Populiści?

Zwykli ludzie najczęściej nie umieją dokładnie powiedzieć, co im się nie podoba. Rzadko zdarza się tak, że ktoś zdoła przekuć ich czasem tylko bardzo ogólne intuicje na konkretne postulaty. W takich przypadkach niekiedy udaje się coś realnie zmienić. Częściej kończy się na samym niezadowoleniu, które skumulowane pozwala wbić się do władzy (w demokracji do Sejmu) komuś, kto bardzo chciał tam być i na tym się kończy. To właśnie mechanizm populizmu. Ponieważ ludzie tak dokładnie nie wiedzą, czego chcą, kondensujemy ich frustrację i wjeżdżamy do sejmu. Dokładnie tak zrobił Andrzej Lepper, w dużej części metodę stosował Jarosław Kaczyński.

Oczywiście, populiści mają tendencję do podkręcania niezadowolenia grupy docelowej, na której żerują. Podnoszą coraz bardziej radykalne, najlepiej niekonkretne hasła. Kończy się zawsze tak samo. Ludzie szybko uświadamiają sobie, że populiści przy władzy nie spełniają ich oczekiwań, które w sumie nie wiadomo, jakie naprawdę były. Przykładowo Jarosław Kaczyński u władzy nie umiał zrobić lustracji, którą spidował publiczność, a w pogoni za „układem” prawie złapał się za własną rękę. Głównym postulatem jego ugrupowania była reforma wymiaru sprawiedliwości – i praktycznie nic w tej sprawie nie zrobili, itd.

Na zakończenie marszu organizatorzy ogłosili powstanie nieokreślonego ruchu narodowego, który ma ambicję zasadniczego zmieniania Polski. „Musimy obalić republikę okrągłego stołu, ale bez grubej kreski i kompromisów” – przemówił Robert Winnicki. Zapewne dla słuchaczy zabrzmiało to nieźle, ale wystarczy zapytać: to znaczy co? Jeżeli przejęlibyście władzę w Polsce, to co chcecie konkretnie zrobić?

Słabe chadeckie rządy PO pewnie kiedyś się skończą. Nie wygląda na to, żeby zastąpić je miała lewica. Niewielkie szanse ma też PiS, które populistyczną metodę nakręcania wszystkiego do maksimum opanowało do takiej perfekcji, że liberalnym mediom bez trudu przychodzi sianie w głowach większości Polaków wątpliwości co do poczytalności liderów tego ugrupowania. Dla Polski najlepiej byłoby, gdyby niezadowoleni z obecnego stanu rzeczy zgromadzili się wokół konkretnych postulatów. Abstrahując od kontrowersyjności samej idei, coś takiego usiłuje robić Paweł Kukiz postulatem jednomandatowych okręgów wyborczych. Energia społeczna gromadzi się wokół bardzo wielu inicjatyw obywatelskich projektów ustaw. Natomiast po dzisiejszym marszu możemy już śmiało powiedzieć: to sposób na puszczania pary w gwizdek. Wszystko wskazuje na to, że chodzi o podniecanie ludzi radykalnymi, ogólnymi hasłami. To nie tylko, że nic nie daje, ale wręcz odciąga wielu ludzi od uczestniczenia w tych inicjatywach, które mają jakiś konkretny cel.

Marsz wędruje donikąd

Oczywiście wiadomo, czemu Jarosław Kaczyński budując PiS, musiał pójść taką właśnie drogą. Wychodząc dwadzieścia lat temu z OKP, ogłosił się chadekiem, bo wydawało mu się, że w Polsce istnieje taki elektorat. Po kilku latach, jak okazało się, że takich wyborców praktycznie nie ma, przesunął się jeszcze bardziej w prawo. Jednak nigdy nie miał on najmniejszego zamiaru realizować postulatów swoich wyborców, bo najzwyczajniej w świecie sam się z nimi nie zgadzał. Najwyraźniej widać to było w sprawach moralnych, np. przy kwestii ochrony życia w 2007 roku. Populistyczna strategia była dla niego wymarzona, ale i jedyna możliwa. Zgłaszać jak najbardziej radykalne i jednocześnie jak najogólniejsze haseł.

Liderzy marszu zdają się posługiwać tą samą metodą z nieco innej przyczyny. Jest nią sam PiS. Wydaje się, iż Artur Zawisza i Robert Winnicki chcąc wbić się do oficjalnego życia publicznego, uznali, że jedynym sposobem jest przelicytować Jarosława Kaczyńskiego w radykalizmie.

Kłopot w tym, że realizacja tego planu jest dość kosztowna. Całe rzesze, głównie młodych ludzi angażują się w przedsięwzięcie, którego konkretnego celu nie widać. Jeżeli rzeczywiście miałoby chodzić wyłącznie o kilka miejsc do parlamentu, to najlepiej byłoby, gdyby liderów marszu pod swoje skrzydła wziął po prostu Jarosław Kaczyński. W jego ugrupowaniu jest już tylu populistów, że kilku więcej nie robi żadnej różnicy. Nie wykluczone zresztą, że Artur Zawisza i Robert Winnicki jak najbardziej świadomie na to grają. Nie tyle dążą do przelicytowania Jarosław Kaczyńskiego ile do tego, by ukraść kawałek jego narracji. Po czym oddać, ale za konkretne świadczenia na ich rzecz.

Nie wiem, czy przedstawiona powyżej interpretacja jest prawdziwa. Jednak gdy dziś usłyszałem o „obalaniu republiki okrągłego stołu, ale bez grubej kreski i kompromisów”, umocniłem się w takim przekonaniu. Nie, żebym był zwolennikiem obecnego kształtu Polski. Jednak z konserwatywnego punktu widzenia zamiana chadeckiego marazmu na populizm, to nie jest mimo wszystko dobry interes. Tym gorzej, gdy populizm ten jest szerzony pod sztandarami narodowymi i prawicowymi. Uwierzyć Robertowi Winnickiemu i Arturowi Zawiszy mogę dopiero wówczas, gdy dokładnie powiedzą, jakiej Polski chcą. Co konkretnie pragnęliby zmieniać, o co walczyć. Bez tego wygląda na to, że jedynie budują tzw. kapitał polityczny dla bardzo pragmatycznych (w złym rozumieniu tego słowa) celów.

Ludwik Skurzak

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Populiści?”

  1. Autor sam sobie zaprzecza. Marsz nie maszeruje do jakiegoś nikąd. Maszeruje – jak zrozumiałem Autora – do władzy. To juz coś! Pisząc na tej stronie o tym, że nie wiem dokąd Marsz maszeruje, miałem na myśli niepewność prognoz, a zatem również niską jakość planów w skali strategicznej. Nie sądzę, żeby Artur Z. i Robert W. zdolni byli przeniknąć przyszłość lepiej niz Autor i np. ja. Inaczej mówiąc, oni też nie wiedzą, dokąd maszerują. W każdym razie to dobrze, że mnie dziś nikt nie prosił o danie głosu ze sceny, bo mógłbym się przejęzyczyć i z rozpędu wśród winnych zniewolenia Polski przez Unię wymienić polityków, których nazwiska (a właściwie jedno nazwisko) w przemówieniach Kolegów nie padły.

  2. Konserwatyzm trzeba ponownie przemyslec.Byc moze rozwiazaniem bylby jakis polski rodzaj austryjackiego Vaterländische Front.

  3. Te wszystkie Marsze 11-11 były przede wszystkim sprawdzianem „ciśnienia” w społecznym kotle. Ludzi sfrustrowanych na tyle, by wyjść na ulicę należy po prostu zamęczyć permanentnymi, a bezowocnymi manifestacjami. Gdyby mimo to „ciśnienie” niebezpiecznie rosło, to ewentualny wybuch musi mieć kolor czerwony. Stąd też sama demagogia nacjonalistyczna w wystąpieniach organizatorów (skrywająca program narodowego socjalizmu), oraz kompletny brak jakichkolwiek deklaracji programowych. Ten brak wstąpień programowych to nie przypadek. Ewentualny „wybuch społecznego niezadowolenia” powinien być taki, żeby zaszła zmiana, ale taka, żeby to znów „szpak dziobał bociana”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.