Pouczające spotkania

Przekonałem się, że niekiedy rozmach samouwielbienia może okazać się przykry dla kogoś drugiego. Po kilku spotkaniach politycznych, w czasie kiedy pełniłem funkcję Prezesa Zarządu Głównego Stronnictwa Narodowego, uważałem siebie za pierwszorzędnego polityka, niezwykle utalentowanego, nieomylnego w podejmowanych działaniach. Oczywiście szybko leczyłem się z tej choroby.

 Spotkanie z Janem Łopuszańskim nic nie przyniosło. Perorował o miesięczniku „Różaniec”. Poproszono go wtedy o przewodniczenie redakcji tego miesięcznika. Od strony technicznej pismo wydawane było na wysokim poziomie. Tematycznie poszukiwało oblicza. Spotkanie wyznaczone było w Rembertowie w godzinach wieczornych. Klasztorne zacisze sali recepcyjnej Sióstr Elżbietanek uzupełniała pompatyczność aury, którą już sam nie wiem – kto stworzył.

   Interesująca zaś był rozmowa z księdzem biskupem Świerzawskim. Ordynariusz Tarnowski przyjął mnie w Sandomierzu, w swojej rezydencji. Było to w styczniu 1995 roku. Zima była tego roku wyjątkowo łagodna. Kierowca Jan, błyskotliwy i zaradny, sprawował się wyjątkowo dobrze, tak, iż często zapominałem, że „Polonez” był już leciwy. Biskup Świerzawski to typ naukowca, który szanuje każdą inna opinię, jeżeli trzyma się logicznej argumentacji. Lubi inteligencję, szanuje inteligentnych. To u niego usłyszałem, że idea narodowa jest słuszna, gdy swoje korzenie opiera na tradycji, miejscu pochodzenia, kulturze i duszy społeczeństwa. Dusza jednoczy, tradycja cementuje, kultura pogłębia. Oczywiście ze skarbca dziedzictwa narodowego czerpie się to co najlepsze, bowiem na dobre może zabraknąć czasu.

    Również tej zimy przyjął mnie u siebie bp Materski – rządca Diecezji Radomskiej. Ostrzegał przed radykalizmem w poglądach narodowych. „Wszelkie skrajności są zaprzeczeniem rozsądku. Bywa, że biorą swoje źródło w emocji lub braku wyrobienia politycznego”. Gdy komentowaliśmy ten wątek, dyskusja nabrała rumieńców. W końcu biskup ucieszył nas znajomością pism Romana Dmowskiego.

–To nie kto inny, a wasz ojciec duchowy Dmowski, wyraził myśl, że wszystkim rządzi moralność. „Kto do polityki wchodzi z małą moralnością, traci to niewiele. Trzeba jej bardzo dużo, by nie ulegać złu.

   Polityka to służba potrzebującym, służyć natomiast wypada wtedy, gdy sprawą kieruje wnętrze; dobrze ukształtowane życie duchowe, ład i porządek.

   Styczeń 1995 roku był wciąż bez śniegu. Temperatura sięgała nawet kilku stopni ciepła.  12-go stycznia sypnęło rozczłapaną mazią. Byłem w tym dniu w Laskach pod Warszawą na uroczystościach pogrzebowych ks. prof. dr hab. Jana Piotra Stępnia. Poznałem go bliżej jeszcze jako student socjologii w Akademii Teologii Katolickiej. Ks. profesor sprawował wtedy funkcję rektora. Dane mi było przewodniczyć komisji NZS i pertraktować z magnificencją kilkanaście postulatów spisanych przez świecką brać studencką. Były to wyłącznie roszczenia ekonomiczne, między innymi – sprawa szła o akademik, którego nie mieliśmy, obozy wakacyjne w domach należących do uczelni, a będących wyłącznie do dyspozycji księży studentów i temu podobne. Oczywiście roszczenia te nie miały sensu i świadczyły o braku wiedzy co do sposobów funkcjonowania uczelni. Mimo to ciągnąłem owe negocjacje, wywołując u rektora mieszane uczucia. Darzyłem rektora dużym szacunkiem. Podziwiałem go szczególnie za to, że był człowiekiem Rady Głównej Narodowej Organizacji Wojskowej podczas okupacji hitlerowskiej. Bohaterstwo to nie doczekało się profitów w  Polsce Ludowej – wręcz przeciwnie – ks. Jan Stępień szybko został aresztowany i trzykrotnie skazany na karę śmierci. Ktoś jednak wstrzymał egzekucję. W końcu, rok 1956 przyniósł wolność księdzu i faktycznie był to początek jego pracy naukowej. Od tej pory związał się z Akademią Teologii Katolickiej w Warszawie i pracował w niej niemal do ostatnich dni swojego życia, z rektorowania zrezygnował po 13 grudnia 1981 roku.  Na pogrzebie wygłosiłem krótką mowę: „Dla nas narodowców młodego pokolenia przykład księdza profesora jest zachętą do trwania, pogłębiania wnętrza, do budowania polityki na wartościach trwałych, nieprzemijających”. Ta myśl i zdanie następne odnotowane zostały w „Kronice Diecezji Sandomierskiej”, a także w „Myśli Narodowej”. 

   Cierpienia w lochach ubeckich PRL odcisnęły u księdza wyraźne piętno. Chodzi o cierpienia – skądinąd niesprawiedliwe, gdyż rozkaz młodości, by walczyć o Ojczyznę jest zawsze autorytatywny. Jego cierpienia udowadniały, iż Polska nie uzyskała wolności mimo tak wielkiej ofiary krwi. Ta niesprawiedliwość bolała, dokuczała, wywoływała gniew. Niszczyli narodowców Rosjanie, niszczyli Niemcy, niszczyli socjaliści i ich wierne pachołki z PZPR, administrujący, po wojnie, kontrwywiadem PRL. Bywało i niestety bywa, iż może ze strachu – niszczą narodowców swoi – Polacy, a tymczasem, mający bronić milczą, ochraniając w ten sposób własne dobytki i pozycje. Jak więc można liczyć na komfort psychiczny, jeżeli otaczają człowieka wrogowie i tchórze, i przeciętniacy? Niestety, walka z narodowcami trwa po dzisiejszy dzień. W końcu, w tej tak zwanej wolnej Polsce po 1989 roku, rządzą wnukowie totalitaryzmu socjalistycznego, którego dla zmylenia nazwali „bolszewizmem”.

     Zaskakujące, ile goryczy wywołuje u mnie los księdza Jana Stępnia, kierownika pionu organizacyjnego NOW, współorganizatora Narodowych Sił Zbrojnych w latach 1940-1944.
     Gorycz goryczą, lecz życie pędzi dalej, a co dopiero może życie: „przepotężna” funkcja, z pozycji której można planować niejedno spotkanie. Okazje mnożyły się same. Oto w marcu kampania, na kandydata na wybory prezydenckie RP Bogusława Rybickiego, nabrała rumieńców. Kandydat ten zaskakiwał swoją aktywnością. Był przekonany, że zbierze wymagane sto tysięcy podpisów popierających go w wyborach. Jako prezes Zarządu Głównego Stronnictwa Narodowego „Ojczyzna” przeceniał propagandowo możliwości organizacyjne własnych oddziałów, lecz wola i absolutne przekonanie wodza dodawała skrzydeł. Był świetnym mówcą, dobrym trybunem.  Jedyną jego słabością były intrygi, które skrzętnie tworzył i wykorzystywał w walce politycznej. Gdy doszło do spotkania z nim, byłem w Łodzi na wizytacji oddziału. Już po prelekcji  i pracy w zarządzie okręgowym odpoczywałem w hotelu.  Do spotkania doszło oczywiście w godzinach konspiracyjnych. Ciemno, wszystko nieczynne, ulicami przemykają w popłochu zapóźnieni przechodnie. Fobia bowiem podsycana przeciwko byłemu kierownikowi organizacyjnemu ZG SN przez obecnie panujących, w mojej partii, robiła swoje. Dochodziło do tego, że nawet wymienienie nazwiska – uważane było za zdradę. Krzykacze ubarwiali jego każdą opinię, wymyślali następne oszczerstwa – tak, iż prawda tonęła w absurdach. Nikt nie wiedział, gdzie prawda, gdzie kłamstwo. Mówią, że „jak nie wiadomo o co chodzi, to na pewno chodzi o pieniądze”. Ceniłem go mimo tego, za jego zdolności organizacyjne, za umiejętność robienia rozmachu przy małych pieniądzach i możliwościach.

Zenon Dziedzic

a.me.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Prywatny: Pouczające spotkania

   Przekonałem się, że niekiedy rozmach samouwielbienia może okazać się przykry dla kogoś drugiego. Po kilku spotkaniach politycznych, w czasie kiedy pełniłem funkcję Prezesa Zarządu Głównego Stronnictwa Narodowego, uważałem siebie za pierwszorzędnego polityka, niezwykle utalentowanego, nieomylnego w podejmowanych działaniach. Oczywiście szybko leczyłem się z tej choroby.

 Spotkanie z Janem Łopuszańskim nic nie przyniosło. Perorował o miesięczniku „Różaniec”. Poproszono go wtedy o przewodniczenie redakcji tego miesięcznika. Od strony technicznej pismo wydawane było na wysokim poziomie. Tematycznie poszukiwało oblicza. Spotkanie wyznaczone było w Rembertowie w godzinach wieczornych. Klasztorne zacisze sali recepcyjnej Sióstr Elżbietanek uzupełniała pompatyczność aury, którą już sam nie wiem – kto stworzył.

   Interesująca zaś był rozmowa z księdzem biskupem Świerzawskim. Ordynariusz Tarnowski przyjął mnie w Sandomierzu, w swojej rezydencji. Było to w styczniu 1995 roku. Zima była tego roku wyjątkowo łagodna. Kierowca Jan, błyskotliwy i zaradny, sprawował się wyjątkowo dobrze, tak, iż często zapominałem, że „Polonez” był już leciwy. Biskup Świerzawski to typ naukowca, który szanuje każdą inna opinię, jeżeli trzyma się logicznej argumentacji. Lubi inteligencję, szanuje inteligentnych. To u niego usłyszałem, że idea narodowa jest słuszna, gdy swoje korzenie opiera na tradycji, miejscu pochodzenia, kulturze i duszy społeczeństwa. Dusza jednoczy, tradycja cementuje, kultura pogłębia. Oczywiście ze skarbca dziedzictwa narodowego czerpie się to co najlepsze, bowiem na dobre może zabraknąć czasu.

    Również tej zimy przyjął mnie u siebie bp Materski – rządca Diecezji Radomskiej. Ostrzegał przed radykalizmem w poglądach narodowych. „Wszelkie skrajności są zaprzeczeniem rozsądku. Bywa, że biorą swoje źródło w emocji lub braku wyrobienia politycznego”. Gdy komentowaliśmy ten wątek, dyskusja nabrała rumieńców. W końcu biskup ucieszył nas znajomością pism Romana Dmowskiego.

–To nie kto inny, a wasz ojciec duchowy Dmowski, wyraził myśl, że wszystkim rządzi moralność. „Kto do polityki wchodzi z małą moralnością, traci to niewiele. Trzeba jej bardzo dużo, by nie ulegać złu.

   Polityka to służba potrzebującym, służyć natomiast wypada wtedy, gdy sprawą kieruje wnętrze; dobrze ukształtowane życie duchowe, ład i porządek.

   Styczeń 1995 roku był wciąż bez śniegu. Temperatura sięgała nawet kilku stopni ciepła.  12-go stycznia sypnęło rozczłapaną mazią. Byłem w tym dniu w Laskach pod Warszawą na uroczystościach pogrzebowych ks. prof. dr hab. Jana Piotra Stępnia. Poznałem go bliżej jeszcze jako student socjologii w Akademii Teologii Katolickiej. Ks. profesor sprawował wtedy funkcję rektora. Dane mi było przewodniczyć komisji NZS i pertraktować z magnificencją kilkanaście postulatów spisanych przez świecką brać studencką. Były to wyłącznie roszczenia ekonomiczne, między innymi – sprawa szła o akademik, którego nie mieliśmy, obozy wakacyjne w domach należących do uczelni, a będących wyłącznie do dyspozycji księży studentów i temu podobne. Oczywiście roszczenia te nie miały sensu i świadczyły o braku wiedzy co do sposobów funkcjonowania uczelni. Mimo to ciągnąłem owe negocjacje, wywołując u rektora mieszane uczucia. Darzyłem rektora dużym szacunkiem. Podziwiałem go szczególnie za to, że był człowiekiem Rady Głównej Narodowej Organizacji Wojskowej podczas okupacji hitlerowskiej. Bohaterstwo to nie doczekało się profitów w  Polsce Ludowej – wręcz przeciwnie – ks. Jan Stępień szybko został aresztowany i trzykrotnie skazany na karę śmierci. Ktoś jednak wstrzymał egzekucję. W końcu, rok 1956 przyniósł wolność księdzu i faktycznie był to początek jego pracy naukowej. Od tej pory związał się z Akademią Teologii Katolickiej w Warszawie i pracował w niej niemal do ostatnich dni swojego życia, z rektorowania zrezygnował po 13 grudnia 1981 roku.  Na pogrzebie wygłosiłem krótką mowę: „Dla nas narodowców młodego pokolenia przykład księdza profesora jest zachętą do trwania, pogłębiania wnętrza, do budowania polityki na wartościach trwałych, nieprzemijających”. Ta myśl i zdanie następne odnotowane zostały w „Kronice Diecezji Sandomierskiej”, a także w „Myśli Narodowej”. 

   Cierpienia w lochach ubeckich PRL odcisnęły u księdza wyraźne piętno. Chodzi o cierpienia – skądinąd niesprawiedliwe, gdyż rozkaz młodości, by walczyć o Ojczyznę jest zawsze autorytatywny. Jego cierpienia udowadniały, iż Polska nie uzyskała wolności mimo tak wielkiej ofiary krwi. Ta niesprawiedliwość bolała, dokuczała, wywoływała gniew. Niszczyli narodowców Rosjanie, niszczyli Niemcy, niszczyli socjaliści i ich wierne pachołki z PZPR, administrujący, po wojnie, kontrwywiadem PRL. Bywało i niestety bywa, iż może ze strachu – niszczą narodowców swoi – Polacy, a tymczasem, mający bronić milczą, ochraniając w ten sposób własne dobytki i pozycje. Jak więc można liczyć na komfort psychiczny, jeżeli otaczają człowieka wrogowie i tchórze, i przeciętniacy? Niestety, walka z narodowcami trwa po dzisiejszy dzień. W końcu, w tej tak zwanej wolnej Polsce po 1989 roku, rządzą wnukowie totalitaryzmu socjalistycznego, którego dla zmylenia nazwali „bolszewizmem”.

     Zaskakujące, ile goryczy wywołuje u mnie los księdza Jana Stępnia, kierownika pionu organizacyjnego NOW, współorganizatora Narodowych Sił Zbrojnych w latach 1940-1944.
     Gorycz goryczą, lecz życie pędzi dalej, a co dopiero może życie: „przepotężna” funkcja, z pozycji której można planować niejedno spotkanie. Okazje mnożyły się same. Oto w marcu kampania, na kandydata na wybory prezydenckie RP Bogusława Rybickiego, nabrała rumieńców. Kandydat ten zaskakiwał swoją aktywnością. Był przekonany, że zbierze wymagane sto tysięcy podpisów popierających go w wyborach. Jako prezes Zarządu Głównego Stronnictwa Narodowego „Ojczyzna” przeceniał propagandowo możliwości organizacyjne własnych oddziałów, lecz wola i absolutne przekonanie wodza dodawała skrzydeł. Był świetnym mówcą, dobrym trybunem.  Jedyną jego słabością były intrygi, które skrzętnie tworzył i wykorzystywał w walce politycznej. Gdy doszło do spotkania z nim, byłem w Łodzi na wizytacji oddziału. Już po prelekcji  i pracy w zarządzie okręgowym odpoczywałem w hotelu.  Do spotkania doszło oczywiście w godzinach konspiracyjnych. Ciemno, wszystko nieczynne, ulicami przemykają w popłochu zapóźnieni przechodnie. Fobia bowiem podsycana przeciwko byłemu kierownikowi organizacyjnemu ZG SN przez obecnie panujących, w mojej partii, robiła swoje. Dochodziło do tego, że nawet wymienienie nazwiska – uważane było za zdradę. Krzykacze ubarwiali jego każdą opinię, wymyślali następne oszczerstwa – tak, iż prawda tonęła w absurdach. Nikt nie wiedział, gdzie prawda, gdzie kłamstwo. Mówią, że „jak nie wiadomo o co chodzi, to na pewno chodzi o pieniądze”. Ceniłem go mimo tego, za jego zdolności organizacyjne, za umiejętność robienia rozmachu przy małych pieniądzach i możliwościach.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *