Rapsod o generale Walterze

Komentarz red. nacz.: poniżej zamieszczamy artykuł jednego z najwybitniejszych polskich reportażystów. W okresie dwudziestolecia międzywojennego Ksawery Pruszyński współtworzył obóz “młodokonserwatywny” (skupiony wokół takich tytułów prasowych jak “Bunt Młodych”, “Polityka”). Był autorem tak ważnych książek jak Sarajewo 1914, Szanghaj 1932, Gdańsk 193? (w której przewidywał, że zarzewiem kolejnego światowego konfliktu zbrojnego może być Gdańsk) oraz W czerwonej Hiszpanii (która była efektem jego pracy w charakterze korespondenta w ogarniętej wojną domową Hiszpanii).

Poniższy tekst ma wyłącznie walor dokumentu historycznego i należy go traktować jako źródło historyczne, a nie jako manifest ideowy czy też wyraz sympatii redakcji dla generała Karola Świerczewskiego. Jest to, o tyle ciekawy artykuł, gdyż można traktować go jako świadectwo ewolucji jaką przechodzili polscy konserwatyści tworzący w okresie międzywojennym, a którzy po zakończeniu II wojny światowej zdecydowali się na pozostanie w kraju.

a.me.

W armii polskiej było i jest generałów wielu, bardzo wielu, nieje­den z tych generałów posiadał czy posiada piękne bojowe karty, ma czy miał — za sobą żywot wojenny i bujny, a jednak, kiedy czytało się najprostsze, komunikatowe słowa zawierające życiorys śp. Karola Świerczewskiego, generała broni, wiceministra spraw wojskowych, padłego tuż przed świętami w walce w wąskim wąwozie karpackim, w ostatnim swym boju, nie sposób było nie pomyśleć, że takich żywotów jak on niewielu generałów polskich posiadało w przeszłości czy teraz. Choć… nie, na to „choć” odpowiemy sobie w końcu tego wspomnienia…

Bo oto jak wyglądał żywot tego generała:

Urodzony na Woli, pod Warszawą, w 1897 roku w robotniczej ro­dzinie.

Pracuje w fabrykach warszawskich od 1908 roku… Podczas pierwszej wojny światowej ewakuowany ze swą fabryką do Rosji, pracuje tam, tam dojrzewa.

Ogarnia go, jako młokosa, młodzika, potężny pożar rewolucji ro­syjskiej, pożar, który wyszedł z fabryk i szeregów, który zmiótł z po­wierzchni ziemi starą Rosję, jej carat, jej ustrój, jej generałów, jej armie — i w miejsce tego wszystkiego dźwignął rewolucyjny nowy ład. Ileż miał lat wtedy młody robotnik wolski, gdy marynarze kronsztadzcy szli na Pałac Zimowy? Dwadzieścia.

(Ktoś to pisał, gdzieżeśmy to czytali o takim innym młodym Polaku, zagnanym wypadkami losu w głąb Rosji, na Kaukaz tym razem? I jego ogarniał płomień rewolucyjny, powoli, stopniowo, jak ogień wielkiego pożaru liże krokwie i szczapy w pobliżu leżące. Tamten Polak, to prawda, uszedł wtedy temu pożarowi. Wrócił do Polski, którą ujrzał słabą, szarą, nieświadomą własnej woli i zadań, jakie przed nią po­stawiła Niepodległość. Ale po paru latach ocknęły się w nim iskry owego rosyjskiego pożaru. Widzieliśmy go idącego w tłumie demon­strantów na biały Belweder. Jakże się nazywał ten powieściowy ró­wieśnik generała Karola Świerczewskiego? Zdaje się, że Czaruś, Ceza­ry Baryka. Tak. Cezary Baryka z Przedwiośnia Żeromskiego. Jakże łatwo mógł być Świerczewski Baryką — albo Baryka Świerczewskim!)

Karol Świerczewski nie został jednak Cezarym Baryką. Rewolucja uchwyciła go od razu, jego, syna robotnika, nie inteligenta, mocno i na zawsze. Wcieliła w szeregi młodziutkiej Czerwonej Armii, tak rewolucyjnej chyba wtedy, jak owe armie Republiki Francuskiej, które Stendhal opisał, wlewające się z Alp w dolinę lombardzką. głodne, obdarte, nie obute, a pijane hasłami wolności. Świerczewski zostaje oficerem tej armii, szkoli się w jej sztabach, zdobywa w jej szeregach wiedzę wojskową, odświeżoną tu doświadczeniami bojów rewolucji. (Tak samo studiowali, ale w jakże innej armii rosyjskiej i z jakże innym nastawieniem ludzie tacy jak Jarosław Dąbrowski…)

I potem naraz, na schyłku roku 1936, pojawia się w Hiszpanii obcokrajowy „generał Walter”. „Generał Walter” nie jest jedynym obcokrajowym generałem; nie jest też jedynym ochotnikiem, który pośpieszył do Hiszpanii bronić wolności ludowej przeciw spiskowi generalskiemu. Właśnie w owych jesiennych miesiącach 1936 roku, wnet po upadku Toleda, Madryt, stolica Hiszpanii jest broniona i ura­towana przez grupy ochotników cudzoziemskich zbiegłych aż tutaj, żeby walczyć o wolność jeszcze jednego kraju zagrożonego faszyzmem. Są tam Francuzi, Belgowie, będą Amerykanie i Anglicy, przyjdą niemieccy i austriaccy emigranci, przyjadą — liczniejsi niż inni — Polacy, Jugosłowianie, Czesi, Słowacy. Opór Madrytu jest w znacznej mierze ich dziełem. Niespodziana obrona Madrytu zdumiewa świat. każe ludziom zastanowić się, budzi nadzieje po więzieniach, ocuca nadzieją zwycięstwa tych, co od paru lat przywykli w Europie do klęsk wolności jedynie. Madryt! Madryt! Madrytem brzmi cały rok 1937. Ludzie pragną wiedzieć nazwiska jego obrońców. Tak, jest Pasionaria, jest Caballero, jest Lister2. Ale czyim dziełem jest zatrzyma­nie Maurów Franco na przedprożu Madrytu, nad niskimi wodami Ja­ramy? Generała Waltera. (Pamiętam, był to chyba styczeń albo luty. Jechałem autem do Walencji i mijaliśmy posterunki wysunięte nad ową Jaramą. Przeglą­dano nasze papiery. Oficer inspekcyjny, młody robociarz z Madriciena, ucieszył się widząc moje. „O, pan jest Polakiem! Bo nasz generał jest też Polakiem. Pan wie, nasz generał: generał Walter.”)

Pod Jaramą, a potem pod Teruelem, a potem na froncie aragoń­skim, tuż u bram tej Saragossy (gdzie to inni bohaterowie z Żerom­skiego, wszelkie Cedry, Olbromscy, Michciki) generał Walter dowodził 35 brygadą, złożoną z formacji polskich, francuskich, anglosaskich, włoskich, niemieckich, jugosłowiańskich, o hiszpańskich nie wspomi­nając. Miesiące, lata szamotania się i trudności. Republice nie pomaga nikt, faszystowskim generałom pół świata. Republice brak wszystkie­go; tamci mają wszystko. Rewolucyjny generał musi pamiętać naraz o żywności, o odzieży, o środkach sanitarnych, o wyszkoleniu nowych kadr oficerskich, o umocnieniach, o dyscyplinie, o zapale. Jego armia nie stoi drylem, przysięgą, salutowaniem, rutyną. Jego armia potrze­buje świeżego wciąż zastrzyku entuzjazmu, oporu, nadziei, przekona­nia i właśnie jej dowódca musi nie tyle rozkazywać, co przekonywać. W dodatku jest to przecież zbieranina różnych narodów, warstw róż­nych, robociarzy, malarzy, inteligentów, wykolejeńców, politycznych wygnańców. Jakże do nich przemówić? Jak bronić, by wszyscy nad Ebrem rozumieli tego generała urodzonego nad Wisłą, wychowanego nad Wołgą? A jednak, wbrew całemu światu, front hiszpański trzyma się do wiosny 1939. Prawie cztery lata…

(To chyba coś. Prawda? To chyba coś. Prawie cztery lata.)

I potem następuje trzeci okres generała Waltera, Świerczewskiego. W wojnie sowiecko-niemieckiej powstaje polska armia w Rosji. Potem z tej pierwszej — druga. Tej pierwszej jest współtwórcą, tej drugiej twórcą i wodzem generał Świerczewski. To właśnie pod nim ta jego armia w pochodzie wojennym brnie przez zaśnieżoną Polskę, przepra­wia się przez lody Wisły, wali na Niemcy, na Wrocław, na Śląsk, na Drezno, przewala się przez Sudety, podchodzi nieomal do samej Pragi. Robociarskie dzieciństwo generała Świerczewskiego, jego mło­dość najpierwsza rozgrzana ogniem rewolucji rosyjskiej, jego wiek męski zakrzepły w pracy wojskowej w młodej Armii Czerwonej, po­tem ta „próba generalna” w Hiszpanii — dają wreszcie swą miarę. „Generał Walter” staje się istotnie czymś nowym w dziejach polskiej armii. Robociarz wolski, żołnierz rewolucji rosyjskiej, wódz republi­kańskiej Hiszpanii, zdobywca Śląska…

Choć, właściwie, nie. Nie, nie nowym.

W galerii generałów polskich snują się cienie nader Świerczewskiemu podobne. To ów „Jasiński, młodzian piękny i posępny”3, zakuty jakobin powstania kościuszkowskiego, rewolucjonista myślący o ścinaniu głów królom, padły na szańcach Pragi. To Jarosław Dąbrowski, wódz, którego młodość upłynęła w Rosji i który dowodził barykadami Paryskiej Komuny. To towarzysz Dąbrowskiego Wróblewski, to zapomniany w Legionach Dąbrowskiego Rym­kiewicz, to konspirator garibaldisowski Ludwik Mierosławski, którego lud Berlina na barkach z więzienia wynosił. To Cyprian Godebski, poeta pierwszych Legionów, padły na czele swego pułku pod Raszynem w roku 1807.

To inni i inni. Tak się stało, że zacieniała ich historia, że mało o nich wiemy i niewiele napisano jeszcze. A żywoty to wszystko ciekawe, bujne, mocne, pisane czerwienią krwi, której nie da się odmyć z białego srebra ich generalskich galonów. Tak już jest. I ta­kim był syn Woli, rówieśnik Czapajewów i marynarzy Kronsztadu, wódz ochotników z Guadaramy i zdobywca Odry i Nysy, Karol Świerczewski. Czy powiemy o nim, że był międzynarodowy? Istotnie. Wal­czył o wolność Rosji w szeregach jej rewolucji, a w armiach Hiszpanii o wolność Hiszpanii. Dowodził oddziałami, w których służyli synowie różnych krajów i mów. Czy nie był narodowy? Ten syn robociarza z warszawskiej Woli, mówiący szczerym akcentem „warsiaskim”, wódz armii, która biła Niemców, odzyskała Polsce Śląsk? Tak. W nim, jak ongi w wielu przed nim jeszcze, wyraziła się ta wielka prawda, że interesy własnego narodu można spleść z interesami walki o wol­ność narodów innych. W nim także sprawdziło się stare powiedzenie Pułaskiego, że tam gdzie jest walka o wolność, tam jest interes Polski.

I dlatego tego człowieka tak szkoda. Tego człowieka będzie jeszcze w armii naszej brakowało. Nie tylko jako wodza. Jeszcze jako wy­chowawcy. Jeszcze jako — przykładu.

Źródło: Ksawery Pruszyński, Rapsod o generale Walterze, “Skrzydlata Polska” 1947, nr 5, s. 395-396.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *