Odtrutka na Zychowicza, czyli Stalin też dawał nam Lwów

Polnische Wehrmacht vs. Powstanie Warszawskie

Ponieważ zaś w pewnym momencie nastąpił pewien przesyt „moralnym zwycięstwem Warszawy” (choć jeszcze nie legendą „żołnierzy wyklętych”) – odtrutki zaczęto szukać w ahistorycznych, ale łatwych w lekturze i wnioskach czytadłach Zychowicza, a ostatnio też Ziemkiewicza. Ciekawe przy tym było jednak kiedy jednak wahadło odbije w stronę faktycznie odmienną, niż odnajdywanie alternatywnych losów Polski jak nie przy boku jednego (alianckiego), to drugiego (niemieckiego) Zachodu i przyjdzie refleksja czy losy naszego kraju i narodu faktycznie w minionych kilkudziesięciu latach mogły wyglądać odmiennie?

W rzeczywistości bowiem wszelkie opowieści prezentujące różne warianty naszej kooperacji z Niemcami sprowadzają się bowiem bądź to do międlenia wizji zwycięskiego pochodu Wehrmachtu z Wojskiem Polskim u boku na Moskwę, Ural i Stalingrad, bądź to (co już rozsądniejsze) do analizowania opcji minimalizacji strat polskich już w trakcie rozpoczętej jak w realu drugiej wojny światowej. W tym całym już mini-przemyśle alternatywnym musi jednak dziwić czemu tak wiele wysiłku i wyobraźni wkłada się w wymyślanie i uzasadnianie karkołomnych konstrukcji politycznych, często sprzecznych z prawami logiki i zasadami logistyki zarazem, jednocześnie ignorując, że niemal nietknięty przez badaczy jest inny wariant przebiegu historii najnowszej Polski.

Wcale nie fiction

Fundamentalnej kwestii czy realnym było znalezienie modu vivendi między resztkami II RP na uchodźstwie i w podziemiu – a Stalinem i zwycięską Armię Czerwoną, nie rozpatruje się w Polsce nawet jako political-fiction. Choć problem nie wydaje się bynajmniej trudniejszy do przeanalizowania, niż wizja przyjęcia żądań Hitlera, budowa rządu kolaboracyjnego pod okupacją niemiecką, czy przynajmniej stania z bronią u nogi podczas zwycięskiego marszu Sowietów w 1944 r. – samo pytanie wydaje się zniechęcać do jakiejkolwiek dyskusji. „Dogadać?? Ze Stalinem?? Największym zbrodniarzem wszech czasów?? Niemożliwe!!!” – chętnych do budowania historii alternatywnych brak.

A przecież nie mówimy o czymś tak ulotnym i trudnym do wyobrażenia, jak nagłe nawrócenie sanacji (czy kierownictwa AK) na realpolitik. Wizja porozumienia rządu londyńskiego ze Stalinem nie jest przecież nawet fikcją, ale… faktem, który miał miejsce, został jedynie zaprzepaszczony, zaś oceny historyków (i polityków historycznych) różnią się w istocie odnośnie przyczyn owej porażki. Ściślej zaś – niemal się nie różnią, dominujący bowiem ton, przeniesiony do współczesnej historiografii polskiej głównie z emigracji oraz wspomnień aktorów tamtejszej polityki polskiej – jest w zasadzie zgodny. Winnym fiaska stanu, symbolizowanego najogólniej przez pakt Sikorski Majski, ma być tylko i wyłącznie Józef Stalin. Winne były jego diaboliczna natura, antypolskość, wszechświatowy imperializm – detale są mniej istotne, grunt, że konstatacja ta rozgrzesza resztki elit II RP, które podczas wojny kierowały namiastką polskiej nawy państwowej. Co najmniej współodpowiedzialny pozostaje też zdradziecki Zachód, który sprzedał dobrych, a niewinnych Polaków w Jałcie tak, że nic na ten splot zła poradzić się nie dało.

Bez Kresów, ale samowładni

Eugeniusz Guz, autor znienawidzony przez „niezależny” neo-salon m.in. za krytykę powstania warszawskiego w swej nowej książce przekonująco przedstawia jednak i tłumaczy luki tego obowiązującego w Polsce rozumowania. Do pewnego momentu – pisze autor „Londyńskiego rodowodu PRL” – polski rząd mógł być wprawdzie zupełnie pewien, że w żaden sposób nie uratuje dla powojennego państwa Kresów – miał jednak wszelkie widoki, by w tymże państwie być pełnoprawnym gospodarzem, oczywiście pod geopolitycznym protektoratem Sowietów. Innymi słowy jego sytuacja nie byłaby jakościowo inna, niż wymyślonego przez Zychowicza et consortes rządu pod dyktatem III Rzeszy, za to bez Kresów zachodnich.

Guz zwraca uwagę, że ciężar – bardziej zresztą propagandowy, niż merytoryczny – Jałty, jest w Polsce tak duży, że całkowicie przesłania np. odniesienie się do ustaleń konferencji teherańskiej, bezlitosnej dla naszego państwa w kwestii granic – ale wciąż obiecującej jeśli chodzi o powojenne formy ustrojowe. Właściwie w oparciu o teksty innych autorów, a dokładniej ich opuszczenia, insynuacje i interpretacje – autor snuje wywód zbijający wiele mitów narosłych wokół polskiej dyplomacji czasów wojny, naszych relacji z Sowietami i aliantami zachodnimi. Zarówno teza, że Stalin od początku stawiał na sowietyzację Polski i szykował do przejęcia władzy nad Wisłą swych agentów – komunistów, jak i pogląd, że kiedykolwiek mogliśmy mieć widoki na zwycięską walkę o pełną stawkę, tj. i o ustrój, i o granice – wydają się w świetle tych ustaleń nieuzasadnione. Guz dyskutuje też z niewierzącymi w możliwość powojennej finlandyzacji nad Wisłą, zakreśla różnice między położeniem Polski, a Czechosłowacji (w której wszak realizowano pod koniec lat czterdziestych eksperyment beneszowski). Za słabo może natomiast akcentuje odrębność losów Jugosławii, bardzo pouczającą z punktu widzenia wszystkich zastanawiających się co by było gdyby w 1944 r. władzę w Polsce za zgodą Stalina przejął nie Bierut, ale Mikołajczyk – a może nawet Sikorski. Wszak gdyby generał najpóźniej w 1942 r. pozbył się mrzonek i wiary w rozgrywanie Zachodu przeciw Sowietom – wówczas jako szef rządu polskiego… w Moskwie nie miałby powodów, by latać sobie w okolicach skały gibraltarskiej…

„Londyński rodowód PRL” rozbraja nawet tych przeciwników kolaboracji ze Stalinem, którzy jeszcze dziś rozgrzeszają tę część polskich elit, która do końca naiwnie wierzyła w zbrojny konflikt Zachodu ze Wschodem. Czy porozumienie z Moskwą przekreślało oczekiwanie na III wojnę światową? Wprost przeciwnie, raczej ułatwiało, bo przecież odbywałoby się ono w Warszawie. Podobnie przecież inaczej wyglądałaby pozycja i możliwości Polski, gdyby czasów napoleońskich doczekała choćby w kształcie sprzed III rozbioru, utraconym w wyniku insurekcji. Że co, że III wojna nie wybuchła? Ano właśnie, tym bardziej należało robić politykę polską na miejscu, w Warszawie, bo przecież na emigracji mieliśmy do czynienia tylko ze smętną namiastką polityki. Patrząc zaś na doświadczenie Finlandii czy Austrii – być może udałoby się doczekać zmiany układu sił międzynarodowych. Nie mielibyśmy więc dziś dylematu III czy IV RP – bo w istocie wciąż trwałaby II. Niekoniecznie byłoby to rozwiązanie idealne dla samych Polaków – ale przecież z punktu widzenia antykomunistów czy miłośników przedwojnia chyba w oczywisty sposób atrakcyjniejsze niż PRL?

Zagrożenie niemieckie i prezent ze Wschodu

Inny, nieco zresztą sztucznie doklejony do reszty, acz ciekawy aspekt książki, wydanej przez „Bellonę” – to przedstawienie czytelnikowi szerzej nieznanych faktów związanych z grą o powojenne Niemcy, prowadzonej przez Stalina między innymi przy użyciu wschodnioniemieckich komunistów, a nawet zachodnioniemieckich socjaldemokratów. Dla historii alternatywnych – już nie Polski, ale całego świata, był to kluczowy punkt zwrotny, być może na miarę ostatecznego zwycięstwa w Zimnej Wojnie, przy czym nasza granica zachodnia była tylko jedną z funkcji rozgrywki o status Niemiec – zjednoczonych i zdemilitaryzowanych (a więc otwartych na infiltrację sowiecką), czy podzielonych między dwa bloki. Tematyka niemiecka inna niż niedoszła przyjaźń z III Rzeszą również jest słabo obecna w polskiej publicystyce historyczno-politycznej. Tymczasem (zwłaszcza w momencie narastającej histerii na tle rzekomego zagrożenia ze Wschodu) warto przypomnieć, że ledwie 24 lata temu ówczesny kanclerz RFN, ten wielki przyjaciel Polski, zwący się jak roślina ogrodowa – wzdragał się przed podpisaniem traktatu potwierdzającego jedynie wcześniejsze zobowiązania Niemiec wobec uznania polskiej granicy na Odrze i Nysie. To pokazuje skąd mieliśmy bliższe i do ostatnich lat bliższe zagrożenie naszego stanu posiadania terytorialnego…

I wreszcie z innych analogii na czasie (choć przecież autorowi nieznanych w chwili powstawania książki) warto odnotować utraconą w wyniku niezawarcia trwałego porozumienia ze Stalinem szansę władz polskich na zachowanie w naszym ręku pokaźnej części Kresów, ze Lwowem na czele. Nie fatum jednak, ale brak szczęścia do przywódców politycznych (spowodowany poniekąd ogłupianiem samego narodu) powoduje, że jak kiedyś nie umieliśmy i nie chcieliśmy wziąć Lwowa od Stalina, tak i dziś nie umieliśmy dostać go we współdziałaniu z Putinem – nasuwa się refleksja… Może i niekoniecznie słuszna – z pewnością jednak dla sprawdzenia czego jeszcze mądrego nasi liderzy nie zrobili w przeszłości – warto sięgnąć po prawdziwą historię trochę tylko alternatywną pióra red. Guza.

Konrad Rękas

Eugeniusz Guz, Londyński rodowód PRL. Od Mikołajczyka do Bieruta, Warszawa 2014, s. 247

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *