie sierpnia rząd federalny pod przewodnictwem Angeli Merkel podjął decyzję o dozbrojeniu irackich Kurdów niemiecką bronią. Minister spraw zagranicznych von der Leyen i szef niemieckiej dyplomacji Frank-Walter Steinmeier stwierdzili, że wobec sukcesów terrorystycznych bojówek „Państwa Islamskiego” grozi załamanie kurdyjskiego oporu, a w konsekwencji załamanie całego irackiego aparatu państwowego. Sytuacja taka grozi eskalacją i rozprzestrzenieniem na całym Środkowym Wschodzie. A to nie byłby już lokalny konflikt na peryferiach: „Taka katastrofa” – powiedział Steinmeier – „bezpośrednio dotknęłaby nas w Niemczech i całej Europie”.

Sami Niemcy jednak nie są jeszcze pewni, jak dokładnie wyglądać ma „dozbrajanie” Kurdów, i jakie konsekwencje wewnętrzne i zewnętrzne takie zaangażowanie w konflikt może przynieść. Sama zapowiedź dostarczania broni jednak już odniosła konkretne rezultaty: między niemieckimi partiami politycznymi trwa intensywna dyskusja, a inne kraje pogrążone w chaosie – Egipt i Ukraina – z zainteresowaniem patrzą w kierunku Berlina z nadzieją na niemieckie wsparcie. W obydwu przypadkach podjęcie decyzji nie jest dla Niemiec łatwe oraz wiąże się z ewentualnością poważnych konsekwencji międzynarodowych.  

Światowy żandarm, czy pomocnik żandarma?

            USA są oczywiście zainteresowane znaczącym wzmocnieniem zaangażowania i roli Niemiec w świecie – ale tylko pod warunkiem, że ta rola i to zaangażowanie będą zgodne z celami i polityką USA. W tym kontekście Niemcy nie miałyby stać się stuprocentowym „nowym światowym żandarmem”, a raczej „pomocnikiem starego żandarma”.

W przypadku Iraku i Kurdów interesy Niemiec i USA są zbieżne. Obydwa państwa chcą zwalczać islamski terroryzm (i obawiają się go); obydwa państwa są też najważniejszymi ogniwami NATO, którego członkiem jest też Turcja – a wojna w Iraku odgrywa się tuż u granic Turcji, czyli zewnętrznych granic NATO. Obydwa państwa uznają podobny system wartości, oparty na tolerancji, prawach człowieka i wolności religijnej (przynajmniej w sferze uzasadniania swoich interwencji). I wreszcie: obydwa państwa mają problem z islamską imigracją i mniejszością u siebie; wiedzą, że ich obywatele (imigranci) biorą udział w irackim lub syryjskim konflikcie po stronie islamskich fundamentalistów i boją się, że kiedyś wrócą oni do USA czy RFN i będą chcieli kontynuować swoją „świętą wojnę” przeciwko „niewiernym”.

Przez ostatnią dekadę – od czasu wojny w Afganistanie w 2001 (misję w tym kraju Bundeswehra zakończyła w 2013 roku) – Niemcy na podstawie tych doświadczeń bardzo ograniczali swą globalną aktywność polityczno-militarną. Drugi rząd kanclerz Merkel przyniósł więc zasadniczą zmianę. O nowych misjach zagranicznych niemieckich żołnierzy nie było w ogóle mowy, a każdy planowany kontrakt na eksport broni budził ostre dyskusje polityczne, kłótnie i sprzeciw społeczny (co – jednak – rzadko kiedy udaremniało niemieckim koncernom zbrojeniowym rentowny biznes). Teraz zapadła głośna decyzja o sprzedaży broni dla irackich Kurdów. Jest oczywiste, że jeżeli Niemcy zaczną dozbrajać stronę konfliktu w jednym państwie, wcześniej czy później tego samego od Berlina domagać się będą strony innych konfliktów. W pierwszym rzędzie – na Ukrainie, gdzie Berlin, a zwłaszcza niemiecka chadecja (CDU) i jej instytucje, były od początku „rewolucji” mocno zaangażowane po stronie opozycji, a niektórzy jej liderzy – jak obecny mer Kijowa Witalij Kłyczko -  sporo Niemcom zawdzięczają (nie tylko wsparcia ideologicznego, ale i finansowego). W tym przypadku jednak decyzja o większym zaangażowaniu nie będzie tak łatwa, Berlinowi bowiem zależy przede wszystkim na dogadaniu się z Putinem i dobrych relacjach z Moskwą. Tutaj interesy USA i Niemiec się więc różnią.

Ukraina: gospodarka i dyplomacja – tak, broń – nie

            Mimo to jednak znaczne zaangażowanie Berlina w sytuację na Ukrainie jest doskonale widoczne. Kanclerz Merkel odwiedziła pod koniec sierpnia Kijów, a z jej ust padły mocne słowa, iż Niemcy nie dopuszczą do nowych podziałów w Europie, że niepodległość Ukrainy należy do priorytetów polityki zagranicznej Niemiec (taka ukraińska „niepodległość” była zresztą priorytetem Niemiec i Austrii już od XIX wieku – i zawsze była ona narzędziem skłócenia Słowian, Polaków z Ukraińcami i Ukraińców z Rosjanami), że Niemcy nigdy nie uznają aneksji Krymu, oraz że Niemcy przekażą 500 mln euro na odbudowę zniszczonego wojną Donbasu. To ostatnie ma nie tylko znaczenie ekonomiczne (choć wiadomo, że Zagłębie Donu wytwarzało 20% ukraińskiego PKB, i tam znajdują się strategiczne surówce i najważniejsze gałęzie przemysłu). Ma też znaczenie polityczne: oznacza bowiem, że Niemcy nie widzą dla Donbasu innej przyszłości, niż w ramach Ukrainy – inaczej nie dawaliby takich pieniędzy. Natomiast słowa dotyczące Krymu były raczej wygodną ucieczką od trudnego tematu: Merkel doskonale wie, że Putin półwyspu nie odda, i zapewne nie będzie o Krym kruszyć kopii o rosyjski pancerz – dlatego dyplomatycznie powiedziała, że ta sprawa uregulowana zostanie „po ustabilizowaniu sytuacji na wschodzie Ukrainy”.

            Bardzo wymownym faktem jest też zorganizowanie spotkania szefów MSZ Ukrainy i Rosji oraz Niemiec i Francji w roli mediatorów akurat w Berlinie. Głośny lament polskich polityków i oburzenie na upadek znaczenia polskiej polityki wschodniej z winy Radka Sikorskiego ma rzeczywiście jeden realny powód: okazało się bowiem, że wbrew wybujałym polskim ambicjom neo-jagiellońskim rozgrywającymi w ukraińskim konflikcie są przede wszystkim Moskwa i Berlin – a krzykliwej lecz słabej Warszawy ani nikt nie potrzebuje, ani tym bardziej przy wspólnym stole nie chce. Widać to także na przykładzie niemieckiego „nein” wobec pomysłów zwiększenia obecności militarnej NATO w Polsce, amerykańskiej tarczy rakietowej na terytorium naszego kraju oraz utrudnianie modernizacji polskich „Leopardów” przez niemieckie zakłady zbrojeniowe (i to wbrew wcześniejszym zobowiązaniom).

Egipski dylemat 

            Według niemieckich mediów Egipt stara się o zgodę rządu federalnego na zakup niemieckich transporterów opancerzonych. Niemiecki sprzęt potrzebny jest prezydentowi Abdelowi Fattah el-Sisi do zwalczania islamskich bojówek terrorystycznych (powiązanych z Al-Kaidą), uzbrojonych w poradziecki sprzęt z magazynów obalonego libijskiego przywódcy Kaddafiego na półwyspie Synaj. Egipt zainteresowany jest najnowocześniejszymi, zaawansowanymi technologicznie wozami pancernymi GTK „Boxer”.

            Dlaczego nowy egipski prezydent zwraca się akurat do Niemiec w sprawie zakupu broni? Otóż dlatego, iż od początku lat 80-tych Niemcy sprzedawały do Egiptu – rządzonego jeszcze przez prezydenta Mubaraka – transportery opancerzone, części zamienne i inne elementy uzbrojenia. Poza tym istnieje jeszcze wątek izraelski: Z półwyspem Synaj graniczy Izrael, a przez ten teren zaopatrują się w broń bojówki Hamasu, atakujące teren Izraela. El-Sisi wie o szczególnych związkach Niemiec z Izraelem (dopiero niedawno Niemcy sprzedały do Izraela nową łódź podwodną), i że bezpieczeństwo i stabilizacja w Egipcie leżą w interesie Izraela – a przez to i Niemiec. Wie on także, że na eksport uzbrojenia zgodę musi wydać niemiecki rząd – dlatego, na razie drogami nieoficjalnymi, stara się zrobić rozeznanie, czy formalny wniosek o zgodę na sprzedaż będzie miał szansę powodzenia.

            Dla Berlina ta sytuacja jest trudna. Z jednej bowiem strony Niemcy zdają sobie sprawę, że islamskich bojówek nie da się zwalczać kocami i namiotami z pomocy humanitarnej. Z drugiej strony wiedzą oni także, że sprzedaż najbardziej zaawansowanych technologicznie wozów bojowych może mieć negatywne konsekwencje: mogą one albo trafić w niepowołane ręce, albo zostać wcześniej czy później wykorzystane do mniej szczytnych celów, niż walka z terroryzmem: możliwość kolejnych buntów, przewrotów i tłumienia manifestacji ludności cywilnej przez władzę jest w Egipcie cały czas realna. Berlin wciąż pamięta, jak wyglądała „Arabska Wiosna” na ulicach Kairu. Ponadto Egipt zainteresowany jest rakietami przeciwpancernymi „Milan” – a takiego sprzętu raczej nie wykorzystuje się do walki z terrorystami i bojówkami.      

Konsekwencje. Dla Niemiec, UE, USA i Polski

            Ponieważ Niemcy zamierzają zdecydowanie wzmocnić swą rolę międzynarodową, a jednocześnie „dywersyfikują” formy tego zaangażowania (na „miękkie” i „twarde” oddziaływanie), umocnić się musi pozycja kanclerza w polityce wewnętrznej i światowej. Zgodnie z „Kanzlerprinzip” kanclerz jako szef rządu wyznacza główne wytyczne polityki RFN. W przypadku zaangażowania zagranicznego to kanclerz będzie decydowała, czy Niemcy będą eksportować broń, wspierać którąś stronę dyplomatycznie, wysyłać pomoc humanitarną czy też udzielać wsparcia finansowego. Kanclerz Merkel cieszy się poparciem „dużej koalicji”, czyli dwóch największych niemieckich partii, wspólnie tworzących rząd: chadeckiej CDU i socjaldemokratycznej SPD. W przeciwieństwie do swego poprzednika z poprzedniej koalicji CDU z liberalną FDP, nowy szef niemieckiego MSZ Frank-Walter Steinmeier w pełni popiera nowy kurs kanclerz Merkel na większe i bardziej stanowcze zaangażowanie w świecie. Jeszcze w 2011 Merkel chciała dozbrajać swoich sojuszników w świecie, ale w koalicji brakowało zgody na eksport broni – teraz tego problemu nie ma.

W konsekwencji tego nowego, jeszcze większego wzmocnienia pozycji kanclerza (która i tak już jest dominująca na skalę europejską i światową) możemy więc śmiało powiedzieć, że Angela Merkel staje się współczesnym „żelaznym kanclerzem”, rozgrywającym na równi i wspólnie z najbardziej wpływowymi politykami świata.

Dla USA Niemcy jako „nowa światowa potęga” to wielkie zwycięstwo – pod warunkiem, że ten nowy sprzymierzeniec będzie realizował te same cele i prowadził taką samą politykę zagraniczną. A to wcale takie pewne nie jest. Unia Europejska i tak rządzona jest w dużym stopniu z Berlina, więc szczególnych zmian nie będzie, co najwyżej niezadowolenie mogą wyrazić kraje o dużych ambicjach, lecz mniejszych możliwościach. A dla Polski? Uczynienie z Berlina centrum polityki europejskiej i jednego z kilku centrów polityki światowej – już nie tylko dyplomatycznie i gospodarczo, ale i militarnie – na pewno dobrze nie wróży. Decyzje, dotyczące Azji, Afryki i Europy, zapadać będą wówczas (o ile już nie zapadają) pomiędzy Berlinem, Waszyngtonem i Moskwą, ewentualnie Pekinem, Ankarą i innymi metropoliami regionalnymi – do których Warszawa na pewno się nie zalicza.

Michał Soska

/ame/

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *