Polacy w Marszu „Nieśmiertelnego Pułku”

Nieśmiertelny Pułk to jednocześnie nazwa przemarszów odbywających się w różnych miastach rosyjskich z okazji 9 maja – Dnia Zwycięstwa. W 2015 r. Nieśmiertelny Pułk miał szczególną oprawę i niespotykany dotąd rozmach. Wg informacji organizatorów i mediów rosyjskich, w centralnych obchodach w Moskwie, w Nieśmiertelnym Pułku wzięło udział ok. pół miliona ludzi! Wśród nich – Polacy. W jakiej liczbie? Nie wiem. Nasza grupa zakwaterowana w jednym z hoteli moskiewskich liczyła ok. 16 osób, ale potem spotkaliśmy jeszcze innych uczestników w samolocie powrotnym do Polski, a ponadto, wiele osób deklarowało, np. na facebooku, prywatny wyjazd na uroczystości. Tak, czy inaczej, byliśmy kroplą w morzu, ale kroplą widoczną.

Na czym polega idea marszu?

Pełni on dwie zasadnicze funkcje. Po pierwsze, oczywiście, upamiętnia zwycięstwo nad III Rzeszą. Po drugie, i to jest w tym wypadku najważniejsze, integruje weteranów i ich potomków. Uczestnicy wojny są naturalnie już dzisiaj w mniejszości. Główną masę uczestników stanowią dzieci i wnuki żołnierzy II wojny światowej, choć sądząc po wieku młodzieży i dzieci (nie chodzące jeszcze maluchy na rękach rodziców, lub w wózkach), sporo było także prawnuków a może i praprawnuków weteranów.

Prawie każdy maszerujący dzierżył w dłoni pamiątkę po swoim przodku – żołnierzu, głównie w postaci przygotowanych przez organizatorów lub prywatnie tablic z wizerunkami antenatów (w mundurach lub w cywilu). Sama liczba osób uczestniczących może pozwolić Czytelnikom na wyobrażenie sobie panującego ścisku, mogę tylko dodać, że na niektórych odcinkach, np. na przewężeniu przy wejściu na Plac Czerwony, było naprawdę ciężko. Ale to nic przy tym, co można było przeżyć i w czym uczestniczyć. Każdy z polskich pułkowców był pod ogromnym wrażeniem panującej niezwykle serdecznej atmosfery i rzeczywistego, nie udawanego i spontanicznego świętowania zwycięstwa. Nie było w tym nic ze sztucznej powagi, namaszczenia, czy napuszenia. Zwykli ludzie, w większości potomkowie prostych żołnierzy, zwyczajnie wyrażali swoją radość. Jeżeli za zwyczajną uznamy oczywiście np. ścianę ogłuszającego dźwięku, zrodzoną przez Urra-a-a-a-a wydobywające się z setek tysięcy gardeł, biegnące w obu kierunkach, jak meksykańska fala.

Jak byliśmy odbierani jako Polacy?

Niezwykle serdecznie. Brak mi słów na określenie tej serdeczności, a nie chciałbym popadać w podręcznikowy banał. Po prostu czuliśmy się, jak wśród najlepszych przyjaciół. Wraz z kolegą Jarosławem Sobczakiem ze Zgierza, jako jedyni z naszej polskiej grupy dzierżyliśmy w dłoniach nie tylko portrety naszych dziadków: Konrada i Edwarda – żołnierzy Września – ale także dwie biało-czerwone, niesione wysoko ponad tłumem. Były łatwo rozpoznawalne i stały się, obok mundurów polskich, w których szli trzej nasi pułkowcy, przyczyną ogromnej popularności polskiej grupy. Spotkaliśmy się wyłącznie z wyrazami sympatii, z prośbami o niezliczoną liczbę zdjęć itd. Jakże różni się rzeczywistość od codziennej, prymitywnej propagandy mediów w Polsce!

Spotkaliśmy również niezwykłe osoby. Księdza prawosławnego, proboszcza pobliskiej parafii, który szedł przez dłuższy czas z naszą grupą i pożegnał mnie słowami „Jeszcze Polska nie zginęła”, Panią, której ojciec zginął pod Warszawą, i która poprosiła mnie o pomoc w ustaleniu, czy istnieje gdzieś jego grób, Panią ze Lwowa, która po wojnie tam pozostała, a której ojciec został wcielony do Armii Czerwonej i w niej walczył, małżeństwo Żydów, którzy na widok polskiej flagi bardzo się wzruszyli.

Okazało się, że ojciec tego uczestnika marszu walczył w polskiej armii, na dowód czego człowiek ten pokazał mi zdjęcia legitymacji towarzyszących medalom za zdobycie Warszawy i za forsowanie Odry. Bardzo sympatyczna była też grupa z Krymu, ze sztandarami, ubrana po wojskowemu (bynajmniej nie na zielono!) i zapraszająca do turystycznego odwiedzenia półwyspu. Na tematy bieżące z Rosjanami w zasadzie nie rozmawialiśmy. W zasadzie, gdyż niemal każda próba a priori tłumaczenia Rosjanom niuansów sytuacji w Polsce, że my swoje, a nasze władze swoje, była szybko zbywana sympatycznym „wiemy, wiemy”. Na zakończenie marszu, już po wyjściu z Placu Czerwonego odbyłem krótką rozmowę z bardzo twardym, prostolinijnym i jednocześnie delikatnie zachłyśniętym już świętowaniem Rosjaninem, z którym doszliśmy do błyskawicznego porozumienia w kwestii ukraińskiej kończąc spotkanie uściskiem dłoni i hasłem:

„Smiert banderowcom!”.

Obok Polaków, w marszu brali udział przedstawiciele różnych krajów i narodowości. Byli spadkobiercy tradycji walk w Jugosławii, Czechosłowacji, a także grupy z Hiszpanii, Holandii, Włoch, Francji, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Spośród obcokrajowców muszę wspomnieć o Holendrze Joopie Konnemanie, który na skutek pomyłki organizatorów nie miał wydrukowanego portretu przodka i z konieczności niósł portret polskiego weterana Józefa Czapińskiego, którego syn musiał w ostatniej chwili zrezygnować z wyjazdu. Holender był niezwykle zaintrygowany rolą jaka mu niespodziewanie przypadła w udziale, chciał koniecznie poznać wojenne losy polskiego żołnierza. Przy tej okazji nasza rozmowa rozwinęła się na szereg innych wątków.

Joop stwierdził, że chciałby u siebie propagować wiedzę o udziale Polaków w pokonaniu III Rzeszy. Martwił się, że pamięć o wojnie powoli odchodzi w zapomnienie w Holandii, że media mówią tylko o roli USA i Wlk. Brytanii itd. Najważniejszą postacią pośród maszerujących był jednak z pewnością prof. John Laughland, znany brytyjski prawicowy konserwatysta, przeciwnik Unii Europejskiej i wrogiej polityki wobec Rosji, wykładowca Sorbony oraz dyrektor paryskiego Instytutu Demokracji i Współpracy, w Polsce znany głównie z książki „Zatrute źródła Unii Europejskiej”. Spotkałem go w Moskwie po raz drugi. Wcześniej był jednym z prelegentów podczas tegorocznej konferencji w Jałcie poświęconej 70. rocznicy spotkania Wielkiej Trójki.

Reasumując, udział w przemarszu Nieśmiertelnego Puku był dla mnie i innych Polaków przeżyciem wyjątkowym. Chyba po raz pierwszy dane mi było w dorosłym życiu świadomie przeżywać prawdziwą radość ze zwycięstwa nad III Rzeszą. Jak to robić, pokazali mi uśmiechnięci i sympatyczni Rosjanie. Wbrew pozorom i wbrew polskiej tradycji świętowania głęboko nasyconej skrajnym pesymizmem i nieznośnym patosem, my Polacy także mamy z czego radować się w rocznicę zakończenia najstraszniejszej z wojen. Współuczestniczyliśmy w zadaniu ostatecznego ciosu agresywnej polityce niemieckiej, w przetrąceniu Drang nach Osten, uzyskaliśmy najlepsze w historii granice i dzisiaj żyjemy wciąż w państwie, które jest wprost kontynuacją tamtego, powstałego w wyniku klęski Niemiec. Starajmy się to docenić, radujmy się, a o złych rzeczach pamiętajmy kiedy indziej.

Adam Śmiech
http://www.mysl-polska.pl/

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *