Partia Dyzmów?

Awaria hydrauliki, ale…

Pozornie sytuacja nie sprzyja kolejnemu przeczołganiu się ludowców przez próg. Od bodaj 13 lat na wsi nie było tak źle. Od czasu, kiedy schyłkowemu AWS-owi udało się doprowadzić do zapaści w niemal wszystkich naraz sektorach produkcji rolnej: zbożowym, mięsnym, mlecznym, drobiowym, rzepaku, tytoniu, owocach itd. – kolejne rządy za wszelką cenę nie dopuszczały do powtórzenia tego błędu, stosując metody hydrauliczne, czyli starając się tak oddziaływać na rynek, by producenci z różnych branż nie byli z władzy niezadowoleni w tym samym momencie. Działało to aż do momentu załamania rynków wschodnich, spowodowanych czynnikami politycznymi, przy jednoczesnym wypaleniu dotychczasowej formuły Wspólnej Polityki Rolnej i Wspólnej Polityki Handlowej oraz niepewności co do następstw ich kształtu  przyjętego począwszy od 2014 r. A mimo to PSL po raz kolejny ma szansę przetrwać (choć niekoniecznie bez kolejnej rundy zmian w kierownictwie partii), bo wyjątkowo niska frekwencja promuje ugrupowanie mające wprawdzie coraz mniej wyborców, ale coraz więcej klientów.

Dwa cuda

Pozornie PSL jest najlepiej opisanym zjawiskiem polityki III RP. W istocie jednak znane mechanizmy – nepotyzm, korupcja, korzystanie z owoców kapitalizmu politycznego, zakorzenienie w instytucjach, w tym zwłaszcza samorządowych – to raczej skutki i następstwa, a także elementy utrwalające, nie zaś czynniki sprawcze fenomenu ludowców.

Główna tajemnica sukcesu PSL trwającego od przeszło dwóch dekad – polega na braku zahamowań, w tym zwłaszcza braku progu niekompetencji. Owego fenomenu, który niegdyś powstrzymywał Nikodema Dyzmę od zostania premierem RP. On w pewnym momencie zrozumiał, że już wyżej awansować nie może, bo wszyscy ujrzą w nim nicość, blagiera, którym był. Ludowcy odkryli, że nawet jeśli ktoś coś zobaczy i zrozumie – to i tak nie ma to najmniejszego znaczenia. Tę pewność dały Stronnictwu zwłaszcza dwa wydarzenia – epizod z premierostwem Pawlaka w 1992 r., będący przecież wypadkiem historii, ale raz na zawsze dowodzącym, że skoro Waldek został premierem – to każdy ludowiec może być każdym, zająć dowolne stanowisko w państwie. Fenomen drugi – to klęska centroprawicy w wyborach 1993 r., która zamiast zwyczajowych 30-60 posłów pozwoliła wprowadzić do Sejmu aż 132 członków klubu parlamentarnego PSL. A więc każdy szef POM-u składającego się z dwóch taczek i pana Mietka – mógł zostać członkiem najwyższej ustawodawczej władzy w naszej kraju! Zaprawdę więc – „trzeba wierzyć w PEEZEL!”, jak głosi niekwestionowanie odtąd panujące motto tej partii.

Z zawodu fachowcy

Tak oto przekroczenie bariery Dyzmy stało się cechą immanentną, wręcz instytucjonalną PSL. To samo zjawisko jednak stało się udziałem aparatu i członków Stronnictwa. Powołania na różne stanowiska, odwołania, powroty, przesunięcia na inny odcinek i cała ścieżka awansowana stworzona w obrębie ruchu ludowego – stworzyły dwa podstawowe typy działaczy. Po pierwsze – „starego zasłużonego”. Ten jest absolutnie przekonany o swej bezgranicznej i bezdyskusyjnej fachowości. Nie bacząc, że zostali powołani z klucza, że bez znaczenia w istocie jest (także dla nich samych) czy zajmują się rybołówstwem czy operą – nie widzą możliwości oddania raz zdobytej władzy na dłużej, niż wymagają tego krótkie interludia centroprawicowe. A nawet i wtedy przecież PSL dysponuje alternatywnymi urzędami (choćby samorządowymi), w których funkcjonuje w formie przetrwalnikowej, a ponadto od zarania III RP „starzy zasłużeni” stanowili zrąb służby cywilnej od poziomu dyrektorów departamentów w dół. Nieumotywowane jest więc przyjmowanie, że ludowcy kiedykolwiek w ciągu ostatniego ćwierćwiecza nie współrządzili w Polsce. Przeciwnie – PSL jest partią najpełniej uosabiającą wszystkie słabości współczesnego państwa, a przede wszystkim, ludowcy są obok post-komunistycznej nomenklatury i post-solidarnościowej narracji (w komplementarnych wersjach a’la „GW” i a’la GaPol) głównymi twórcami dzisiejszej Polski, jaką znamy. Warto, by o tym pamiętali wszyscy zwolennicy wizji PSL jako mniejszego zła, czy wręcz hamulcowych degrengolady cywilizacyjnej, gospodarczej, politycznej i geopolitycznej naszego kraju.

Janczarzy bez właściwości

Że z czasem rola PSL będzie jeszcze negatywniejsza – wskazuje drugi typ działaczy tej formacji: „młodzi ambitni”. To ludzie w całości ukształtowani przez kapitalizm polityczny. Podobnie jak starsi koledzy znakomicie wiedzą, że osiągane dzięki partii funkcje i stanowiska wyznaczają skomplikowaną hierarchię i kolejność dziobania, co z kolei ma wpływ na dalsze awanse. Sam ich mechanizm jest zresztą złożony i dla obserwatorów z zewnątrz mało czytelny, bo obejmuje i podwieszenia, i koneksje rodzinne, i to jak wujek Czesiek z innego województwa głosował na tamtejszym zjeździe PSL, i kogo ciocia Niusa przyjęła na staż w swoim urzędzie, i to, czy się miało czas nieść sztandar na dożynkach. W przeciwieństwie do pokolenia młodzieżówek innych partii – ludowcy po szkole FML czy ZMW mniej są nastawieni na szybkie użycie, skonsumowanie przywilejów i błyśnięcie chwilowymi często wpływami. Oni faktycznie całym swoim życiem przeplatają się z planami partyjnymi, a Stronnictwo sięga po nich wtedy, gdy są potrzebni planując za nich drogę zawodową. Przykładów takich karier znamy moc – ludzi bez właściwości, wyciąganych jak króliki na różne stanowiska, do których czasem dorastają, a czasem nie – bo przecież to bez znaczenia, a Dyzma nie miał racji. Przemysław Litwiniuk, Witold Perka, Andrzej Dycha – mało kto kojarzy te nazwiska, a przecież dla współczesnego PSL to postaci emblematyczne. Ba, być może wkrótce z jednego z takich everymenów, Władysława Kosiniaka-Kamysza, partia-matka zrobi prezesa, czyli i wicepremiera Polski. Syn wiceministra, lekarz, który miał być ministrem zdrowia, ale z braku takiego etatu objął resort pracy, człowiek, na którym ktoś mógłby usiąść w autobusie tak bardzo nie przyciąga uwagi – mógłby dzięki fenomenalnemu mechanizmowi kadrowemu PSL zostać w sprzyjających okolicznościach nawet szefem rządu w Polsce, ostatecznie pokazując jakim frajerem okazał się pewien prezes Państwowego Banku Zbożowego.

Obliczalni lecz niekompetentni

Skoro ten system działa tak doskonale – zapyta ktoś – to w zasadzie czego się czepiać? Ludowcy są – jak wspomniano – w pełni transparentni w swym uwikłaniu. Są, jak to lubią mówić politycy i analitycy – obliczalni, wiadomo czego się po nich spodziewać (np. nielojalności koalicyjnej, przekonania, że umowy są permanentnie negocjowalne, że każda zmiana warunków powinna oznaczać przyznanie dodatkowych stanowisk – oczywiście ludowcom itp.). Innymi słowy – są partią niemal idealną w systemie III RP. Nic dziwnego – przecież jak wspomniano to oni go stworzyli, a jednocześnie są jego najkonsekwentniejszym produktem. W czym więc problem? Otóż w braku jeszcze jednego czynnika – w nieistnieniu selekcji pozytywnej, kompetencyjnej w obrębie samego Stronnictwa.

Nic dziwnego, że mając do wyboru dwóch kandydatów równych kwalifikacjami – wybiera się bliższego sobie, obdarzanego zaufaniem czy po prostu sympatią. Sęk w tym, że ludowcy nie tylko wybierają swoich nawet gdy są ewidentnie gorsi i głupsi, ale i że przeważnie lekceważą ich samych własne predyspozycje i umiejętności. Decyduje bowiem opisany wyżej złożony układ uwarunkowań, w wyniku którego ktoś, kogo przypadkiem prezes miejscowego koła spotkał koło sklepu rybnego – może po 10 latach zostać ministrem gospodarki morskiej choćby na widok wody wymiotował a poza tym wcześniej zajmował się hodowlą jedwabników i produkcją gryzu z klocków. To partia planuje bowiem twoją karierę i mianuje cię fachowcem w danej dziedzinie – a my się dziwimy rozwiązaniom chińskim, o tyle w tym zakresie doskonalszym, że żółtych jest jednak więcej niż zielonych, więc i talentów trafia się tam widać więcej…

Najpierw odperzyć!

Wywód tej jest pełen oczywistości, przeprowadził go bowiem mieszkaniec jednego z tych województw, dla których ruch ludowy nie jest pięknym narodowo-chrześcijańsko-agrarnym mitem widzianym z perspektywy stołecznego mieszczucha nie odróżniającego żyta od pszenicy, a Dyzmy od Ponimirskiego – ale smutną codzienną rzeczywistością Polski wysysanej przez partyjną biurokrację, nieudolność i afery. Cokolwiek by się nie wydawało wszystkim powtarzającym „…ale oni przynajmniej za tym, czy za tamtym by nie zagłosowali” do znudzenia można by przypominać, że to przecież ludowi ministrowie przyłożyli rękę do kolejnych fatalnych dla naszego kraju ustaleń unijnych, jeszcze przed Kopenhagą, pomagali rozbrajać naszą gospodarkę, a utrzymując silne wpływy w wymiarze sprawiedliwości – odpowiadali też za tę najsłabszą chyba i najtoksyczniejszą część III RP. Nie ma też żadnej wątpliwości, że bez usunięcia wpływów PSL, utrwalonych w środowiskach wiejskich i małomiasteczkowych – nie będzie mogło być mowy o demontażu chorej konstrukcji III Rzeczypospolitej. A to przecież musi być cel odpowiedzialnie myślących o polskim interesie narodowym. Tym smutniejsze, że żadna z formacji choćby deklarujących chęć obalenia III RP – w ogóle nie myśli, ani nie pracuje na obszarach wiejskich, pozwalając, by perz plenił się w najlepsze…

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Partia Dyzmów?”

  1. Warto rozbudować zawodową straż pożarną w ramach prawdziwego systemu ratownictwa, obejmującą swym działaniem cały kraj, a skończyć z finansowaniem Ochotniczych SP (i odebrać im prawo wyszynku alkoholu podczas przelicznych festynów, na których lansuje się tzw. “PSL-owców”). Wtedy progu wyborczego nie przekroczą. Obecnie OSP liczą ponad 600 tys. członków i są kontrolowane przez partię zielonych towarzyszy. Zawodowa straż (PSP) liczy tylko 30 tys. funkcjonariuszy. A swoją drogą, ile trzeba mieć tupetu, żeby będąc ZSL-em, przemianować się na PSL. To nawet dranie z PZPR nie wpadli na pomysł, żeby zmienić nazwę na PPS. Pamiętajmy, że ZSL zaczął się tworzyć na polecenie komunistów, gdy jeszcze nie umilkły odgłosy wystrzałów z ubeckich pistoletów do prawdziwych PSL-owców.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *