O generale Zygmuncie Berlingu

Proszę czytelników, by zwrócili uwagę na tekst Konrada Rękasa, który w Lublinie przewodzi studenckiej organizacji pod nazwą Legia Akademicka. Ten młody człowiek, o jednoznacznej orientacji (chrześcijańska i konserwatywna), ma wszelkie dane by w przyszłości zaistnieć na politycznej scenie. Daleko mu do pokolenia pampersów, blisko do trzeźwego, realistycznego myślenia o polskich sprawach. Oby nam się tylko nie przeziębił. I wcale nie jestem pewien, czy publikując swój tekst w „Dziś” nie narazi się prawicowemu oszołomstwu.

Mieczysław F. Rakowski

Wielokrotnie przedstawialiśmy na naszych łamach przejawy chorego, irracjonalnego patriotyzmu prawicy, kult głupoty, apoteozę klęski, nienawiść do myślących inaczej rodzącą tak wstrząsające pomysły, jak np. postulat lustracji grobów na cmentarzach. Z tym większym zadowoleniem publikujemy teksty świadczące o rozumnym stosunku do historii przynajmniej niektórych, wykształconych działaczy prawicowych. (…)

Redakcja „Dziś”

Burzenie mostów

Jest w Warszawie pomnij naprzeciwko Czerniakowa. Przynajmniej na razie.

Istnieją dwa weryfikatory słuszności działalności publicznej. Lojalność wobec porządku prawnego państwa oraz obrona racji stanu. Zasady te stają niekiedy w sprzeczności. Wybór między nimi jest najtrudniejszym wyzwaniem polityków. Ocena ich decyzji – to problem prawdziwych historyków.

Status polityczny państwa polskiego zmieniał się często. Różna była nasza wartość dla innych podmiotów. Zmianom ulegały dotyczące nas plany mocarstw. Niezmienny pozostawał jedynie brak wyobraźni naszych decydentów. Zawirowana w latach 1914-22 polityka europejska powróciła do normy. „Skończył się czas korsarskiej niezależności i dowolnego stwarzania faktów dokonanych” – jak pisał prof. Stanisław Stomma.

W latach 30. zjawisko to dostrzegło kilku teoretyków politycznych. Adolf Bocheński, Władysław Studnicki i Stanisław Cat-Mackiewicz wyartykułowali na nowo stary aksjomat. Geopolityka zmusza Polskę do bliskiej współpracy z Moskwą – lub z Berlinem. Bez alternatyw. Najmądrzejsi wśród głupców wybrali Niemcy. Dziś wielu „rewizjonistów” przyznaje im rację. Niesłusznie. Dowiódł tego przebieg wojny.

Za paktem ze Związkiem Sowieckim nie obstawał niemal nikt, Zaciążyła pamięć Cudu nad Wisłą – pobiliśmy wszak „słabeuszy”. Lektura Rauschninga myląco uczyła, że geopolityka nie stosuje się do ideologicznych imperiów totalitarnych. Mogliśmy być sojusznikiem Kremla. Po 23 VIII 1939 r. spadliśmy do roli „pokracznego bękarta”.

1 IX 1939 r. Rzeczpospolita znalazła się w stanie wojny z Niemcami. Od tamtej pory, do dnia dzisiejszego taki stan prawny nie połączył Polski z żadnym innym państwem.

Mimo to nasza pozycja wobec Rosji Sowieckiej była żadna. Mało kto rozumiał wagę tego faktu. Odmienne zdanie miał człowiek, który napisał o tym: „Wniosek z mego rozumowania był prosty: nie może nas brakować w przyszłej wojnie. Żadnych porozumień z Niemcami. Szukać pomocy i pomagać każdemu, kto będzie stawiał za cel wojny ich klęskę. Ze wszystkich sił dążyć do tego, by z bolszewikami rozmawiać bezpośrednio – bez mediatorów. Na przekór wiekowej nienawiści do Rosji, na przekór całemu odwiecznemu dziedzictwu wrogości szukać zewnętrznej pomocy właśnie w ZSRR i z radzieckimi ludźmi podzielić los (…)”.

Tak swój wybór przedstawiał ppłk Zygmunt Berling. Oficer – były legionista II i III Brygady Legionów, na dowódczych stanowiskach w II Rzeczpospolitej. Od 1 IX 1939 r. w służbie cywilnej, po burzliwym konflikcie z ekipą Śmigłego-Rydza. Wychowany, jak sam przyznawał „warunkach nienawiści do Rosji i ZSRR”.

Dziś historycy małych faktów twierdzą, że jesienią 1939 r. nic nie wskazywało na możliwość konfliktu niemiecko-sowieckiego. Oczywiście lektura „Mein Kampf” dla niewielu okazała się wystarczająco pouczająca. Warto więc spojrzeć przynajmniej na mapę. Drang nach Osten (lub Wpieriod na zapad!) był wymuszony przez bezduszną geopolitykę. Podobnie dzisiaj warto patrzeć na naszą granicę zachodnią…

Polska miała więc być polem i przedmiotem walki dwóch swych sąsiadów. Odrzucając sojusze egzotyczne, nasz kraj mógł liczyć się tylko z jednym ewentualnym partnerem – Rosją.

Nielegalny wjazd do ZSRR traktowany był jak próba szpiegostwa. Wyjazd – jako zdrada stanu. Kilkanaście tysięcy uwięzionych przez Sowiety oficerów polskich dobrze o tym wiedziało. A jednak w wypełnianych w obozach ankietach niemal wszyscy zakreślili jeden z tych dwóch wywrotowych punktów. Zostali zamordowani. Tylko kilkunastu – wśród nich i Berling – zakreśliło odpowiedź trzecią – pozostanie w ZSRR.

Polska nie prowadziła wojny z Rosją Sowiecką. Nie była też wówczas jej sojusznikiem. Dla Kremla formalnie nie istnieliśmy. Dopiero wiosną 1941 r. Rosjanie przedstawili jedyną na razie dopuszczalną formułę kooperacji: Polska „we współpracy” ale i „w ramach radzieckiej rodziny narodów”. Był to powrót wprost wyartykułowanej sprawy polskiej w polityce Sowietów. Dokument ten podpisał Berling i pozostali internowani w Małachówce oficerowie. Dziś chce się za jego pomocą zdyskredytować linię Berlinga. Nie można sądzić motywacji. Patrząc jednak na fakty, nie można sobie wyobrazić grupy więźniów składających podobne oświadczenie, by za chwile dodać „ale my tylko tak na niby”.

Rozpoczęcie wojny niemiecko-sowieckiej zmieniło sytuację. Pozycja Polski w oczach Brytyjczyków drastycznie spadła. Nasza przyszłość znajduje się już nieodwracalnie na Wschodzie. Dla Rosji – Polska Sowiecka przestała być jedyną alternatywą. Rosjanie konferowali m.in. z uwięzionymi gen. Marianem Żegotą-Januszajtisem i Mieczysławem Borutą-Spiechowiczem oraz innymi politykami polskimi.

Wreszcie mógł zadziałać rząd. Generał Sikorski już w 1935 r. na łamach „Kuriera Warszawskiego” proponował uzgodnienie polityki zagranicznej Rzeczpospolitej z Czechosłowacją i „oparcie tego porozumienia na ścisłej współpracy z Rosją Sowiecką”. Do sprawy tej premier i Naczelny Wódz powracał od pierwszych chwil pobytu rządu w Wielkiej Brytanii. Już 23 VI – bez żadnego gestu ze strony ZSRR – Sikorski wezwał do sojuszu z Sowietami. Chciał rozmawiać bez pośredników – i chciał Armii Polskiej u boku Armii Czerwonej. 30 VII 1941 r. podpisał pakt z ZSRR. Legislacyjnie niedoskonały – był politycznie jedyny. Część londyńskich polityków wierzyła, że inne papierowe zapisy przekonałyby Sowietów, by po wojnie ukłonić się, oddać Polskę i dołożyć Lwów z Wilnem. W polityce wiara nie czyni jednak cudów.

4 VIII 1941 r. z Łubianki wyszedł Anders. Bezzwłocznie skontaktowano go z Berlingiem. Nie zrozumieli się i nie polubili. W działalności Berlinga nie znaleziono jednak niczego, co nie pozwoliłby mu objąć stanowisk dowódczych w szeregach Armii Polskiej w ZSRR. Nie miał też żadnych zastrzeżeń Sikorski.

W sierpniu 1942 r. Armia Andersa wyszła do Iranu. Największą radość sprawiono w ten sposób Wandzie Wasilewskiej, Alfredowi Lampemu i innym obywatelom radzieckim z kręgu „Wolnej Polski” i „Nowych Widnokręgów”. Droga do 17. Republiki znowu wydawała się realna.

W polskim Londynie królowało w tym czasie hasło z czasów insurekcji – „Wolność – CAŁOŚĆ – Niepodległość”. Triadę tę traktowano łącznie i nierozerwalnie. Wykład real politik, którego wysłuchał Sikorski u Stalina nie dotarł do uszu „londyńczyków”. Jego echa przywołał na łamy „Wiadomości Polskich” Ksawery Pruszyński. „Polskę piastowską” miano jednak realizować z innego kierunku. Na uchodźstwie królowała „Rzeczpospolita rozbiorów”…

Zygmunt Berling zdezerterował. W czasie wojny jest to sprawa gardłowa. Politycznie – trudna. Wyroki za dezercję mieli np. w pewnych okresach żołnierze BCh i NSZ, którzy opuścili szeregi AK. Tak czy inaczej, drogi porządku prawnego państwa emigracyjnego i ppłka Berlinga rozeszły się. Wobec tradycyjnie pojmowanego lojalizmu Berling dopuścił się przestępstwa. Sankcjonował to wyrok Sądu Polowego nr 12 Armii Polskiej na Bliskim Wschodzie. 28 VIII 1943 r., na podstawie 43, 46 i 47 art. KKWoj. Ppłk. Berling został skazany na śmierć „za zmowę i trwałe uchylanie się od obowiązku wojskowego, przez opuszczenie jednostki i stanowiska w czasie wojny”. Polityczny aspekt sprawy oddaje opinia ministra spraw zagranicznych rządu londyńskiego – Tadeusza Romera z 9 X 1943 r. Stwierdził on, że „w obecnej sytuacji międzynarodowej ujawnienie powyższego wyroku przyniosłoby naszym interesom bardzo poważną szkodę”. W tym stanie rzeczy Naczelny Wódz – gen. Kazimierz Sosnkowski wyroku nie zatwierdził. Tym samym stał się on nieprawomocny. Tak więc wbrew dzisiejszym insynuacjom, na Zygmuncie Berlingu nie ciąży żaden wyrok sądu polskiego.

Tymczasem pozycja Polski znowu uległa zmianie. 25 IV 1943 r. Sowiety zerwały stosunki dyplomatyczne z rządem uchodźczym. Od lutego działał już Związek Patriotów Polskich. Wydawało się, że drogę ze Wschodu pokonują ludzie tylko jednej opcji. Tymczasem 7 V Moskwa oficjalnie ogłasza komunikat o poborze Polaków do wojska. Jeden z liderów ZPP – Alfred Lampe – złożył wówczas charakterystyczne oświadczenie: „A na ch… nam to polskie wojsko!” 8 V poinformowano o formowaniu Dywizji Polskiej w ZSRR, z pułkownikiem Berlingiem na czele. Istotną różnicą między trybem powołania kościuszkowców, a wcześniejszymi próbami, była zgoda Rosjan na zaciąg obywateli polskich innych narodowości. Skończyło się zastanawianie się, czy Polak to tylko na -ski i -icz. Fala ruszyła do Sielc.

Nadzieja dla naszych rozrzuconych na Wschodzie rodaków to jedno. Było to też jednak wielkie wydarzenie polityczne. Sowieci uznali podstawowy element niezależnej państwowości polskiej – własną armię.

W latach 70. kierunek zbieżny ze starymi pomysłami Berlinga nazywano „niekomunistyczną opcją prosowiecką”. Jego losy sam Berling opisał w tomie swoich wspomnień pt. „Przeciw siedemnastej republice”. Od sierpnia 1943 r. ostra debata między komunistami, a „nieznającą Marksa soldateską” trwała już w obrębie ZPP, w którego skład świeżo upieczony generał wszedł (mimo licznych sprzeciwów). Oczywiście na ostateczne decyzje wpływ miało to niewielki. Rozstrzygnęło się w Teheranie.

Dwunasty października – to niedawna było święto wojska. Pod Lenino zginęło 502 żołnierzy polskich, a 663 uznano za zaginionych. Militarnie – niewiele. Politycznie – dziś niesłusznie. W tym roku niewielu o nich pamiętało. Jak trudno zdobyć się nam na uznanie dla każdego indywidualnego spełnienia obowiązku, dla każdej żołnierskiej walki o Polskę. Jak niemożliwa wydaje się nam rzetelna ocena intencji i politycznych działań.

W 1944 r. berlingowcy weszli u boku Armii Sowieckiej na teren Polski. Rok później tak to pisywał członek emigracyjnej Rady Narodowej, Arka Bożek: „sam fakt obecności szczupłej armii Berlinga niwelował antagonistyczne nastroje wśród Sowietów do Polaków i stanowił ochronę ludności polskiej”.

Partia była jeszcze wówczas „robotnicza”, a nie „komunistyczna”, Manifest PKW – socjaldemokratyczny. Realizm nakazywał działać m.in. Witosowi, Grabskiemu, Drobnerowi. Na swych fachowych poletkach mieli działać Krzyżanowski i Kwiatkowski. Tworzyły się kadry gomułkowskiego Ministerstwa Ziem Odzyskanych. Nowe twórcze koncepcje formułowali m.in. Aleksander Bocheński i Bolesław Piasecki. Niestety, oprócz tego niewielkiego marginesu, tylnymi drzwiami Rakowieckiej wkraczał totalitaryzm. Na kilkanaście lat wpływ zamordystów i funkcjonariuszy stał się dominujący. Berling ratował się w opinii publicznej jawnym patriotyzmem. Jeszcze w czasie wojny przygotowywał wspólnie z Sokorskim założenia polityczne dla przyszłej Polski. Zawsze związany z lewicą społeczną, nie widział powrotu do realiów przedwrześniowych. Nie tylko jednak w sferze ekonomicznej. Wierzył, że nadchodzi czas powrotu do demokracji. Silnej, ukierunkowanej – ale otwartej dla wszystkich. Niestety, on sam jednak i jego koncepcja poszli w odstawkę. XII 1944 – XI 1947 Akademia Wojskowa w Moskwie, II 1948 – XI 1953 – Akademia Sztabu Generalnego w Warszawie, 1953 – 56 wiceministerstwo PGR- kolejne daty w życiu generała nie mają już wagi politycznej. Do mety pierwsi dobiegli staliniści, ale w końcu reszta też miała po co biec. Zmarnowano jednak szansę szerokiego udziału wszystkich rozsądnych sił politycznych w odbudowie kraju. Ideologia przysłoniła interes społeczny.

Lata 40. to trudny okres dla odpowiedzialnych polityków i historyków. Legalizm II Rzeczypospolitej został na uchodźstwie. W kraju tworzył się nowy porządek prawny. To czas trudnych decyzji.

Dziś wielu rozgrzesza szpiega, który złamał prawo, a nam sprowadził niemal na głowę atomowy deszcz. Ci sami – za niepopełnione winy – chcą uciąć marmurową głowę pomnika Berlinga. Stoi on w Warszawie – w mieście, o które walczył w 1944 r.

Wspierają ich w tym neofici. Kiedy w 1945 r. Berling prosił Stalina od odsunięcie od wpływów Bermana, Minca, Zambrowskiego, czy Zawadzkiego dobrze rozumiał groźby, które ci ludzie nieśli dla społeczeństwa. Tymczasem dziś wielu wstydzi się pracy wykonywanej w czasach Polski Ludowej, a Berlinga oskarża o „ohydę komuny” i zdradę.

Co jest więc podstawową wartością – legalizm – czy interes narodu? Wybierzmy wreszcie którąś z tych zasad i wpajajmy ją następnym pokoleniom. Tymczasem króluje niekonsekwencja – a może tylko ślepa ideologia?

Most imienia generała Zygmunta Berlinga jest dłuższy niż tylko z alei Armii Ludowej na aleję Stanów Zjednoczonych. To droga do odpowiedzialności i rozsądku. To jeden z ostatnich mostów na Wschód, do bezpiecznego kraju. Chcą ten most zburzyć.

Konrad Rękas

Dziś – Przegląd Społeczny”, nr 3 (90), marzec 1998 r.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *