Refleksje nad „Myślą.pl”

Kwartalnik „Myśl.pl” obchodzi w tym roku pięciolecie swojego istnienia, niedawno ukazał się kolejny, dwudziesty już numer pisma. „Myśl.pl” zdaje się mieć ugruntowaną pozycję wśród pism zaliczanych do nurtu konserwatywno-narodowego (niedawno nawet publicysta lewicowego „Przeglądu” zaliczył kwartalnik w poczet „periodyków nacjonalistycznych”). Pismo jest zauważane przez dziennikarzy i publicystów „z pierwszej półki” (np. niejednokrotnie wspominał o nim w swoich felietonach Rafał Ziemkiewicz), ba, stało się już nawet przedmiotem badań naukowych (o czym świadczy artykuł Przemysława Waingertnera „«myśl.pl» wobec współczesnej Rosji. Z zagadnień polskiej publicystyki politycznej”, opublikowany w zbiorze „Rosja współczesna. Dziedzictwo i przyszłość”, pod red. M. Brody, O. Nadskakuły i A. Płaczka, Toruń 2010). Wszystko to sprawia, że warto, używając karcianej terminologii, powiedzieć „sprawdzam” i pokrótce przynajmniej zanalizować kilka wypowiedzi znajdujących się w najnowszym numerze. Skupię się jednak przede wszystkim na artykułach autorstwa publicystów tworzących oblicze ideowe pisma, nie zaś na prezentowanych na jego łamach wypowiedziach „gości” (np. polityków biorących udział w ankiecie).

Charakter „programowy” ma m.in. artykuł Bartłomieja Królikowskiego (członka ścisłego zespołu redakcyjnego) zatytułowany „Polski powrót historii i koniec belle époque”. Tekst jest analizą obecnej pozycji Polski na płaszczyźnie międzynarodowej. Jak można łatwo się domyślić analiza nie wypada zbyt pozytywnie dla elit III RP, autor zarzuca rządzącym kolejno pookrągłostołowym ekipom przede wszystkim zbytnią ufność w niezmienność układu geopolitycznego, podczas gdy, jak słusznie podkreśla (ilustrując zjawisko przykładami z najnowszej historii), jest on zmienny i dynamiczny (dwa największe państwa graniczące z Polską jeszcze w 1989 r. dziś już nie istnieją…). Nie w tym jednak rzecz, tutaj z publicystą należy się zgodzić, problem pojawia się przy opisie czynników, które mogą podważyć istniejące status quo. Królikowski pisze: „jesteśmy krajem, który sąsiaduje z Białorusią – ostatnią dyktaturą Europy, Rosją – autokratą, którego ambicje mrożą krew w żyłach całej byłej sowieckiej strefie wpływów i przeżywającą polityczne tąpnięcia Ukrainą (…) Wydaje się, że największym rewanżystą w regionie jest Rosja. Ma ona już za sobą okres chaosu «republiki weimarskiej» i okres nagłego przyspieszenia i wzmocnienia państwa na modłę naftowej dyktatury. Ten okres, bardzo dynamiczny, zakończył się wraz z wybuchem światowego kryzysu ekonomicznego. Oczywiście, wszystko zmierza ku powrotowi Rosji na płaszczyznę skuteczności w budowie rewanżystycznego imperium. Rosja może być, ale wcale nie musi, destabilizatorem ładu w regionie i bezpośrednim już, groźnym przeciwnikiem Polski”. Zastanawiające jest używanie przez publicystę „wolnościowej nowomowy” przy opisie stosunków na Białorusi (w tym samym numerze Krzysztof Tenerowicz redaktor naczelny pisma postuluje nawet stosowanie zasady: „Białorusini – tak, Białoruś Łukaszenki – nie”, jest jednak jeden mały problem… Białorusini chcą Łukaszenki), w odniesieniu zaś do Rosji sugerowanie konotacji z III Rzeszą („republika weimarska”, rewanżyzm). To jednak nie wszystko. W odniesieniu bowiem do postępującego zbliżenia stanowisk NATO i Rosji Królikowski podnosi obawy: „Dzisiejsze hasła – nie traktowane serio, ale jednak wypowiedziane przez poważnych polityków – o formach pogłębionej współpracy Moskwy z NATO, a nawet o członkostwie Federacji Rosyjskiej w Sojuszu podważają sens istnienia tej struktury (…) Polska opiera swoje bezpieczeństwo o rozwiązania, których data ważności minęła wraz z rozpadem ZSRR”. Czyżby autorowi chodziło o wskrzeszenie konfrontacyjnych i zimnowojennych relacji pomiędzy Sojuszem, a Rosją? Czy na planach powrotu „ostrego kursu” Zachodu wobec Rosji chce opierać bezpieczeństwo Polski? Wolne żarty, jak mawiał pewien narodowy ideolog. Przecież to wypisz wymaluj strategia amerykańskich „neokonów”, której efekty, jak chociażby zaangażowanie Polski w gruzińską awanturę, były w ostatnich latach aż nazbyt widoczne. Uspokaja jednak fakt, że z perspektywy, na przykład swojego zaangażowania w Afganistanie, Amerykanie zapatrują się nieco inaczej na współpracę z Rosją, niż czyni to kolega Królikowski.

Tyle, jeżeli chodzi o analizę uwarunkowań międzynarodowych, przechodzimy na podwórko krajowe. W interesującym artykule autorstwa Karola Wołka „Demokratyzm narodowy dzisiaj”, będącym próbą odpowiedzi na pytanie co z dorobku obozu narodowego jest w dzisiejszej, zupełnie innej niż ta, która dorobek ten kształtowała, rzeczywistości wciąż aktualne, odnajdujemy szereg znajomych sformułowań. Czytamy o powojennym półwieczu jako o „okresie okupacji sowieckiej i wynaradawiania” itp. I znowu, gdy chodzi o analizę obecnego stanu rzeczy, gdy autor ocenia współczesną kondycję społeczeństwa polskiego, którą za cytowanym powyżej Królikowskim można określić, parafrazując słowa Norwida, jako stan, w którym „zarówno naród, jak i społeczeństwo są żadne”, pełna zgoda. Gdy jednak dochodzi do szukania przyczyn, trudniej już przyznać autorowi rację. Winą za całe zło obarcza tradycyjnie „komunę”. Zbyt łatwo przy tego rodzaju okazjach zapomina się, że to właśnie w PRL-u kwitło życie kulturalne (zarówno kultura wysoka, jak i ta masowa, wcale nie niska), funkcjonowało szereg przedsięwzięć i inicjatyw społecznych na każdym niemal polu. Jeżeli ktoś nie wierzy, niech pojedzie do pierwszego lepszego małego miasteczka w Polsce, niech poczuje dominujący w większości z nich marazm i pustkę. I niech napotkanego przygodnie mieszkańca w wieku „średnio-starszym” spyta, jak to było „za komuny”, to dowie się o klubach, kółkach zainteresowań, imprezach, uroczystościach, kawiarniach, restauracjach, zespołach artystycznych, a pewnie i o kinie. Usłyszy o miasteczku tętniącym życiem, pełnym młodych ludzi, którzy mieli pracę i którzy mieli co po tej pracy robić, gdzie pójść. Że inicjowało to państwo, a nie powstawało oddolnie? A w dzisiejszej Polsce co powstaje oddolnie poza „wirtualnymi społecznościami”? Po co więc powtarzanie zgranych frazesów o „okupacji sowieckiej”? Czy okupantami sowieckimi jest dla autora pokolenie naszych dziadków i ojców?

W podobnym duchu pisze Rafał Dobrowolski, który z zapałem godnym lepszej sprawy kontynuuje swoją „dziecięcą krucjatę”, mającą wmówić czytelnikowi, że na miano patriotów zasługują jedynie ci, co polegli jako „żołnierze niezłomni” czy też „wyklęci” (wszystko pisane wielką literą). W tekście „Refleksje po dniu pamięci o «Żołnierzach Niezłomnych»” znowu czytamy o „Powstaniu Antykomunistycznym” i „Polskiej Wandei”. Ostatni z terminów, ukuty zresztą przez prof. Jacka Bartyzela, autor cytuje z prawdziwą satysfakcją, pod znakiem zapytania pozostaje jednak, czy z podobnym zapałem Dobrowolski powtórzyłby za swoim mistrzem pewien toast, który nobliwy profesor wygłosił jakiś czas temu na cześć „obrońców europejskiej cywilizacji” z oblężonego Berlina? W ogóle, czytając podobną publicystykę, odnosi się wrażenie, że jej autorzy ślepo zawierzyli nawet nie tyle uproszczonej, co zakłamanej wizji historii Polski lat 1945-1989, której twórcą był w dużej mierze KOR, a która dzisiaj propagowana jest przez dawnych jego działaczy z drugiego szeregu.

Omawiając ostatni numer szczecińskiego pisma nie sposób nie wspomnieć o znajdujących się w nim „endecjanach”. Artykuł doktora Tomasza Kenara pt. „Refleksja nad kompanią wrześniową 1939 r. w publicystyce emigracyjnej obozu narodowego” jest interesującym przyczynkiem do badań nad myślą polityczną emigracyjnych środowisk narodowych. Autor opiera się przede wszystkim na opinii J. Giertycha, wyrażonej m.in. na łamach „Gońca Karpackiego”, „Ruchu Narodowego” i „Opoki” oraz Aleksandra Kędziora publikującego w londyńskiej „Myśli Polskiej”. Obaj publicyści byli zgodni, że klęska Polski we wrześniu 1939 r. była wynikiem rażących zaniedbań rządzącego Polską reżimu na polu przygotowań militarnych oraz błędów polskiej polityki zagranicznej kierowanej przez ministra J. Becka, który prowadził „systematyczną politykę, zmierzającą do obalenia systemu wersalskiego w środkowej Europie”. Obaj też byli zgodni, powołując się przy tym na przykład wojny radziecko-fińskiej 1940 r., że po stronie polskiej popełniono błędy strategiczne, gdyż należało przygotować plan wojny obronnej opartej na przygotowaniu szeregu rejonów umocnionych „na wzór Kępy Oksywskiej”, bronionych do upadłego. Podkreślano także brak zamiarów wojennych ze strony ZSRR: „Sowiety być może nie uderzyłyby gdybyśmy się w ciągu tych 17 dni bili z powodzeniem”. W numerze znajduje się także przedruk broszury Wojciecha Wasiutyńskiego z 1993 r. „Stronnictwo Wielkiego Celu”, którą wieloletni redaktor „Myśli Polskiej” pisał, co nie jest tajemnicą, z myślą o ZChN.

Nie miejsce tu na analizę całego pięciolecia działalności pisma, ta wymagałaby bowiem prześledzenia pewnych tendencji od początku jego funkcjonowania, można jednak już teraz pokusić się o dokonanie pewnych uogólnień na temat kierunku, w którym „Myśl.pl” zmierza. Sądzę, że można zaryzykować twierdzenie, że pomimo deklaratywnego podkreślania wagi dorobku i znaczenia spuścizny Narodowej Demokracji, prezentuje ono w swojej zasadniczej treści kierunek już odmienny. Jest on z całą pewnością prawicowy, a nawet konserwatywny, w moim przekonaniu zbliża się on do politycznego mainstreamu, tracąc jednak z czasem swoiście „endecki polor”. W ostatnich numerach kwartalnika znamienne są m.in. pewne subtelne nawiązania do republikanizmu (na modłę amerykańską) bądź wręcz neokonserwatyzmu (vide projektowanie w opisywanym numerze „strategicznego sojuszu z Izraelem” przez red. Tenerowicza), co wydaje się jednak być wspólnym mianownikiem dla większości dawnych wszechpolaków „wysadzonych z siodła” po klęsce LPR-u. I nie chodzi tu tylko o koncepcje ustrojowe, gospodarcze czy ekonomiczne, ale o pewne przesunięcie punktów ciężkości. Jako człowiek (politycznie) ukształtowany na pismach w rodzaju „Wszechpolak” czy „Bastion” dość dobrze pamiętam, co stanowiło ówczesne spektrum naszych zainteresowań, były to klasyczne problematy tradycji endeckiej – mówiąc w skrócie i obrazowo: Niemcy, Rosja i kwestia polska. Toposem była myśl zachodnia, spuścizna J. Giertycha, swoiście pojmowane „dziedzictwo Piastów”, nieco inaczej niż obecnie pisano i o PRL-u, i o formacjach NSZ-tu (pisano o nich bardziej dlatego, że były „narodowe”, niż „antykomunistyczne”). Narodowców nie dzielono podług kryterium: „kolaborant/TW”, „niezłomny”. Nie oznacza to oczywiście, że były to pisma „nacjonalkomuny”, bynajmniej, ale znamienne było właśnie to inne rozłożenie akcentów oraz odmienne niż dziś proporcje. Dziś intelektualną pożywkę dla pism nawiązujących do myśli obozu narodowego stanowią, poza „żołnierzami wyklętymi”, idea międzymorza, kresy wschodnie RP oraz doktrynalny wręcz antykomunizm, Jędrzeja Giertycha zastąpił natomiast Wasiutyński (co nie jest jeszcze najgorsze). Implikuje to w sposób oczywisty pewne konsekwencje i wybory polityczne (już dziś w pewnych kręgach to red. Ziemkiewicz uchodzi za czołowego reprezentanta publicystyki narodowej). Spostrzeżenia powyższe odnoszą się w równym stopniu do „Myśli.pl” jak i do np. „Polityki Narodowej”. Być może w odniesieniu do interesującego nas kwartalnika taką ewolucję zapoczątkował jego pierwszy reaktor naczelny, deklarując, że mała broszurka Aleksandra Halla ma dla niego większą wartość niż cały dorobek J. Giertycha? Widocznie taki „duch czasów nowych”, pamiętać jednak trzeba, że pisma i periodyki nurtu stanowią wciąż najważniejszy chyba ośrodek kształtowania poglądów i postaw, przede wszystkim wśród młodych adeptów myśli narodowej. Z czasem może się okazać, że znajdą się oni na przeciwstawnych pozycjach niż ich ideowi antenaci. Cenna też byłaby odpowiedź na pytanie, na ile taka ewolucja ideowa stanowi postęp, a na ile regres w rozwoju formacji?

Maciej Motas

Od Redakcji: Dodajmy, że wspomniany tu Rafał Dobrowolski miał poblokowane IP na wszystkich historycznych wersjach portalu konserwatyzm.pl z powodu obrażania Redakcji konserwatyzm.pl poprzez obsesyjne obrzucanie nas inwektywami i zarzucanie „agenturalności”. [aw]

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Refleksje nad „Myślą.pl””

  1. Pamiętam, że za starych dobrych czasów jakieś pisiackie komenty (o agentach, o krwi na rękach etc) pisywał tu nijaki „Władca Wschodu” to nie przypadkiem jest Rafał Dobrowolski? Nie wiem czy to zbieżność nazwisk czy też nie, ale przez lata do „Myśli Polskiej” pisywał Rafał Dobrowolski, a potem zaprzestał tam pisać. To ten sam człowiek?

  2. W pełni zgadzam się z artykułem Macieja Motasa. Wspomniane czasopisma mają inne zainteresowania niż pisma narodowe z lat 90-tych oraz widzą poszczególne tematy inaczej niż wcześniej. Są skażone IPNowszczyzną na gruncie widzenia historii przed 89, a na polu polityki zagranicznej są forpocztą neokonserwatystów amerykańskich i trzeba to przyznać, polityki niemieckiej na wschodzie.

  3. to może ja proponuje rozwiązać konflikt honorowo. Czyli honorowa solówką miedzy dr hab. Wielomskim a dr Dobrowolskim wg standardów kibolskich. Jeden na jednego bez sprzętu na ubitej ziemi jak na partyzantów przystało w lesie na polanie (NSZ tj Dobrowolski vs NKWD tj Wielomski). niech każdy wyznaczy po 1-2 sekundantów. skoro jeden z nich jest zablokowany to może go jednak odblokować aby dał odpowiedź. Sędzią niech będzie wspólny ich znajomy pseud. „ROBAK”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.