Putin a Lenin

…ogarnąć ludzki ród!”

Podstawowy problem, różnica (i poniekąd nieporozumienie) polega jednak na tym, że Związek Sowiecki (właściwie jeszcze zanim formalnie powstał) miał być projektem światowym, a nie państwowym. W tym sensie jego wewnętrzna organizacja była czymś wtórnym, zaś budzenie świadomości nawet małych grup etnicznych, które Sowiety uchroniły przed rozpłynięciem się i asymilacją – to tylko w założeniu metoda oddziaływania na świat zewnętrzny, m.in. przez dawanie przykładu do naśladowania. ZSSR nie miało więc być inną formą Rosji (jak nieprecyzyjnie uważa się często w Polsce) i do tego nawiązuje Putin w swej krytyce (?) Lenina. Upaństwowienie Sowietów – to dzieło dopiero stalinowskie, choć przy zachowaniu frazeologii, a poniekąd również aspiracji globalnych, jednak już innego rzędu. Do starej idei „ogarnięcia ludzkiego rodu” nawiązywano jedynie instrumentalnie – lub prowokacyjnie (czego przykładem był choćby słynny apokryf Moczara, nawiązujący właśnie do postulowanego światowego zasięgu ZSSR, który w takiej sytuacji znowu przestałby być państwem, a stał formą organizacji międzynarodowej).

Już czysto banalne jest też stwierdzenie, że projekt sowiecki skutkował też cofnięciem się żywiołu rosyjskiego (choć nie rosyjskiego etnosu, czy jak kto woli Ruskiego Miru) z terenów, które na początku XX wieku były na prostej drodze do asymilacji, w wyniku której np. Kazachowie znaleźliby się w pozycji co najwyżej Tatarów (czyli jednak Rosjan), a nie jednego z najbardziej perspektywicznych narodów Azji, zaś Ukraińcy nie byliby czymś w guście Macedończyków wobec Bułgarów, a tylko mówiącymi specyficzną gwarą Rosjanami. Oczywiście dyskusyjną jest natomiast sprawą, czy byłoby to faktycznie z korzyścią i wzmocnieniem dla państwowych (imperialnych) interesów także samej Rosji – i nie wydaje się dziś możliwe zarysowanie alternatywnego scenariusza przebiegu wydarzeń.

Pomieszanie ról

Inna rzecz, że słowa Putina można też interpretować nie tylko jako stwierdzenie rzeczy dość oczywistej z etniczno rosyjskiego punktu widzenia. Prezydent Federacji, o czym często w Polsce się zapomina – niejako na przekór sytuacji, w której znalazł się w związku z sytuacją geopolityczną, na tradycyjnej osi polityki rosyjskiej pozycjonuje się raczej jako modernizator i zapadnik (choć z pewnością nie tak radykalny, jak wielu mu współczesnych i przeszłych – bo też radykalizm i nadmierna dynamika wydają się obce charakterowi tego polityka). Tymczasem – znowu, wbrew polskim skojarzeniom, przynajmniej w toku wojny domowej zagubił się w pewnym stopniu oczywisty podział na „reakcyjnych białych” i „modernizacyjnych bolszewików”. Przeciwnie, znaczna część przynajmniej politycznej reprezentacji „kontrów” reprezentowała różne nowinkarskie wizje, często wywodzące się z różnych nurtów myśli zachodniej (konserwatywnej–demokracji, parlamentarnego liberalizmu, socjaldemokracji), zaś zwłaszcza wobec obcej interwencji – „Czerwoni” (czasem świadomie, czasami drogą skojarzeń) prezentowali się jako obrońcy tradycyjnego „Ruskiego Miru”. Jasne, że często sami biorący udział w starciu tych mocy i interesów swoją rolę postrzegali inaczej, nie mniej to właśnie przedrewolucyjna Rosja, czy to pod rządami Wittego czy zwłaszcza Stołypina, nie mówiąc o wprost sterowanym z Zachodu interludium lutowym – była na ścieżce modernizacyjnej na sposób całkiem miły niektórym zewnętrznym partnerom, podczas gdy bolszewicy (zwłaszcza w niektórych okresach ZSSR) stanowili jednak gałąź odrębną.

Czy więc w słowach Putina–modernisty i zapadnika (w dodatku zawiedzionego) nie przemawia jakieś echo tamtego sporu Białych z Czerwonymi? Na ten trop naprowadza też westchnienie na temat „przegranej z winy bolszewików wojny” – choć przecież i przystąpienie do niej, i zwłaszcza jej kontynuowanie po 1917 r. było w interesie wszystkich – ale na pewno nie Rosji i Rosjan! I w tym sensie wyprowadzając za wszelką cenę państwo z wojny – Lenin nie tyle je „wysadzał”, co ratował!

W bucie Lenina

Dowcip polega jednak na tym, że polityk mówi to, co mówi, nie dlatego, że nagle coś cisnęło mu się na usta (tzn. polityk poza polskim, który zresztą byłby adynatą, czyli impossibilią, by zacytować innego klasyka…), tylko dlatego, że jest to w danym momencie potrzebne. Skądinąd zaś wiadomo, że stwierdzając – obiektywnie prawidłowo – zasadniczą odmienność projektów sowieckiego i rosyjskiego, Putin ma pełną świadomość, sam poniekąd jest w butach… Lenina (no, może jednym bucie), a więc projekt eurazjatycki, nieważne, szczery, czy deklaratywny – ma w swym rdzeniu charakter po części post-sowiecki, a w szerszej jest wręcz czymś na kształt „RWPG bez historycznych błędów”. W opozycji do takiego programu – jest zaś wąski pomysł rosyjski państwowo–narodowy, niedwuznacznie suflowany Rosjanom przez… Zachód, wolący małą Rosję, niż wielką Eurazję. Ba, świadomy rosyjski polityk musi wiedzieć, że nawet myśląc w kategoriach państwowo-narodowych praktycznie nie ma wyjścia i musi ostatecznie dążyć do zmiany organizacji politycznej świata, tyle że może bez aspiracji do jednego „światowego związku”, ale pewnego świata wielobiegunowego. Niestety, choć to samo jest również w interesie Polski – taka świadomość w naszym narodzie i u jego przedstawicieli wciąż pozostaje śladowa…

O ile więc dla potrzeb reorientowania wewnętrznej polityki rosyjskiej, odwołując się do skojarzeń bliższych młodszym pokoleniom i budując własną legendę, prezydent Putin może już sobie pozwolić na ton rzeczowości w stosunku do Lenina, o tyle faktycznie idąc własną drogą, żadnym doświadczeniem historycznym konstytuującym współczesną Rosję – pogardzić nie może. I w tym również jest mądrzejszy od osób uważających się za „polityków w Polsce”.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *