Polska tradycja realizmu politycznego a kwestia ukraińska

„Jednym z ważniejszych zagadnień naszej polityki za ­równo wewnętrznej, jak i zewnętrznej — jest kwestia ukra­ińska (…) jako zagadnienie gospodarczo-polityczne, od którego rozwiązania zależą wielkie rzeczy w przy­szłym układzie sił nie tylko Europy, ale całego świata. To jej znaczenie trzeba przede wszystkim rozumieć, aże­by móc w niej zająć jakiekolwiek świadome własnych celów stanowisko. Nie licząca się z nim polityka ukra­ińska będzie niepoczytalną.”

Tak były minister spraw zagranicznych Polski, Roman Dmowski, pisał w Kwestii ukraińskiej z 1930 roku.

I choć niektórym z nas zapewne kontrowersyjnym wydać się może podnoszenie tez Dmowskiego przy obecnej zawierusze na arenie geopolitycznej, to z uwagi na doniosłość owego zagadnienia dla polskiej racji stanu i zaskakującą zbieżność wydarzeń ostatnich miesięcy z analizami autora, uważam że dziś –jak nigdy wcześniej –zasługują one na naszą pilną uwagę.

Jak można zaobserwować, od chwili wybuchu powstania w ubiegłym roku na kijowskim Majdanie, antagonizmy na linii Kijów-Moskwa (a tym samym Zachód-Rosja) narastają.

W świetle niedawnych wyborów parlamentarnych w Polsce — które zasłużenie wygrało ugrupowanie PiS – winniśmy przypomnieć więc, że niekoniecznie jesteśmy jako społeczeństwo skazani na widmo fatalizmu konfrontacji Polski z Rosją, któremu zapobiec można definiując naszą rację stanu nie tylko miarą „tu i teraz”, ale „tu i teraz… oraz później”.

Jakkolwiek nikt nie podważa zasadności moralnego obowiązku względem udzielania Ukrainie pomocy w dokonaniu transformacji jej ustroju oraz utrzymania suwerennego statusu, poparcie Polski dla Ukrainy nie powinno być bezwarunkowe i bezrefleksyjne.

Będąc osobą o wykształceniu prawniczym, drzemie we mnie głębokie przekonanie, że polityka zagraniczna każdego kraju stawiać powinna za nadrzędny cel dobro obywateli państwa, na rzecz którego jest formułowana, i nie powinna dawać prymatu sprawą zewnętrznym – niekoniecznie korzystnym dla jego podmiotów.

W obecnej zaś sytuacji, gdzie włączeniu się Polski w „szturchanie rosyjskiego niedźwiedzia” towarzyszą znaczne straty gospodarcze (oraz kulturalne), o których pisałem w tegorocznym raporcie dla najstarszego torysowskiego think tanku w Wielkiej Brytanii, The Bow Group, żniwa owej niekorzystnej polityki zagranicznej ponosi właśnie to społeczeństwo, którego dobro – jak wiemy – jest celem samym w sobie.

W czasie „gorączki ukraińskiej”, która ogarnęła całą Europę (w tym i Polskę), słowa Dmowskiego znów nabierają wagi i jawią się niczym przestroga wołająca o opamiętanie w obliczu formułowania pochopnej strategii wobec Ukrainy, gdyż jak twierdzi: „Jedno bowiem z naj­większych nieszczęść Polski tkwi w tym, że dziesięcio­lecie, które upłynęło od jej odbudowania, nie wystarczyło jej do wytworzenia programu wyraźnej, konsekwentnej polityki państwowej, odpowiadającego jej położeniu i jej interesom”.

Wielce niekorzystnym jest więc mylne przekonanie o tym, że jedynym gwarantem niepodległości w Polsce jest protekcja „Zachodu”, gdzie jakakolwiek koncepcja polityczna względem wschodnich sąsiadów – nie do końca współgrająca z założeniami polityki bloku Zachodniego – postrzegana by była jako reorientacja na Rosję. Innymi słowy – zdrada!

Analiza wydarzeń na Ukrainie zmusza jednak do zastanowienia, czy aby na pewno polskie podejście do jej kwestii jest dla nas samych korzystne i co więcej, bezpieczne.

Pomijając fakt podporządkowania własnego interesu narodowego dobru „większego ogółu”, w mediach polskich niemal bezrefleksyjnie podchodzi się do ukraińskiego kultu „Bandery” i związanej z nim nieodłącznie historii rzezi wołyńskiej, której pamięć nie daje nam gwarancji tego, że Ukraina nie stanie się w przyszłości państwem wrogim Polakom.

Co więcej, nie chętnie w mediach polskich wspomina się o tym, że na Majdanie strzelano do własnych obywateli, których rząd w Kijowie nazwał „terrorystami” tylko dlatego, iż chcieli oni o sobie samostanowić. Ten sam rząd, który z punktu widzenia obowiązującego wówczas prawa doszedł do władzy w wyniku zamachu stanu, odmówił racji bytu swym rosyjskojęzycznym obywatelom – nie chcąc słyszeć głosów nawołujących do decentralizacji kraju, która mogłaby zapobiec tragicznemu rozlewowi krwi.

Jak wielu polskich politologów (wyznających szkołę realizmu politycznego) przyznaje, Ukraina stanowiła do tej pory bufor między Unią Europejską a Moskwą, gdzie przy prowadzeniu polityki wielowektorowej kraj ten oscylował między Rosją a Zachodem – co było zdecydowanie korzystne dla polskiej racji stanu.

Zagrożenie, które niesie dla Polski zaburzenie tego ładu-będące zarazem źródłem dramatu ukraińskiego-skłania do poważnej refleksji nad zasadnością słów legendarnego działacza niepodległościowego, który zdaje się jak gdyby z zaświatów dawać współczesnym nam decydentom tę oto radę: „Ostateczne wykreślenie kwestii ukraińskiej z pro­gramu naszej polityki zewnętrznej pociągnie za sobą dla naszego państwa jeden przede wszystkim doniosły sku­tek. Ustali się traktowanie kwestii ruskiej w państwie polskim jako jego kwestii wewnętrznej, i tylko we­wnętrznej. Zniknie pokusa do podpalania swego domu po to, żeby się od niego zajął dom sąsiada”.

Od tego czy posłuchają zależy przyszłość naszego kraju, która mam nadzieję, że jawi się równie pozytywnie jak obietnice przedwyborcze złożone nam przez polityków, na których oddaliśmy swój głos.

Adriel Kasonta

Tekst ukazał się pierwotnie na stronie „Sputnik Polska”:

http://pl.sputniknews.com/opinie/20151130/1544406/polska-polityka-ukraina.html#ixzz3sxdBgdpg

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *