„Prawica” czyli apatrydzi

„Zachodzące przemiany niosą ze sobą także szereg zjawisk wyraźnie negatywnych. Nastąpił, o czym wiele i słusznie pisano, niebywały upadek autorytetów wszelkiego rodzaju. Utrzymuje się niewiara w prawo. Obywatelskie nieposłuszeństwo zostało uznane za obywatelską cnotę. Władzy wykonawczej odmawia się przywilejów niezbędnych do sprawowania właściwych jej funkcji. Gwarancję jej swobód widzi się raczej w słabości władzy wykonawczej niż w silnym prawie. Wszystko to wymaga przeciwdziałania. Ponieważ są to zjawiska anarchiczno-rewolucyjnej natury, zapowiadające chaos, przeciwdziałanie im musi czerpać inspirację z tradycji kontrrewolucyjnej i konserwatywnego realizmu. A więc lewica nie może podjąć się tego zadania. Nie można także liczyć na prawicę, ponieważ nie wiadomo, czy ona w Polsce istnieje. Co mają wspólnego z ideałami prawicy partie, którym się wydaje, że ich niewygasłą misją jest prowadzenie narodowego powstania przeciwko komunistom i radzieckiej okupacji? (…) Dowodem wielkiego nieporozumienia jest fakt, że żadna z partii nominalnie prawicowych nie chce, czy nie potrafi podjąć się funkcji konserwatywnej, przecież niezbędnej Polsce, jak każdemu krajowi” – tak 18 lat temu prawidłowo analizował sytuację polityczną III Rzeczypospolitej prof. Bronisław Łagowski. Opis ten nie tylko nic nie stracił ze swej aktualności, ale też precyzyjnie ukazuje problem, przed jakim polska prawica stanęła już w latach 1989/90.

Fałszywa krytyka – fałszywi obrońcy

Jubileusz Tadeusza Mazowieckiego stał się okazją z jednej strony do apologizowania tego polityka, z drugiej zaś do kąśliwego wypominania mu „grubej kreski” oraz zawartego ostatecznie sojuszu z lewicą laicką. Co ciekawe, krytycy „pierwszego niekomunistycznego premiera” potępiając go – jednocześnie ochoczo czczą prawdziwego pomysłodawcę i współtwórcę jego gabinetu – Jarosława Kaczyńskiego. Jego zasługą miało być powstrzymanie realizacji scenariusza „historycznego kompromisu”, a więc porozumienia solidarnościowych i partyjnych reformatorów. Z perspektywy ponad 22 lat należy stwierdzić, że zastąpienie wizji gabinetu części OKP z częścią PZPR przez koalicję OKP-ZSL-SD, było jedną z wielu szkód, jakie Kaczyński wyrządził Polsce.

Wróćmy do sytuacji po wyborach czerwcowych. Już 5 dni po ich pierwszej turze Adam Michnik w rozmowie z Czesławem Kiszczakiem zaproponował powierzenie misji formowania rządu przedstawicielowi opozycji – Bronisławowi Geremkowi. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że to właśnie misję szefa OKP miał na myśli naczelny „Gazety Wyborczej” publikując 3 lipca 1989r. pamiętny tekst „Wasz prezydent, nasz premier”, dziś niesłusznie traktowany nieomal jak zapowiedź rządu Mazowieckiego. Odpowiedź tego ostatniego („Śpiesz się powoli”, „Tygodnik Solidarność”, 14 lipca 1989r.) jest przypominana obecnie co najwyżej w kategoriach zabawnego faux pas („hahaha, był przeciw a został premierem”). Tymczasem naczelny „TySola” doskonale wiedział czemu i komu się wówczas przeciwstawia, słusznie punktując, że „pośpieszne domaganie się udziału we władzy może zniszczyć właściwą opozycji odpowiedzialność za państwo, a wcale nie zbudować skutecznej i trwałej odpowiedzialności za rządy”.

Realny podział „Solidarności”

Warto w tym momencie przypomnieć zasadniczy podział „Solidarności” z okresu 1980/81, kiedy to po jednej stronie stali związkowi radykałowie (zwani umownie, acz nieprecyzyjnie „Gwiazdozbiorem”, lub po prostu KOR-em), czyli Kuroń, Michnik, Modzelewski, Borusewicz, Gwiazda i (gdzieś w tyle) Kaczyński, kontrowani u boku Wałęsy przez grupę doradców – Olszewskiego, Siła-Nowickiego, Mazowieckiego i ekspertów skierowanych przez prymasa Wyszyńskiego. Ta dychotomia, związana ze stosunkiem tak do metod, jak i do celów działania „Solidarności” – była znacznie głębsza, poważniejsza i realniejsza, niż podziały (w dużej mierze taktyczne i ambicjonalne) do których doszło w obozie solidarnościowym po tzw. przełomie. Mazowiecki nie miał więc powodów, aby darzyć zaufaniem Michnika, Kuronia et consortes, a przeciwnie, przed powstaniem swego rządu miał prawo uważać ich jeśli nie za przeciwników, to za rywali politycznych. Sytuację tę zmieniły dopiero działania Kaczyńskiego, który wykorzystując Wałęsę udaremnił rachuby swych dawnych kolegów z KOR-u (zapewne dlatego, że jako marginalny działacz, był w tych kalkulacjach pomijany). Dodatkowo zaś układ sił uległ zmianie, gdy obecny szef PiS postanowił grę tę kontynuować i pod hasłem „przyśpieszenia” pchnął lidera „Solidarności” przeciw rządowi, tym samym otwierając drogę do sojuszu „Świty” i „Familii” – czyli grupy rządowej z kierownictwem OKP.

Bez maski

Zastanówmy się na moment jak wyglądałaby sytuacja rodzącej się III RP w przypadku skonsumowania „historycznego kompromisu” już u jej zarania. Po pierwsze – obóz solidarnościowy miałby szansę zróżnicować się (nawet na tle stosunku do rządu) wg nieco innych kryteriów, niż to się stało w realu. Oto bowiem państwem kierowałby bez wątpienia gabinet o jednoznacznym i wyrazistym zabarwieniu lewicowym, nie mający (co się zdarzało ekipie Mazowieckiego) skrupułów by z miejsca zacząć rozprawiać się z nowym wrogiem: „widmem endecji i klerykalizmu”, zdaniem Michnika krążącym już wówczas na Polską. Nie tylko ułatwiałoby to budowanie programowo prawicowej opozycji wobec takiego rządu. Również Kościół nie czułby się zobowiązany żyrować niepopularnych reform społeczno-ekonomicznych, ale i nie zostałby obarczony odpowiedzialnością za ich przebieg – co stało się w wariancie historycznym.

O pożytkach z „betonu”

Ciekawie mogła też prezentować się sytuacja po stronie postkomunistów. Reformatorzy (czyli Ruch 8 Lipca) stanęliby wówczas przed koniecznością „dorośnięcia” do swych europejskich sojuszników, co mogłoby rzutować na kształt przekształceń PZPR. Warto pamiętać, że XI Zjazd Partii (w styczniu ’90) tak płynnie przekształcił się w kongres założycielski SdRP, że do rady naczelnej tej drugiej formacji tylko jednym głosem nie wszedł Bohdan Poręba, lider „Grunwaldu”. Trudno sobie wyobrazić, by tak „niepostępowe” indywidua tolerowano, gdyby nowe ugrupowanie kreowano u boku, a może nawet wspólnie z kolegami z KOR-u. Nie doszłoby więc do sytuacji, w której kierownictwo obozu postkomunistycznego żeglowało w stronę europejską, opierając się jednocześnie na PRL-owskich resentymentach i głosach „betonu”. Prawdopodobniejszy byłby wariant czeski, podział lewicy wg realniejszego kryterium niż ten na SdRP i PUS, trwałe skanalizowanie antyzachodnich i autentycznie socjalistycznych głosów w jakiejś „partii robotniczej” i pożeglowanie Kwaśniewskiego wraz z innymi na niepewne wody poszukiwania „europejskiego elektoratu”, pod światłym protektoratem „Gazety Wyborczej”. Wszystko to razem – zmieniłoby zasadniczo bieg wydarzeń w latach 90-tych, gdy postępowcy z post-„Solidarności” zmieniali się tylko u władzy z postępowcami z post-PZPR, wspólnie pilnując przebiegu transformacji w kierunku najniekorzystniejszym dla Polski i Polaków. I jedni, i drudzy zgraliby się bowiem już wtedy, w pierwszym roku istnienia pierwszego rządu po ’89, z Balcerowiczem na sztandarach i oddechem Wałęsy za plecami. Wszystko to uniemożliwił Jarosław Kaczyński wówczas, w lipcu i sierpniu 1989r., wygrywając ambicjonalną rozgrywkę z Michnikiem i Geremkiem.

Kryteria podziału

No dobrze, powie czytelnik, ale to po pierwsze tylko gdybologia, a po drugie – co to ma wspólnego z problemami definicyjnymi prawicy w Polsce, zwłaszcza współczesnej? Otóż bardzo wiele, bowiem formacje i środowiska, które wówczas określiły się przez swój krytyczny stosunek do rządu Mazowieckiego – stały się zalążkiem tzw. prawicy w III RP, zaś używane wówczas do walki z tym gabinetem argumenty – powtarzały się potem i w późniejszych sporach politycznych jako wyznaczniki prawicowości.

Nie istniały inne niż personalne przeszkody, które utrudniałyby przetrwanie współpracy „Świty” Mazowieckiego z „Dworem” Wałęsy. Ponieważ jednak ten ostatni dążył do instytucjonalizacji swojej władzy, jak i miał się (słusznie) za drugi rzut wobec społecznego wypalenia rządu, przy sobie zaś miał pragnącego większych wpływów Kaczyńskiego – musiało dojść do „wojny na górze”. W boju tym za kwestię kluczową uznano nie kierunek przemian polityczno-ekonomiczno-ustrojowych w Polsce, ale ich tempo i głębokość. Tym samym obóz pro-rządowy został okrzyczany tym „powolnym i zachowawczym”, podczas gdy solidarnościowa opozycja prezentowała się jako „radykalna i zdeterminowana”. I choć ten drugi blok jak ognia bał się wówczas łatki prawicy – to właśnie jego prominentni przedstawiciele do dziś obowiązki prawicy w Polsce pełnią.

Forpoczta postępu

Tak samo zresztą działo się przez cały okres III RP – już nazwawszy się centro-prawicą opozycją wołała jedynie: „Szybciej! Śmielej! Mocniej!” Taką postawę przyjmowało i PC wobec rządu Suchockiej, i AWS wobec „niereformującej kraju” koalicji SLD-PSL. Słowem współczesna Polska stała się politologicznym ewenementem na scenie światowej, definiując prawicę jako siłę zmierzającą do postępu, zmian i nieledwie rewolucji. „Rzeczywiście, hasło >Zmienić Polskę!< wszystkim się podoba i jeżeli ktoś bardzo, ale to bardzo obiecuje zmianę, to już go nie pytają czy zmiana ma być na lepsze czy na gorsze i kto ma być jej ofiarą” – kpił prof. Łagowski. Tymczasem do rewolucyjności metody jako desygnatu prawicowości z czasem doszedł (czy raczej uległ wzmocnieniu) kolejny, specyficznie polski element – czyli poczucie alienacji w stosunku do państwa jako takiego. Postawę tę hodowano już w latach 80-tych, mieszając niechęć do ustroju (a ściślej jego uwarunkowań, zwłaszcza zewnętrznych), z wrogością do samego państwa. Ignorowano przy tym ostrzeżenie Aleksandra Bocheńskiego, że „nieskończenie trudniej jest odzyskać własne państwo, niż zmienić ustrój”. Podobnie nie zwracano uwagi, że praktycznie przez cały PRL po ’56 postępował proces dekomunizacji. Jak trafnie wskazywał prof. Łagowski „PRL jako Lewiatan miał wiele wad, nie można jednak zaprzeczyć, że był siłą wyzwalającą ten kraj od komunistycznej utopii i imperialnej dominacji radzieckiej. Co bystrzejsi marksiści dość wcześnie zauważyli , co się święci i podnieśli lament, że państwo >dyktatury proletariatu< ulega >alienacji< tzn. uniezależnia się od woli tych, co je stworzyli, a nawet im się przeciwstawia”. Dowcip polega na tym, że to właśnie ci „bystrzy marksiści” stanowili w latach 80-tych ośrodek kierowniczy solidarnościowej opozycji i zarazili swoją niechęcią do państwa jako takiego (a polskiego w szczególności) także resztę tego środowiska.

Tu właśnie należy szukać bezpośredniej genezy samookreślenia się polskiej „prawicy” jako nieomal apatrydów – ludzi, którzy nie mają swojego państwa, to bowiem, w którym mieszkają – jest niewłaściwe, nieprawowite, wrogie, obce, okupowane i rządzone przez agentów oraz wrogów. I choć wyraża się to w śpiewaniu „Ojczyznę wolną racz nam wrócić panie!” gdy tylko na horyzoncie pojawia się rząd formowany przez inną partię – to podstawa takich zachowań pochodzi właśnie z tamtego oburzenia marksistów na wyalienowane spod ich dyktatu państwo. „Prawica” polska jest więc nieprawym dzieckiem zdradzonego przez PRL marksizmu.

Pusto na prawicy

Wróćmy więc do sytuacji z lat 1989/90. Prawicowość, podobnie jak i konserwatyzm – były wówczas pojęciami bardzo osamotnionymi, nikt nie chciał się do nich przyznawać. Większość rodzących się sił politycznych albo lokowała się w nieco mitycznym „centrum”, albo zasłaniała równie enigmatyczną „wielonurtowością”. Mówiąc po ludzku – kolejne powstające partie udawały wówczas przedwojenny BBWR, zapewniając o wierze w anachroniczność podziału lewica-prawica oraz demonstrując, że każda ma swoich własnych „ludowców”, „socjalistów” (koniecznie niepodległościowych!), „chadeków”, czy „liberałów”. Nie bardzo się pod tym względem różniły deklaracje czy PC, KPN czy ZChN. Ba, nawet obóz pro-rządowy uzupełniał swe szeregi odnajdując jakieś marginalne środowisko zakochanych w Mazowieckim piłsudczyków (sic!) pod nazwą Stronnictwa Pracy Legionowej. Tylko prawicą niemal nikt nie chciał być wtedy Polsce, a tym bardziej konserwatystą. To ostatnie słowa było bowiem niemal inwektywą jeszcze w czasach komunistycznych, zaś w dobie transformacji – kojarzono je opinii publicznej niemal wyłącznie z PZPR-owskim (i KPZR-owskim) betonem.

Konserwatyści od herbaty i rynku

Jednym z nielicznych środowisk, łaskawie zgadzającym się na nazywanie „neo-konserwatystami” byli wówczas Marcin Król i jego towarzysze z „Res Publiki”, przy czym „konserwatyzm” ten miał charakter raczej estetyczny i sprowadzał się do odróżniania tużurka od bonżurki oraz wyjmowania przy piciu herbaty łyżeczki z filiżanki, nie mając faktycznych odniesień do wartości konserwatywnych. Konserwatystami (do spółki z konserwatywnymi liberałami) nazwali się wówczas bodaj tylko niektórzy współzałożyciele Ruchu Polityki Realnej. Jednak choćby ze względu na osobę twórcy tej formacji – już u jej zarania czaiło się zagrożenie (z czasem urzeczywistnione), że jedynym uznawanym kryterium konserwatyzmu i prawicowości będzie w RPR/UPR kwestia stosunku do rynku i ekonomii jako takiej – co jednak trudno uznać za wyczerpanie problemu. Tymczasem pozostałe grupy i grupki już wówczas dały się popchnąć do funkcjonalnego, a nie programowego podziału sceny politycznej w Polsce.

W jednym worku

Oto bowiem stała się rzecz fatalna, że problem stosunku do państwa jako takiego, a technicznie problem tego co warto zachowywać (także po obalonym ustroju i jego rozwiązaniach prawnych czy społecznych), a więc kwestię zdefiniowania się jako konserwatystów i rewolucjonistów – zamieniono w okresie 1989-90 na prosty spór „za czy przeciw Mazowieckiemu”. W ten sposób do jednego worka wepchnięto i marzących wciąż o sojuszu z partyjnymi reformatorami KOR-owców i tych rozsądnych, którzy nie chcieli wyprowadzania z Polski Armii Sowieckiej przed uregulowaniem stosunków z Niemcami. I agentów faktycznie bojących się ujawnienia teczek SB, i tych przekonanych, że bez względu na ustrój państwu potrzebna jest agentura. Takim samym „wrednym zachowawcą” okazywał się i KOR-owiec popierający ten konkretny rząd przeciw temu konkretnemu Wałęsie oraz widmu czarnej sotni, i bez wątpienia konserwatywny RMP-owiec nie wierzący w zbawczą i oczyszczającą moc dyktatu ulicy podbechtywanej populistyczno-rewolucyjnymi hasłami. W ten sposób, dla doraźnej rozgrywki sprowokowanej przez Jarosława Kaczyńskiego – zaprzepaszczono historyczny moment na budowę prawdziwego, zachowawczego i realistycznego obozu politycznego w Polsce.

Dziś może to wydawać się dziwaczne, wobec znanych nam losów politycznych poszczególnych osób, czy środowisk, ale w 1989/90r. to właśnie takie bieżące awantury uniemożliwiły dalszą ewolucję arcyciekawego środowiska dawnego Klubu Dziekania (którego wielu członków ze względów charakterologiczno-towarzyskich wylądowało w obozie Mazowieckiego). To kryterium tempa przemian ostatecznie rozbiło i pogrążyło w sporach krąg dawnego Ruchu Młodej Polski, bez wątpienie intelektualnie najciekawszy po stronie opozycyjnej w latach 80-tych. Jak szyderstwo, ale i jak znak klęski brzmiało wówczas samookreślenie się jasno jako prawicy środowiska Aleksandra Halla, które wciągnęło na maszt znak Forum Prawicy Demokratycznej, by zaraz ze wstydem pożeglować z nim pod rządy ROAD-owej lewicy w ramach Unii Demokratycznej.

Pomieszanie pojęć

Zamiast prowadzić dyskusję co zachowywać – co jest tematem właściwym dla konserwatystów, spierano się już tylko jak szybko zmieniać, co jest domeną frakcji rewolucyjnych. Tematami ważnymi nie stały się ani stosunek do państwa, ani problem równoważenia praw i obowiązków, ani zagadnienie patriotyzmu realizowanego przez pracę, ani wreszcie kwestia odpowiedzialności za wspólnotę narodową, zaspokajanie jej potrzeb i interesów. Być może inaczej by to wyglądało, gdyby Tadeusz Mazowiecki był nie pierwszym, ale drugim niekomunistycznym premierem III RP, stanowiąc umiarkowane skrzydło zmiany przychodzącej po kompromitacji gabinetu Geremka-Kwaśniewskiego? Tego, rzecz jasna, w żaden sposób nie możemy się już dziś dowiedzieć. Zamiast tego od przeszło 22 lat padamy ofiarą pomieszania pojęć, w efekcie którego przyznawanie się do bycia prawicą w Polsce nie ma już żadnego sensu, ani nie zawiera treści zrozumiałej dla kogokolwiek poza naszym krajem.

Ani dyktatora, ani konserwatystów…

Co gorsza, znaleźliśmy się w sytuacji, którą Aleksander Bocheński wskazał jako typową dla sztucznie wprowadzonych demokracji w krajach ubogich, w dodatku pozbawionych elementów dyscypliny narodowej i poczucia lojalności państwowej. Spójrzmy bowiem na ten przykład z „Rozmyślań o polityce polskiej”: „Późniejszy angielski premier, długoletni, jeden z najlepszych, jakich Anglia miała w XX wieku, Macmillan, jako młody dyplomata został przydzielony do brytyjskiej misji wojskowej w Grecji. Żaden Anglik – pisze w swoich wspomnieniach – nie mógł zrozumieć mentalności panującej w życiu politycznym półwyspu. Były dwa wielkie stronnictwa, mniej więcej odpowiadające dwu obozom politycznym w naszym kraju. Ale ani jedni, ani drudzy nie chcieli przyznać przeciwnikom nie tylko racji, co byłoby zrozumiałe, ale przede wszystkim dobrych intencji i traktowali ich jako zdecydowanych zdrajców i obcych agentów. W tej sytuacji inny rząd niż dyktatorialny był logicznie biorąc niemożliwy, gdyż każda zmiana była widziana przez zagrożoną odejściem ekipę jako upadek i koniec państwa”.

Słowa te, napisane w 1987r., były rzecz jasna przejrzystą aluzją do realiów polskich lat 80-tych, tłumaczącą przy okazji konieczność wprowadzenia stanu wojennego. Trudno jednak nie zauważyć, że pasują też jak ulał do polskiej rzeczywistości A.D. 2012. Sęk w tym, że na horyzoncie nie ma ani marszałka Papagosa, ani generała Jaruzelskiego. Niestety – nie ma też zwartego środowiska konserwatywnego, które mogłoby wyjść poza ten niszczący podział, odrzucający potrzebę narodowej dyscypliny i podważający państwową lojalność obywateli. Luka ta zaś – ma swoje korzenie m.in. w opisanych wydarzeniach z początku lat 90-tych.

Konrad Rękas

Click to rate this post!
[Total: 1 Average: 1]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.