„Pojednanie” z postbanderowcami

W ten sposób postawił znak równości między obecnym państwem ukraińskim a tradycją banderowską, co uznać należy za kardynalny błąd, nie tylko w kategoriach moralnych, ale i politycznych. Władze Ukrainy dały trzy czytelne sygnały, że nie traktują polskiego rozliczenia ludobójstwa wołyńskiego jako dotyczącego stosunków między naszymi państwami. Po pierwsze, deputowani rządzącej Partii Regionów na kilka dni przed polskimi obchodami rocznicy wystosowali apel, w którym jasno to sformułowali, zachęcając nawet polski Sejm do zajęcia ostrego stanowiska. Po drugie, prezydent Ukrainy, Wiktor Janukowycz, odmówił wspólnego z prezydentem Bronisławem Komorowskim obchodzenia tej rocznicy w Łucku. Wreszcie na uroczystości na Skwerze Wołyńskim w Warszawie nie przybył ambasador Ukrainy. Nie były to, jak chcieliby niektórzy, nieprzyjazne gesty. Tu chodziło o jasne zamanifestowanie  jednego – zbrodnie UPA nie są obciążeniem dla państwa ukraińskiego, to nie jest jego tradycja, to obciąża wyłącznie przestępczą organizację OUN-UPA i ich spadkobierców. W moim przekonaniu zachowanie przedstawicieli państwa ukraińskiego było słuszne. Podziela je ogromna większość Polaków, w tym praktycznie wszystkie środowiska kresowe.

Tymczasem polskie władze starały się wciągnąć państwo ukraińskie do dwuznacznej gry pod tytułem „pojednajmy się”, tak jakby był to jakiś problem w polsko-ukraińskich relacjach. Dwuznaczność tej sytuacji polegała także na tym, że partnerem owego „pojednania” były po stronie ukraińskiej siły wprost nawiązujące do banderowskiej tradycji. Trudno np. zachwycać się deklaracją hierarchów Kościoła Greckokatolickiego i Katolickiego, wiedząc, że ci pierwsi czynnie biorą udział w gloryfikowaniu zbrodniarzy, a jeden z nich, nota bene obecny w Warszawie, nazywa Banderę „skarbem Ukrainy”. To samo tyczy się partnerów politycznych. Najwięcej o „pojednaniu” krzyczeli liderzy probanderowskiego Związku Ukraińców w Polsce. Od lat to oni są głównymi partnerami polskich władz przy wszystkich obchodach tej rocznicy, z nimi się konsultuje i ich się wysłuchuje. Tylko temu nienormalnemu układowi zawdzięczamy to, że są oni często bardzo pewni siebie, by nie powiedzieć dosadniej. Tak było i tym razem – odnosiło się wrażenie, że  kancelaria Prezydenta RP wprost realizuje „wytyczne polityczne” Związku Ukraińców w Polsce.

Odbywało się to przy gromkim pohukiwaniu, że chodzi tu jedynie o strategiczne cele polskiej polityki, o zbliżenie Ukrainy z Europą i jej odciągnięcie od Rosji. Redaktor Andrzej Talaga wieścił prawie codziennie w „Rzeczpospolitej”, że albo Ukraina z nami, albo z Rosją. Świadczy to tylko jednym – polska „klasa” polityczna jest nieuleczalnie chora – i jednocześnie oderwana od rzeczywistości. Stając w te dni razem z siłami probanderowskimi, a więc z siłami, które nie mają i nie będą miały decydującego wpływu na politykę Ukrainy – pokazały, że przez te lata doświadczeń niczego się nie nauczyły. To nie panowie Czech czy Tyma rządzą na Ukrainie, to nie od nich zależą polsko-ukraińskie stosunki. To nie Lwów będzie decydował o przyszłości Ukrainy, tylko Kijów. I tenże Kijów nigdy nie da się zaprząc do „genialnej” polskiej wizji – skierowania Ukrainy przeciwko Rosji. Po co więc u nas zaklina się rzeczywistość? Czy naprawdę minister Sikorski wierzy, że uznając mord na Wołyniu za ludobójstwo „upokorzylibyśmy Ukraińców”? Zostając na placu sam na sam z postbanderowcami oficjalna Warszawa wykonała tak naprawdę kawał antyukraińskiej roboty.

Jan Engelgard

Myśl Polska, Nr 29-30 (21-28.07.2013)

aw

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “„Pojednanie” z postbanderowcami”

  1. Jeśli pośród setek pomników wodza druga siła polityczna w państwie mówi o narodowej rewolucji w duchu banderowskim “krwawej i bezlitosnej wobec wrogów Ukrainy” , to nie mamy do czynienia z czymś “post”, tylko banderowcami z krwi i kości. Możemy znów ich tak nazwać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *