O czym mówimy, kiedy myślimy, że mówimy o Polsce

O czym mówimy, kiedy myślimy, że mówimy o Polsce*

Moja ukochana Polska – kraj, gdzie miłość do Ojczyzny manifestuje się za pomocą nienawiści, a niepodległość jest kwestią względną. Nasze wspaniałe czasy – kiedy to Święto Narodowe staje się idealną przestrzenią walki pod egidą brzęczącego Hermesa, a zrozpaczony Dedal nagle przemienia się w wojennego spiskowca.

 

            Mówił mój przyjaciel, Lech Nowak. Lech Nowak jest hydraulikiem i czasami z tego powodu ma prawo.

            Było to w Święto 11 listopada, gdy Polacy z radosnymi minami wychodzili na dziurawe ulice swoich szarych miast, a biało-czerwone flagi dumnie powiewały w rzadkich promieniach słońca. Ja tym razem – moi Drodzy Czytelnicy – postanowiłem zostać w domu i wraz z przyjaciółmi porozmawiać o Polsce. Pomysł to niecodzienny, lecz Święto również niecodzienne (a co za tym idzie, artykuł też…).

            Lech Nowak był wybitnym znawcą sportu, w szczególności piłki nożnej, aczkolwiek inne dziedziny także nie były mu obce. Gdy mu coś dolegało, to zwykle stronił od lekarskich wizyt i samodzielnie dokonywał medycznych diagnoz. Jednak prawdziwym jego konikiem była polityka. O! Na temat polityki to mógł mówić zawsze. I tym razem – na me nieszczęście – nie było inaczej, bo siedzieliśmy spokojnie przed ekranem telewizora i komentowaliśmy maszerujący Naród. W pewnym momencie ukazały się obrazki bijących się „patriotów” oraz mówiących głów, tych z najwyższych szczebli partyjnych i państwowych. I co wtedy rzekł mój przyjaciel? Że, tak jak to „się mówiło” w Krakowie, polska niepodległość sprawą jest wątpliwą od czasu dłuższego, a patrioci polscy, to nie żadni patrioci, lecz zdrajcy, zamach, hańba i nikomu ufać nie wolno. Na sam koniec dodał, że gdyby mu przyszło maszerować w wielkim marszu w Warszawie, to najchętniej wszystkich tych maszerujących, to ich  w ł a ś n i e  by zamkną do celi i ścieżka zdrowia trzy razy dziennie, aż do przyszłorocznych obchodów. Bo nie o taką to walczył Polskę. Nagle nastała cisza, a mi zrobiło się smutno. I nie dlatego, że takowe słowa godziły w dobrą atmosferę pięknego naszego Święta (wszak mieliśmy mówić o Polsce!), ale że przez moje myśli przemknęło następujące zapytanie: czyżby on nie miał racji? Bo co ja po tej dzisiejszej „świąteczno-narodowej awanturze” miałem powiedzieć o: patriotyzmie, niepodległości i Polsce? Co miałem odpowiedzieć, gdy jego słowa nienawiści było podparte słowami oraz czynami nienawiści Narodu? Cóż ja miałem rzec?!?!

            Tu rada dla wszystkich, moi Drodzy Czytelnicy. Zanim się coś powie, wpierw należałoby wszystko przemyśleć!

            Zacznijmy więc od „patriotyzmu”?

            Jeden „jakiś tam czołowy polityk rządowy” manifestował swój patriotyzm biegając, w niewidzialnej obstawie, przez centralne ulice wielkiego miasta, lecz dodał, że dopiero na serio to on będzie  m a s z e r o w a ł, bo bieg jest „dla jaj” (oczywiście tak nie powiedział, ale przekaz był właśnie taki). I tu nie chcąc nikogo ranić, powiem, że na jego miejscu zrobiłbym odwrotnie: pomaszerowałbym w kominiarce „dla jaj”, a pobiegłbym na serio. Bo tak każe etymologia. Słowo „patriotyzm” – jak wszyscy dobrze wiemy – wywodzi się od greckiego „patria” – czyli: rodzina, plemię, naród wywodzący się od wspólnych ojców. A jak również dobrze wiemy, tradycja długich biegów – maratony wywodzą się ze starożytnej Grecji, gdzie wspaniały Filippides w 490 r.p.Ch. miał przebiec spod Maratonu do samych Aten, by obwieścić współobywatelom zwycięstwo nad Persami i ostrzec ich przed nadpływającą wrogą flotą. Więc takim „lekko okrężnym” tokiem rozumowania niepodległy, bezpartyjny bieg uważam za godniejszą formę okazywania miłości do Ojczyzny, niż maszerowanie z transparentami i jednoczesne półświadome uczestnictwo w darmowych kampaniach wyborczych czołowych polityków…

            Jednak nie chciałbym na tym skończyć i jeszcze troszkę poznęcałbym się nad słowem patriotyzm (oczywiście w ujęciu etymologicznym – bo Święto dzisiejsze nawiązuje do korzeni RP, no II RP, więc trzymajmy się początków). Jak wspominałem wcześniej, „patria” – to naród wywodzący się od wspólnych ojców. Dlaczego więc od ojców? Bo greckie (pierwotne) „pater” – znaczy: ojciec. I tu pojawia się stary jak świat motyw ojca-patrona, opiekuna, który nam – Polakom – najbardziej znany jest z religii. Mianowicie: Bóg-Ojciec ze Starego Testamentu, Bóg-Ojciec z Bogurodzicy, Bóg-Ojciec z Biblii ks. Wujka, Bóg-Ojciec z wieczornej modlitwy Ojcze Nasz… I tu pojawia się moje pytanie – szczególnie do tych, co na świątecznych pochodach siebie samych zwą patriotami, a innym nie pozwalają tego czynić – czy patriotyzm przypadkowo nie jest świadomością, uczuciem, postawą zbliżoną do religijnej? Czy nie jest czymś mistycznym, co niekoniecznie musimy z wielkim hukiem wylewać na ulice, tylko po to, by przeciwko czemuś zaprotestować. Czy nie lepiej – jak w naszym „wyidealizowanym” chrześcijaństwie – przeżywać to indywidualnie lub po prostu wmieszać się w Naród, bez głośnych okrzyków i afiszowania się z własnymi poglądami… bez wypominania bliźniemu grzechów, które powinny zostać w tym „świętym dniu” rozpamiętane ze wstydem w ciszy konfesjonału własnego sumienia… Nikt, tak w 100 procentach, nigdy nie podał idealnej, ścisłej definicji „patriotyzmu” ani tego jak go powinniśmy uzewnętrzniać, więc moja rada: róbmy to po staropolsku w rodzinnym gronie z trunkiem i ciastem w rękach, a nie w partyjnym gronie z wybuchającymi granatami w rękach – bo to nie nasza tradycja, to nie nasza religia…

            „Niepodległość”, moi Drodzy Czytelnicy.

            Jeden „jakiś tam czołowy polityk partyjny” manifestował, mówiąc, iż polska niepodległość jest w niebezpieczeństwie… lub coś w ten deseń. Moi Szanowni, przepraszam z całego serca, ale moje wątpliwości są tu wręcz niepokojące, bo, gdym to usłyszał, to aż zatęskniłem za czasami, w którymi niepodległość była w niebezpieczeństwie…

            Chyba my, Polacy, już tak mamy, że jak jest nam dobrze, to jest nam źle… A z kolei jak jest nam źle, to jest nam dobrze. Dlaczego? Bo można sobie więcej ponarzekać, bo mamy jakiegoś tam wspólnego dla nas wroga, bo wszystko jest jasne… Zapewne pod uciskiem się też lepiej myśli. No bo najważniejsze osiągnięcia cywilizacyjne, kulturowe czy naukowe Polacy stworzyli, gdy naszego Kraju nie było na mapie (np. „Pan Tadeusz” – najwspanialsza epopeja narodowa, „Dziady” – najwspanialszy dramat narodowy, „Lalka” – najwspanialsza polska powieść, chopinowskie nokturny – najwspanialsze polskie utwory muzyczne, osiągnięcia Marii Skłodowskiej, pierwsza „Solidarność” itd., itd.). Więc może gdyby faktycznie ta niepodległość była w niebezpieczeństwie, to nasz naród wydałby więcej światłych umysłów? Bo może warto by nie przy niepodległości postawić znak zapytania, tylko przy „ŚWIADOMOŚCI NASZEJ NIEPODLEGŁOŚCI”? (tylko człowiek świadomy jest – moi Drodzy Państwo – skory do prawdziwego niepodległościowego czynu…)

            Na sam koniec: „Polska”!

            P O L S K A. Koniec punktu trzeciego.

            Czy o taką Polskę walczyłem? Nie. Nie walczyłem z powodów formalnych – bo świadomym człowiekiem byłem dopiero kilka lat po odzyskaniu suwerenności tego Kraju. A czy jestem Polakiem? Zapewne w czasie wojny chwyciłbym za karabin, bo tak każe mi (podobnie, jak każdemu „skażonemu romantycznym paradygmatem” Polakowi) idea walczącego „romantycznego patriotyzmu”. W chwilach, gdy Polska jest niepodległa „romantyczny patriotyzm” czeka sobie w ukryciu, a na wierzchu powinien być „codzienny patriotyzm”. I dlatego ja czuję patriotyzm u każdego kulturalnego człowieka, który dumny piękną polszczyzną, szczerze i bez cienia wstydu mówi: „jestem patriotą”. Mój postulat na dziś: obchodząc Święto Niepodległości, mówmy: „jestem Polakiem”, a nie „jestem prawicowcem, lewicowcem, z PiS-u, PO, SLD i inne tego typu brednie, bo idąc tropem romantyków umierających za kraj, to: „po śmierci w bitwie wolałbym mieć napisane na grobie »Umarł za Polskę«, a nie za swoją partię i poglądy polityczne”. Lecz koniec z tym „bohaterstwem”, przejdźmy do naszej opowieści…

            Telewizor cicho obwieszczał, że skrajni prawicowcy pobili się ze skrajnymi lewicowcami, a u nas za stołem cisza. Po chwili na ekranie ukazał się obrazek żołnierzy stojących na baczność, którzy w pięknych mundurach śpiewali Mazurka Dąbrowskiego. Naprzeciw nich stały ważne osobistości oraz starcy – weterani II wojny światowej. Kamerzysta „zrobił zbliżenie na twarz” jednego z nich. Twarz dziadka w mundurze, siedzącego na wózku inwalidzkim w otoczeniu stojących na baczność ludzi. Oblicze naznaczone wspomnieniami. Zapłakane oblicze tego, który wiedział, co to jest patriotyzm, co to znaczy stracić niepodległość, Polak… Pamiętam, że już wcześniej operator „robił na niego zbliżenie”, dokładnie wtedy, gdy jakaś kobieta pchała jego wózek, podczas marszu – i właśnie (!) podczas tego marszu, twarz jego nie zdradzał żadnych emocji. Lecz gdy na placu rozbrzmiewał Hymn, w jego mydlanych oczach pojawiły się łzy… Oglądaliśmy tę scenę w milczeniu. Kilka sekund później do zapłakanego weterana podeszła dziennikarka: „Piękne obchody Święta Niepodległości. Czy przychodzą panu na myśl jakieś wspomnienia?”. A on jej na to: „Nie”. Lecz dziennikarka nie daje za wygraną: „Więc dlaczego pan płacze?”. I tu pada odpowiedź tego oto dziadka: „Bo nie mogłem stać na baczność…”

            I co ja mówię, gdy mówię o Polsce: milczę…

                 

 

 

* Tutaj pozwolę sobie jednak na małe wyjaśnienie, bo zazwyczaj takowych wyjaśnień wolałbym unikać, lecz tu akurat nieporozumienie, które mogłoby się wkraść, wypaczyłoby zbyt wiele, jeśli chodzi o treść oraz przekaz całego artykułu, więc: jest to małe „intertekstualne” odwołanie do opowiadania Raymonda Carvera „O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości” – polecam. Dziękuję za uwagę.

Dezydery Barłowski

a.me.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *